06.06.2024, 18:04 ✶
Tym razem Brenna doskonale pamiętała, że jest piątek trzynastego i nawet uważała trochę bardziej niż zwykle. To że nic nie działo się przez większość dnia o niczym nie świadczyło. To że z wezwania do domowej awantury wyszła bez szwanku również. (Zdziwiło ją to zresztą okropnie, bo chociaż nie tak dawno zapewniała Basiliusa, że żadnej klątwy nie ma, to jednak gdy teleportowała się na miejsce zdarzenia, oczekiwała podświadomie, że ktoś rzuci na nią jakieś paskudne zaklęcie i jednak trafi do Munga. Tymczasem nie trafiła do szpitala, a jedynie transportowała tam rannych.)
Kiedy jednak wróciła do Ministerstwa Magii i usłyszała, że ma przypilnować świadka tejże awantury, ściągniętego do Ministerstwa (który podobno chciał grać w wisielca o nazwę swojej choroby, Brenna była pewna, że wysłano ją, bo uznano, że tylko ona zniesie tę grę bez żadnych westchnień), już uwierzyła, że może ogłosić: miała rację, wszystko było przypadkiem, żadna klątwa nie ciąży na niej, na Basiliusie Prewettcie, ani na nich oboju…
A potem otworzyła drzwi pomieszczenia, w którym go zamknięto i zobaczyła Basiliusa Prewetta.
Cholera jasna.
Miał rację.
Jednak byli przeklęci.
Przynajmniej nie będzie musiała grać w wisielca – wiedziała, że ta choroba to włochatość serca i absolutnie nie można było Basilowi podawać eliksiru, który chciał mu chyba zaaplikować uzdrowiciel.
– Cześć, Basilius – przywitała się, zaskakująco pogodnie jak kogoś, kto zrozumiał, że na jego życiem wisi nieuchronne, złowieszcze fatum. Może dlatego, że różne dziwne rzeczy przytrafiały się jej od czasu do czasu, więc tutaj wszystko różniło się tylko tym, że już będzie się ich spodziewać – i że nagle zaczęła szczerze Prewettowi współczuć, skoro miał być w to wszystko zamieszany. Co za szczęście, że piątek trzynastego zdarzał się raz, dwa, maksymalnie trzy razy w roku… chyba że… właściwie to te szóstki… Mimo zrzedła jej nieco, kiedy zaczęła się zastanawiać, czy to wszystko to jednak jej wina. Może miał rację. Może była klątwą.
– To bardzo miło, chyba mogę powiedzieć, że jesteś moim ulubionym uzdrowicielem, ale nie mów o tym Cedrickowi – poprosiła, siadając naprzeciwko niego. Nie wyrzucała z siebie tym razem całego morza słów, bo jednak była w pracy, a on był naćpany i istniała duża szansa, że niewiele z tego, co ona powie, zrozumie. – Pamiętasz, co dziś robiłeś? – zaczęła tak ostrożnie, na rozgrzewkę. Pamiętał ją, przynajmniej więcej tak ogólnie pamięć pracowała.
Kiedy jednak wróciła do Ministerstwa Magii i usłyszała, że ma przypilnować świadka tejże awantury, ściągniętego do Ministerstwa (który podobno chciał grać w wisielca o nazwę swojej choroby, Brenna była pewna, że wysłano ją, bo uznano, że tylko ona zniesie tę grę bez żadnych westchnień), już uwierzyła, że może ogłosić: miała rację, wszystko było przypadkiem, żadna klątwa nie ciąży na niej, na Basiliusie Prewettcie, ani na nich oboju…
A potem otworzyła drzwi pomieszczenia, w którym go zamknięto i zobaczyła Basiliusa Prewetta.
Cholera jasna.
Miał rację.
Jednak byli przeklęci.
Przynajmniej nie będzie musiała grać w wisielca – wiedziała, że ta choroba to włochatość serca i absolutnie nie można było Basilowi podawać eliksiru, który chciał mu chyba zaaplikować uzdrowiciel.
– Cześć, Basilius – przywitała się, zaskakująco pogodnie jak kogoś, kto zrozumiał, że na jego życiem wisi nieuchronne, złowieszcze fatum. Może dlatego, że różne dziwne rzeczy przytrafiały się jej od czasu do czasu, więc tutaj wszystko różniło się tylko tym, że już będzie się ich spodziewać – i że nagle zaczęła szczerze Prewettowi współczuć, skoro miał być w to wszystko zamieszany. Co za szczęście, że piątek trzynastego zdarzał się raz, dwa, maksymalnie trzy razy w roku… chyba że… właściwie to te szóstki… Mimo zrzedła jej nieco, kiedy zaczęła się zastanawiać, czy to wszystko to jednak jej wina. Może miał rację. Może była klątwą.
– To bardzo miło, chyba mogę powiedzieć, że jesteś moim ulubionym uzdrowicielem, ale nie mów o tym Cedrickowi – poprosiła, siadając naprzeciwko niego. Nie wyrzucała z siebie tym razem całego morza słów, bo jednak była w pracy, a on był naćpany i istniała duża szansa, że niewiele z tego, co ona powie, zrozumie. – Pamiętasz, co dziś robiłeś? – zaczęła tak ostrożnie, na rozgrzewkę. Pamiętał ją, przynajmniej więcej tak ogólnie pamięć pracowała.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.