06.06.2024, 21:55 ✶
- Być może, Sam - powiedziała ciężko, sięgając po papierosa. Poczęstowała Samuela odruchowo, chociaż wiedziała, że nie palił. Jej papierosy były bezwonne, nie dało się wyczuć na niej nawet nuty tytoniu. Nienawidziła nim śmierdzieć. Szkoda że jeszcze nie wynaleźli niczego na tego paskudnego kapcia w ustach z rana, który był nieodzowną częścią życia palaczy. - Oczywiście, że problem jest większy i zdaję sobie z tego sprawę. Tylko...
Westchnęła ciężko. Wzrok utkwiła gdzieś przed sobą, odpalając papierosa. Zaciągnęła się nim, by zebrać myśli i zebrać trochę czasu by móc sklecić odpowiedź, która będzie chociaż w części pokrywać się z jej myślami. Te z kolei nie ułatwiały tworzenia składnych zdań.
- Knieja cierpi, a my razem z nią. Natura żyje swoim rytmem, to prawda, ale my nie mamy tyle czasu. Bardzo nie chciałabym wylądować gdzieś pomiędzy światami, gdy umrę. Nasi przodkowie zawsze łączyli się z Knieją, Sam, a patrząc na tempo pracy Ministerstwa, to zaczynam podejrzewać, że prędzej umrę, niż ta sprawa zostanie rozwiązana - podzieliła się z nim w końcu wątpliwościami, które dręczyły ją od dawna. Rose nigdy nie bała się śmierci, ale wizja utknięcia na tym świecie po skończeniu żywota, wizja siebie jako zbłąkanego ducha nawiedzającego Knieję razem z Widmami była zbyt przerażająca. Powodowała, że w jej gardle rosła gula, niepozwalająca jej mówić, a do oczu napływały łzy. Czy to było czarnowidztwo? Być może, ale tyle to trwało... - Tak. Więcej, agresywniej, mocniej. Ty masz więcej pracy i więcej zarabiasz, ale doskonale wiesz, że to nie jest normalne, prawda?
To było pytanie retoryczne, oczywiście że wiedział. Greengrass zerknęła na Samuela z ukosa, ponownie zaciągając się papierosem. On także był częścią Kniei, był osobą która była złączona z naturą. Wiedział, że coś było nie tak, podejrzewała że odczuwał to bardziej niż ona sama.
Szła obok niego i faktycznie - czuła ulgę. Ulgę, że może z kimś porozmawiać, kto nie patrzy na to, jak wygląda. Miała wrażenie, że Samuel patrzy na nią inaczej, niż inni. Dla niego liczyło się to, kim i jaka jest, a nie jak wygląda, zachowuje się czy inne takie. Nie obchodziły go maniery i mogła się przy nim rozluźnić, a nawet pozwolić na nieco przekleństw, które w teorii damie nie uchodziły. A w praktyce... Cóż.
- Bo byś nie żył - odpowiedziała z rozbawieniem, kręcąc głową. - Sam, każdy kto tam włazi bez ochrony, ginie albo "staje się zaginiony". Poza tym gdybyś tam wszedł, od razu byśmy wiedzieli, nawet jeśli drzewa milczą. Mamy swoje sposoby.
Mrugnęła, ale nie umknął jej fakt, że nie odpowiedział na jej pytanie. A raczej nie złożył obietnicy. Zmarszczyła więc brwi niemal ponaglająco.
Westchnęła ciężko. Wzrok utkwiła gdzieś przed sobą, odpalając papierosa. Zaciągnęła się nim, by zebrać myśli i zebrać trochę czasu by móc sklecić odpowiedź, która będzie chociaż w części pokrywać się z jej myślami. Te z kolei nie ułatwiały tworzenia składnych zdań.
- Knieja cierpi, a my razem z nią. Natura żyje swoim rytmem, to prawda, ale my nie mamy tyle czasu. Bardzo nie chciałabym wylądować gdzieś pomiędzy światami, gdy umrę. Nasi przodkowie zawsze łączyli się z Knieją, Sam, a patrząc na tempo pracy Ministerstwa, to zaczynam podejrzewać, że prędzej umrę, niż ta sprawa zostanie rozwiązana - podzieliła się z nim w końcu wątpliwościami, które dręczyły ją od dawna. Rose nigdy nie bała się śmierci, ale wizja utknięcia na tym świecie po skończeniu żywota, wizja siebie jako zbłąkanego ducha nawiedzającego Knieję razem z Widmami była zbyt przerażająca. Powodowała, że w jej gardle rosła gula, niepozwalająca jej mówić, a do oczu napływały łzy. Czy to było czarnowidztwo? Być może, ale tyle to trwało... - Tak. Więcej, agresywniej, mocniej. Ty masz więcej pracy i więcej zarabiasz, ale doskonale wiesz, że to nie jest normalne, prawda?
To było pytanie retoryczne, oczywiście że wiedział. Greengrass zerknęła na Samuela z ukosa, ponownie zaciągając się papierosem. On także był częścią Kniei, był osobą która była złączona z naturą. Wiedział, że coś było nie tak, podejrzewała że odczuwał to bardziej niż ona sama.
Szła obok niego i faktycznie - czuła ulgę. Ulgę, że może z kimś porozmawiać, kto nie patrzy na to, jak wygląda. Miała wrażenie, że Samuel patrzy na nią inaczej, niż inni. Dla niego liczyło się to, kim i jaka jest, a nie jak wygląda, zachowuje się czy inne takie. Nie obchodziły go maniery i mogła się przy nim rozluźnić, a nawet pozwolić na nieco przekleństw, które w teorii damie nie uchodziły. A w praktyce... Cóż.
- Bo byś nie żył - odpowiedziała z rozbawieniem, kręcąc głową. - Sam, każdy kto tam włazi bez ochrony, ginie albo "staje się zaginiony". Poza tym gdybyś tam wszedł, od razu byśmy wiedzieli, nawet jeśli drzewa milczą. Mamy swoje sposoby.
Mrugnęła, ale nie umknął jej fakt, że nie odpowiedział na jej pytanie. A raczej nie złożył obietnicy. Zmarszczyła więc brwi niemal ponaglająco.