07.06.2024, 00:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.06.2024, 08:06 przez Millie Moody.)
na parkiecie z Peregrinusem
Potrzeba trzech, nie... potrzeba czterech minut patrzenia komuś prosto w oczy, żeby się zakochać. I kilku, kilkunastu pytań sięgających najgłębszych zakamarków duszy, a sama odpowiedź na nie może zaskoczyć tak tego co zadawały pytania, jak i tego co na nie odpowiadał. Pytania mieli w większości za sobą, ale ludzkie mózgi gięły się nie wobec słów, a wobec siły patrzenia sobie prosto w oczy. To zapewne miało jakiś związek ze zwierzętami, choć Millie nie miała absolutnie jaki to by związek mógł być.
Mijała pierwsza minuta. W kolistym taniecu, połączenie było na moment przerwane, bo obrócił ją wokół własnej osi. Czuła jak spojrzenie przyjaciela przesuwa się po ciele, które choć ubrane zdawało jej się zupełnie nagie. Granice zacierały się, materiał skóra... Ciepłe opuszki pachnące tytoniem, dobrze znaną marką, ześlizgiwały się po skórze. Poczuł gdy zadrżała, zdał sobie sprawę, że nierówna faktura nie oznacza kości, ale bliznę, zamaszysty podpis piorunu, który ją zabił lata temu. Choć głęboki dekolt eksponował plecy, magiczny makijaż zasłaniał to, co ukochała najbardziej w sobie. Żywioł, który teraz mógł wyśledzić pod palcami, rozgałęzienie po rozgałęzieniu...
Mijała druga minuta.
– Odważne? Większość tego znasz z opowieści. Kto wie, może tak na prawdę całe dnie spędzam pośród książek u Parkinsonów, a najbardziej odważną rzeczą jaką było, to zagięcie rogu, gdy nie mogłam znaleźć zakładki? – Jej głos też brzmiał inaczej i nie chodziło o brak przekleństw. Był cichszy, niższy, mruczący, korespondujący ze złocistymi ślepiami zapatrzonego weń kota. Muzyka opadała i wznosiła się, tak jak ich ciała na palce i znów niżej na lekko przygiętych kolanach. W głowie kręciło jej się od nowych wrażeń, od tego uczucia, gdy była damą i kurwą w tym samym wątłym ciele, ukrytym w sukni którą pragnęła spalić.
Mijała trzecia minuta, gdy zapytał o innego. To nie było tak, że nie pamiętała o Christopherze. Tylko, że on zniknął, przepadł, pozostawił ją samą. Porzucił. To była kwestia czasu, wiedziała o tym. Nikt nie pozostawał, nikt nie dawał jej rady. A teraz patrzyła i widziała jego twarz, zmienioną, tak jak jej była zmieniona.
– Lubię Twoje loki.– powiedziała nagle, absolutnie ignorując pytanie o jej partnera tak jak on zignorował ją. Lewą dłoń przesunęła z barku, do ucha, gdzie normalnie powinny być kędziory do pochwycenia i okiełznania, a tymczasem wszystkie ciasno przylegały zmuszone pomadą do głowy. Przez jej twarz przepłynął smutek, który szybko przeszedł znów w zapatrzenie, w uczucie, które nie miało prawa pojawić się choćby w swoim ziarnie.
Mijała...
Minął...
Minęli.
Muzyka zatrzymała się, a oni po dwóch krokach również. Zaraz znów zaczną grać, zaraz pary znów zakołyszą się, ale... Czas ruszył znów z miejsca, a oni wyszli z objęć dziwnego snu, w którym oboje byli kimś innym. Wyszli? Minęli? – Dziękuję, że mnie uratowałeś. Nie wiedziałabym co zrobić sama na parkiecie – Nie puszczała dłoni, nie chciała go wypuścić. Tęskniła, za kimś, za czymś, za głębią, za zrozumieniem, za bliskością, za poczuciem bezpieczeństwa nawet jeśli uciekała przed tym, gdy tylko było w zasięgu ręki. Jakby znicz musiał pozostać mitem, a nie zdobyczą w dłoni. Świetlisty. Złoty. Nieosiągalny. Ale muzyka w jej głowie wciąż trwała, a oni patrzyli sobie w oczy.
Nim zdążyła pomyśleć, nim zdążył zareagować, wychyliła się ku niemu, wspięła na palce i złożyła na nim pieczęć z własnych warg dociskając rozgrzany lak oddechu na skórze. Nie wprost, a w kąciku ust, na pograniczu nieśmiałości i odwagi, jak piorun, który nigdy nie był w stanie trafić zbyt celnie.
A potem, nim zdążył cokolwiek powiedzieć, odwróciła się i wyszła do ogrodu nie oglądając się za siebie, by nie widzieć w jego oczach tego, co spodziewała się zobaczyć.