Instynkt samozachowawczy człowieka był przedziwną sprawą. Zawodził za często, czasem był hiperaktywny, w trzeciej sytuacji podlewałeś go alkoholem i zupełnie wariował. Laurent nie czuł zagrożenia od strony Alexandra Bella, a powinien, prawda? Nie znał człowieka, który wypadał z dubeltówką z przyczep, który gotów był wyjebać w ryj każdemu, kto zagrozi jego rodzinie. Jak tragicznie - teraz sam był zagrożeniem dla swojej rodziny. Wystarczył jeden cios. Jeden dobrze wymierzony cios i gdyby tylko panicz Prewett sobie tego zażyczył to ten człowiek i cała jego rodzina zostałaby zmiażdżona. Ten wspaniały cyrk, który zostałby rozebrany doszczętnie, gdzie zaglądnęliby ludzie pod każdy kąt, żeby tylko mieć pewność, że pan Alexander zapamięta na zawsze, żeby nigdy więcej nie dotykać nawet małym paluszkiem kogoś czystej krwi. Jeden cios... i chęć.
Nie bardzo rozumiał, czy Flynn go słyszy - i czy go słucha. Czy znowu się może naćpał, skoro tutaj wylądował, a nie krążył po sali, czy działo się coś jeszcze innego. Ledwo mrugnął, kiedy pierwszy warunek został popchnięty w ruch. Cios. Teraz już wystarczyłaby tylko chęć i... lecz chęci nie było. Cios nie dosięgnął do swojego celu, zatrzymał się na kimś innym. Nie nadążał za rozwojem sytuacji. Został popchnięty - tylko czemu? W następnym mrugnięciu siedział na ziemi i potrząsnął głową, żeby odnaleźć siebie samego w scenariuszu, gdzie zagościła cisza. Flynn chyba coś powiedział do Alexandra, albo nie powiedział wcale, może tylko mu się wydawało, szmer wokół, muzyka dobiegająca z wnętrza - teraz każdy element pojedynczo nagle był wyłapywany przez jego rozklekotany umysł. Pozbieraj się. Przecież z tego będzie problem, lecz zanim znów o problemach Laurent zdążył pomyśleć to już czyjaś ręka pomogła mu wstać. Obejrzał się za prowadzoną dwójką za namioty i potem na gości. Z przestrachem. Czy ktoś to widział? Czy spojrzały w tym kierunku spojrzenia, których nie chciał? Pierwsza myśl - przecież to miejsce będzie miało kłopoty. Druga myśl - przecież Flynn nie może mieć przez to kłopotów. Trzecia: to żenujące.
Dał się poprowadzić na bok. Nie odpowiedział kobiecie od razu. Zajął się otrzepywaniem swojego garnituru. Ściągnął go zresztą z ramion, otrzepał spodnie, poluzował krawat. Dopiero wtedy padło "tak, dziękuję", chociaż w jego głosie wcale nie brzmiała wdzięczność. Doprowadził się do porządku tymi drżącymi rękoma, włożył z powrotem ręce w marynarkę, chociaż miał je tak napięte, że kolosalność tego wysiłku go przytłoczyła. Teraz już naprawdę ciężko się oddychało. Zupełnie jak przy zaklęciu Patronusa - wystarczyło się chwycić tych miłych chwil, tak? Przecież gdyby zobaczył to Edward... Na bogów, jeszcze tego by mu brakowało - spotkania z ojcem w tym stanie upokorzenia i nietrzeźwości.
Poprosił kobietę, żeby nie robić z tego żadnych problemów, bo to jego znajomi i po prostu doszło do drobnego nieporozumienia. Nic się nie stało. Oczywiście, że stało, ale niekoniecznie musiało to być interesujące dla ochrony. Biorąc pod uwagę to, co powiedział mu Perseus... chyba i tak problemu z tego nie będzie.
Zdecydowanie wystarczyło kompromitacji na jeden wieczór.