07.06.2024, 19:41 ✶
Z kieszeni Basiliusa posypały się żetony oraz nowiutka talia kart, i chociaż Brenna została pouczona, że ten nie jest hazardzistą tylko dlatego, że pochodzi z rodziny Prewettów, to nie była tym wszystkim ani trochę zaskoczona, właśnie dlatego, że cóż, pochodził z rodziny Prewettów. Obróciła między palcami wręczoną jej kartę, z tej pierwszej talii, a potem zerknęła na rzeczy rozsypane po podłodze i przez chwilę miała ochotę się śmiać, chociaż sytuacja nie była przecież ani trochę wesoła.
– Dużo masz jeszcze przy sobie tych talii? I dziękuję, to wspaniały prezent - zapewniła, zamierzając mu oczywiście tę kartę oddać, kiedy już otrzeźwieje i przypomni sobie, że aby talia nadawała się do gry, powinna być pełna. – Tak, wszystko w porządku, to tak z wrażenia, to była bardzo udana gwiazda - zapewniła szybko.
Tylko proszę, błagam, nie rób kolejnej, jak się uprzesz, to zrobię cholerne salto, ale ty po prostu SIEDŹ.
Czy uzdrowiciele tak się czuli przy niej, kiedy zapewniała, że absolutnie nic jej nie dolega…?
– Trochę dziwnie być tak przeklętym – zgodziła się z nim, z pewną rezygnacją w głosie, bo nie mogła już nawet kłócić się, że to był przypadek. To był już szósty piątek trzynastego, podczas którego powtarzała się ta sama historia, a dochodziły te dwie „dziwne daty”, w tym złowieszcze 6.6.66. – Tarota? – zdumiała się, ale zaraz doszła do wniosku, że może jednak lepiej nie znać tej historii, a poza tym powinna skupić się na czymś innym. Trochę rozproszyły ją te wszystkie wyczyny akrobatyczne oraz klątwy piątku trzynastego, a przecież zanim Basilius postanowił, że jego życiowym powołaniem jest bycie cyrkowcem, zdawał się kojarzyć Tatcherów. Zamyślił się na dźwięk tego nazwiska i wspominał coś o byciu niebieskim…
– Może wrócimy do rozmowy o Tatcherach? – podsunęła więc, obserwując go bardzo, bardzo uważnie, gotowa interweniować, gdyby znowu postanowił zrobić coś szalonego, bo przecież to oczywiste, że z nich dwojga tylko ona powinna robić szalone, głupie i nieodpowiedzialne rzeczy. I to raczej nie w Ministerstwie Magii. – Wiesz, ta opowieść, której nie dokończyli Brygadziści. Dzisiaj w domu Tatcherów pojawiło się pięć osób i wszyscy spotkali się w sypialni pana domu, na którego też rzucono klątwę… chociaż hm, chyba nie taką, jak na nas… Prawdopodobnie to była klątwa czarnomagiczna.
Brenna mówiła teraz powoli, niemal nietypowo dla siebie: w ten sposób wyrażała się właśnie głównie w pracy, kiedy kogoś przesłuchiwała lub rozmawiała ze świadkami. Przypatrywała się twarzy Basiliusa, sprawdzając, czy może znowu pojawią się jakieś oznaki świadczące o tym, że coś kojarzył…
– Dużo masz jeszcze przy sobie tych talii? I dziękuję, to wspaniały prezent - zapewniła, zamierzając mu oczywiście tę kartę oddać, kiedy już otrzeźwieje i przypomni sobie, że aby talia nadawała się do gry, powinna być pełna. – Tak, wszystko w porządku, to tak z wrażenia, to była bardzo udana gwiazda - zapewniła szybko.
Tylko proszę, błagam, nie rób kolejnej, jak się uprzesz, to zrobię cholerne salto, ale ty po prostu SIEDŹ.
Czy uzdrowiciele tak się czuli przy niej, kiedy zapewniała, że absolutnie nic jej nie dolega…?
– Trochę dziwnie być tak przeklętym – zgodziła się z nim, z pewną rezygnacją w głosie, bo nie mogła już nawet kłócić się, że to był przypadek. To był już szósty piątek trzynastego, podczas którego powtarzała się ta sama historia, a dochodziły te dwie „dziwne daty”, w tym złowieszcze 6.6.66. – Tarota? – zdumiała się, ale zaraz doszła do wniosku, że może jednak lepiej nie znać tej historii, a poza tym powinna skupić się na czymś innym. Trochę rozproszyły ją te wszystkie wyczyny akrobatyczne oraz klątwy piątku trzynastego, a przecież zanim Basilius postanowił, że jego życiowym powołaniem jest bycie cyrkowcem, zdawał się kojarzyć Tatcherów. Zamyślił się na dźwięk tego nazwiska i wspominał coś o byciu niebieskim…
– Może wrócimy do rozmowy o Tatcherach? – podsunęła więc, obserwując go bardzo, bardzo uważnie, gotowa interweniować, gdyby znowu postanowił zrobić coś szalonego, bo przecież to oczywiste, że z nich dwojga tylko ona powinna robić szalone, głupie i nieodpowiedzialne rzeczy. I to raczej nie w Ministerstwie Magii. – Wiesz, ta opowieść, której nie dokończyli Brygadziści. Dzisiaj w domu Tatcherów pojawiło się pięć osób i wszyscy spotkali się w sypialni pana domu, na którego też rzucono klątwę… chociaż hm, chyba nie taką, jak na nas… Prawdopodobnie to była klątwa czarnomagiczna.
Brenna mówiła teraz powoli, niemal nietypowo dla siebie: w ten sposób wyrażała się właśnie głównie w pracy, kiedy kogoś przesłuchiwała lub rozmawiała ze świadkami. Przypatrywała się twarzy Basiliusa, sprawdzając, czy może znowu pojawią się jakieś oznaki świadczące o tym, że coś kojarzył…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.