08.06.2024, 09:09 ✶
Gdyby jej nie wyszło, chyba mogłaby wrzucić różdżkę w ogień - Thomas wywlekał z płonącej stodoły siostrę, nic dziwnego, że ciężko było mu rzucić zaklęcie, ale ona nie miała takiej wymówki. Na całe szczęście tym razem nie powtórzyło się Beltane, gdy stała sobie i próbowała czarować, i nic się nie działo, dzięki czemu w majątku Hardwicków nie doszło do wielkiego pożaru.
Odsunęła się na bok, nie chcąc przeszkadzać teraz rodzinie, ani w ocenianiu szkód, ani w ewentualnym ciągu dalszym kłótni. Starała się nie patrzeć na Lizzie, chociaż w głębi ducha uważała, że to chyba moment, aby rodzina rozważyła kontakt z jakimś specjalistą. Może doprowadzano ją do ostateczności, ale mogła doprowadzić do wielkiego pożaru, utraty dorobku życia, pozbawić rodziców i brata źródła utrzymania, a i ktoś mógłby ucierpiec gdzieś po drodze.
Ale o ile to był naprawdę okropny dzień dla Hardwicków, to Brenna tak naprawdę widywała już większe awantury. I naprawdę rzadko czuła się gdziekolwiek niezręcznie, więc to nie tak, że to wszystko jakoś źle wpływało na nią. Współczuła za to okropnie Thomasowi i jego rodzicom. Nie była pewna, komu bardziej: ojcu, który chorował, a dzieci tłukły się pomiędzy sobą o schedę, czy matce, którą rodzinna awantura musiała przytłaczać i ranić jej serce.
Kątem oka wyłapała, że Albert rusza do auta. Dobrze, był ostatnią osobą, która była tutaj potrzebna. Mogła zrozumieć, że jako najstarszy syn chciał udziału w majątku, ale wiele wskazywało na to, że kierowała nim bardziej duma niż pragnienie sprawiedliwości.
Wychowywano Brennę w przekonaniu, że rodzina jest ważna, w domu, w którym pielęgnowano rodzinne więzi aż do przesady. Ale jednocześnie wiedziała, że sama krew to nie wszystko: że bez lojalności jest się tylko krewnymi, nie rodziną, i że są rzeczy, których nie powinno się akceptować nawet u brata czy siostry.
Ona sama też nie była tutaj potrzebna, dlatego zawahała się na mgnienie, kiedy Thomas zapytał, co dalej. Miała wrażenie, że Hardwickowie mogą po tym wszystkim woleć zostać w rodzinnym gronie. Ale też z dużym prawdopodobieństwem on nie chciał uciekać stąd jak Albert, kiedy zrobiło się gorąco, w dosłownym i przenośnym sensie, a gdyby ona oceniła, że się zbiera, czułby się zobowiązany jej towarzyszyć.
- O co ty pytasz, Thomas - zdziwiła się więc, zadzierając na moment głowę, by spojrzeć na gromadzące się na niebie chmury. - Ja zawsze jestem głodna.
Odsunęła się na bok, nie chcąc przeszkadzać teraz rodzinie, ani w ocenianiu szkód, ani w ewentualnym ciągu dalszym kłótni. Starała się nie patrzeć na Lizzie, chociaż w głębi ducha uważała, że to chyba moment, aby rodzina rozważyła kontakt z jakimś specjalistą. Może doprowadzano ją do ostateczności, ale mogła doprowadzić do wielkiego pożaru, utraty dorobku życia, pozbawić rodziców i brata źródła utrzymania, a i ktoś mógłby ucierpiec gdzieś po drodze.
Ale o ile to był naprawdę okropny dzień dla Hardwicków, to Brenna tak naprawdę widywała już większe awantury. I naprawdę rzadko czuła się gdziekolwiek niezręcznie, więc to nie tak, że to wszystko jakoś źle wpływało na nią. Współczuła za to okropnie Thomasowi i jego rodzicom. Nie była pewna, komu bardziej: ojcu, który chorował, a dzieci tłukły się pomiędzy sobą o schedę, czy matce, którą rodzinna awantura musiała przytłaczać i ranić jej serce.
Kątem oka wyłapała, że Albert rusza do auta. Dobrze, był ostatnią osobą, która była tutaj potrzebna. Mogła zrozumieć, że jako najstarszy syn chciał udziału w majątku, ale wiele wskazywało na to, że kierowała nim bardziej duma niż pragnienie sprawiedliwości.
Wychowywano Brennę w przekonaniu, że rodzina jest ważna, w domu, w którym pielęgnowano rodzinne więzi aż do przesady. Ale jednocześnie wiedziała, że sama krew to nie wszystko: że bez lojalności jest się tylko krewnymi, nie rodziną, i że są rzeczy, których nie powinno się akceptować nawet u brata czy siostry.
Ona sama też nie była tutaj potrzebna, dlatego zawahała się na mgnienie, kiedy Thomas zapytał, co dalej. Miała wrażenie, że Hardwickowie mogą po tym wszystkim woleć zostać w rodzinnym gronie. Ale też z dużym prawdopodobieństwem on nie chciał uciekać stąd jak Albert, kiedy zrobiło się gorąco, w dosłownym i przenośnym sensie, a gdyby ona oceniła, że się zbiera, czułby się zobowiązany jej towarzyszyć.
- O co ty pytasz, Thomas - zdziwiła się więc, zadzierając na moment głowę, by spojrzeć na gromadzące się na niebie chmury. - Ja zawsze jestem głodna.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.