Ten pomruk sprawił, że Fernah zastygła. Wraz z nią, w połowie drogi do Sauriela zatrzymała się też szczelnie zapakowana torebka z ciemnoczerwonym płynem. Krew. Życiodajna ciecz i to nie tylko dla wampirów.
Co ja najlepszego robię? Nie mogła wypędzić tego pytania z głowy od momentu, kiedy Sauriel upił pierwszy łyk eliksiru. Zaraz też zaczęła sama w siebie wątpić, czy aby nie pomyliła półek, szafek, dawkowania lub czegoś tam jeszcze i wampir nie padnie martwy. Właściwie czy mógł być bardziej martwym niż był teraz?
Woreczek drgnął i na nowo podjął lot w stronę mężczyzny. Tak powolnie, że aż boleśnie, ale przyszła uzdrowicielka podświadomie czuła, że wszystko teraz należy robić w ślimaczym wręcz tempie.
— Czy… Czy potrzebujesz czegoś jeszcze?
Musiała odchrząknąć, bo przez całą sytuację zaschło jej w gardle. Język niemal stanął kołkiem, ale cudem przymusiła go do ruchu.
Czy mogę jeszcze jakoś pomóc? Jak mogę pomóc? Czy potrzebujesz pomocy? Pomoc, pomoc, pomoc. Nie zliczyłaby, ile takich pytań już zadała, chociaż ledwie od kilku miesięcy zaczęła pracę w Mungu. Nie sądziła jednak, że kiedykolwiek skieruje te słowa do wampira.
Zaczerpnęła głębszy oddech, gdy opakowanie z krwią zawisło przed mężczyzną. Czy to mu pomoże? Zabije głód, o którym co prawda nie miała za wiele pojęcia, ale domyślała się, że to właśnie go trawi?
— Może chcesz, żebym… Skontaktowała się z kimś? Może ktoś mógłby ci pomóc, przy twojej chor…twoim stanie?
Waż słowa Paprotko, waż, bo inaczej mogą cię za dużo kosztować. Zwrócenie się do krwiopijcy, że jest chory, mogło wywołać mało przyjazną reakcję, dlatego w porę ugryzła się w język.