Odetchnęła dużo spokojniejsza, kiedy mężczyzna wyjawił, skąd ją zna. Jej szalejące serce też nieco zwolniło dzięki myśli, że za chwile spotka się z siostrą. By nie tracić więcej czasu, ani też mówić o rzeczach mało ważnych (Fernah nigdy nie była dobra w pogawędkach), skinęła głową i ruszyła za Mulciberem.
Coś miało dwie Slughornówny w opiece, że na drodze jednej z nich stanął stary znajomy ich ojca. Podczas żwawego marszu, z umysłu Paprotki zaczęły się wyłaniać jakieś tam wspomnienia i wreszcie połączyła jeden rodzinny obiad z gościem, którym był właśnie idący przed nią mężczyzna. Chciała mu powiedzieć, że już pamięta, skąd się znają, że przeprasza, ale wpatrując się w jego plecy przez kilka dobrych sekund, podjęła decyzję, by milczeć.
Zatrzymali się przed witryną sklepu, o czym Fernah nie miała zamiaru głupio informować, bo oboje o tym wiedzieli. Zamiast tego zaczęła się nerwowo rozglądać dookoła, w poszukiwaniu znajomej sylwetki, płaszcza albo twarzy. Cokolwiek, co mogło należeć do jej siostry i wskazałoby, gdzie ta się znajduje.
— Fernah?!
Ciche pytanie sprawiło, że Paprotka aż podskoczyła w miejscu i obróciła się w prawą stronę. Kilka metrów dalej szła Primrose, która, teraz kiedy zauważyła starszą siostrę, zaczęła biec. Nic sobie nie robiąc ze stojącego obok mężczyzny rzuciła się Fernie na szyję i mocno ją uściskała.
— Nie wiedziałam, gdzie jesteś. Przed momentem byłyśmy razem, a potem ten tłum ludzi. To marsz wiesz? O prawa charłaków! Wiem, bo wcisnęli mi ulotkę. — odsunęła się i zamachała fiszką przed oczami Ferny. — W ogóle skąd potrafisz czarować patronusa?! I czemu był wężem?! Przecież twój patrronus na pewno nie jest wężem Fernah!
Ciężko było przerwać tę paplaninę, ale Paprotce się udało, kiedy położyła ręce na ramionach Rose i obróciła ją w stronę Roberta.
— To patronus znajomego naszego ojca, Rose. Wpadliśmy na siebie w tłumie, rozpoznał mnie i pomógł cię znaleźć. — spojrzała na niego i uśmiechnęła się nieznacznie. — Za co bardzo dziękuję i przepraszam, że ponowne spotkanie było w takim miejscu.
— Ach pamiętam, był pan na obiedzie u nas! — wypaliła młodziutka czarownica. — Potem sprzeczaliście się o czymś z tatą.
— Rose! — Fernah upomniała ją kuksańcem w bok.
Ta nic sobie z tego nie robiąc, rzuciła z szerokim uśmiechem.
— Dziękuję za pomoc, ludzie w ogóle nie zwracali uwagi na drugiego człowieka w tym tłumie. Ja się zawsze przemknę, ale Fernah to co innego. Chce pan, żebyśmy coś przekazały ojcu? Bo o spotkaniu na pewno się dowie, w końcu nas pan uratował.