Ten bimber był inny, skrzatka Longbottomów co chwilę tworzyła nowe przepisy, ale tym razem przegięła. Ten wytwór okazał się być zbyt mocny, Nora próbowała nawet jakoś nakłonić Erika, żeby spróbował jakoś wstrzymać Malwę przed kolejnymi eksperymentami, bo mogło się to skończyć jeszcze gorzej. Miała nadzieję, że zareaguje na to jako przyszły dziedzic.
Wolała ominąć bratu szczegółów wczorajszego upojenia alkoholowego. Czuła lekkie zażenowanie, bo przez ten alkohol, który w siebie wlała sięgnęła po sowę i napisała list do kogoś, kto zniknął z jej życia dawno temu. Teraz czuła, że to nie był dobry pomysł. Do tego zaliczyła wycieczkę taczką z Erikiem po Dolinie, odwiózł ją przy pomocy tego cudu techniki do domu babci... Miała nadzieję, że Lizzy tego nie widziała, rano jednak nie wspominała nic o tym, że źle się prowadza, więc nie było tak źle, jak się mogło wydawać.
Kiedy brat wspomniał o czarze rzuconym na słoneczniki, jej źrenice się rozszerzyły, to brzmiało naprawdę ciekawie. - Czyli to nie są takie zwyczajne słoneczniki, które nam zaraz umrą. - Tyle wystarczyło, żeby się zgodziła na jego pomysł, zresztą rzadko kiedy potrafiła mu odmówić, nie była szczególnie asertywna na pomysły swojego starszego brata.
- To prawda, masz dwie lewe ręce, na szczęście, ja mam dwie prawe, mało kto potrafi mi dorównać w tym temacie. - Odparła bardzo pewnym tonem głosu, najwyraźniej była z tego naprawdę dumna.
Wiedział, jak ją podejść. Wyglądał słodziutko, jak tak siedział i prosił ją o pomoc. Serce się krajało, no nie umiała mu odmówić. - Pomogę, pomogę, ale nie znasz dnia, ani godziny kiedy poproszę cię o przysługę. - W końcu nie ma nic za darmo, czyż nie? - Bierz te sadzonki, idziemy do ogródka. - Lepiej zrobić to od razu i mieć święty spokój, szczególnie, że poczuła się nieco lepiej dzięki eliksirowi, który wypiła.