08.06.2024, 18:52 ✶
Geraldine rzuciła się do biegu, uważając, że to niedaleko, więc dałem się jej pociągnąć, zostawiając w tyle konie. Pięćset metrów to nie było dużo, ale każda sekunda była na wagę złota. Chyba jeszcze nigdy nie zmusiłem się do tak szybkiego biegu, bezmyślnie, przed siebie, a właściwie za siostrą. Wszelką energię kierowałem do nóg i nawet nie przejmowałem się drzewami, które próbowały nas powstrzymać. Nic z tych rzeczy. Dwoje wysokich młodych dorosłych pędziło przez las [przyp. aut. - przypominało to trochę scenę z Przed Świtem, ale nie chcemy, żeby Asek zabłysnął w świetle słońca, więc nie było im tak zabawnie i beztrosko jak Edwardowi i Belli].
W końcu uderzyłem plecami o ścianę jaskini. Była zimna i nieprzyjemna, ale bezpieczna. Wystarczająco głęboka by nie dosięgnęło mnie tu słońce. Swoją drogą, jakie to było żenujące, że musiałem zwracać uwagę na takie rzeczy jako łowca. Wróć, jako bestia. Jako bestia musiałem zwracać uwagę na takie rzeczy jak schronienie przed słońcem.
Ale już zaniechałem tym myślom, bo widziałem, w jakim stanie jest Geraldine.
- Chodź tu do mnie - mruknąłem do niej i właściwie sam się do niej przysunąłem. Przytuliłem ją do siebie. Sam chciałbym się tak rozpłakać. Z pewnością by mnie to oczyściło z tych wszystkich emocji, które w tej chwili nie miały ujścia. Po prostu były w mojej głowie, dlatego spałem, żeby o nich nie myśleć, ich nie czuć tak non stop. Odświeżałem umysł. Wracałem nim do odpowiedniego stanu rzeczy, więc nie dziwić się, że świrowałem, jeszcze po tych przeżyciach.
Przytulałem Geraldine, głaszcząc ją po plecach, nico drapiąc dla przyniesienia ulgi. Nie odzywałem się chwilowo, bo płakała, ale... czułem się w obowiązku przekazać jej rzeczy, do których doszedłem. Może nawet uzyskać obietnicę, że jak umrę, jak już tak umrę definitywnie, to nie załamie się, tylko będzie żyła dalej, ale pełnią życia, a nie tym seksualnie-alkoholicznym uzależnieniem. To było dobre, kiedy byliśmy przerośniętymi dzieciakami. Trzeba było dorosnąć.
- Ger... To był Thoran. TO na pewno był Thoran. Zabrał mnie na przejażdżkę i zaklęciem przykleił do konia, a jeszcze się zastanawiam... Wiesz, rodzicom raczej nie jest na rękę, że... jestem czym jestem... Może to oni wysłali Thorana... Myślałem, że już po mnie. Świtało. I to takie chore... Ja już nigdy więcej nie chcę oglądać słońca. Nigdy nie chcę oglądać słońca. Żałuję, że marzyłem inaczej - wyznałem jej, nieco się rozklejając emocjonalnie, ale niestety wciąż nie płakałem. Miałem jednakże zbolałą minę, której akurat Ger nie widziała. I dobrze. Musiała być paskudna ta moja twarz w tej chwili.
Zgarbiłem się, bo dotarło do mnie coś jeszcze.
- Nie mogę wrócić do domu. Oni mnie zabiją - zauważyłem załamany. Różne koszmarne rzeczy brałem pod uwagę, ale nie tego, że rodzina obróci się przeciwko mnie. Obstawiałem co prawda, że ojciec mnie zapomni i będzie chciał zabić mnie we śnie, ale... chyba na dobrą sprawę w to nie wierzyłem. Albo nie chciałem wierzyć. - Myślisz... Że powinienem umrzeć? Boję się, że powinienem już wtedy... i że teraz to przeciąganie liny z losem. Nie chciałbym za bardzo jej przeciągnąć - wyszeptałem, łamiącym się głosem. Nie chciałbym swoim postępowaniem zrzucić na moich bliskich jakiegoś przekleństwa albo innej zmory.
W końcu uderzyłem plecami o ścianę jaskini. Była zimna i nieprzyjemna, ale bezpieczna. Wystarczająco głęboka by nie dosięgnęło mnie tu słońce. Swoją drogą, jakie to było żenujące, że musiałem zwracać uwagę na takie rzeczy jako łowca. Wróć, jako bestia. Jako bestia musiałem zwracać uwagę na takie rzeczy jak schronienie przed słońcem.
Ale już zaniechałem tym myślom, bo widziałem, w jakim stanie jest Geraldine.
- Chodź tu do mnie - mruknąłem do niej i właściwie sam się do niej przysunąłem. Przytuliłem ją do siebie. Sam chciałbym się tak rozpłakać. Z pewnością by mnie to oczyściło z tych wszystkich emocji, które w tej chwili nie miały ujścia. Po prostu były w mojej głowie, dlatego spałem, żeby o nich nie myśleć, ich nie czuć tak non stop. Odświeżałem umysł. Wracałem nim do odpowiedniego stanu rzeczy, więc nie dziwić się, że świrowałem, jeszcze po tych przeżyciach.
Przytulałem Geraldine, głaszcząc ją po plecach, nico drapiąc dla przyniesienia ulgi. Nie odzywałem się chwilowo, bo płakała, ale... czułem się w obowiązku przekazać jej rzeczy, do których doszedłem. Może nawet uzyskać obietnicę, że jak umrę, jak już tak umrę definitywnie, to nie załamie się, tylko będzie żyła dalej, ale pełnią życia, a nie tym seksualnie-alkoholicznym uzależnieniem. To było dobre, kiedy byliśmy przerośniętymi dzieciakami. Trzeba było dorosnąć.
- Ger... To był Thoran. TO na pewno był Thoran. Zabrał mnie na przejażdżkę i zaklęciem przykleił do konia, a jeszcze się zastanawiam... Wiesz, rodzicom raczej nie jest na rękę, że... jestem czym jestem... Może to oni wysłali Thorana... Myślałem, że już po mnie. Świtało. I to takie chore... Ja już nigdy więcej nie chcę oglądać słońca. Nigdy nie chcę oglądać słońca. Żałuję, że marzyłem inaczej - wyznałem jej, nieco się rozklejając emocjonalnie, ale niestety wciąż nie płakałem. Miałem jednakże zbolałą minę, której akurat Ger nie widziała. I dobrze. Musiała być paskudna ta moja twarz w tej chwili.
Zgarbiłem się, bo dotarło do mnie coś jeszcze.
- Nie mogę wrócić do domu. Oni mnie zabiją - zauważyłem załamany. Różne koszmarne rzeczy brałem pod uwagę, ale nie tego, że rodzina obróci się przeciwko mnie. Obstawiałem co prawda, że ojciec mnie zapomni i będzie chciał zabić mnie we śnie, ale... chyba na dobrą sprawę w to nie wierzyłem. Albo nie chciałem wierzyć. - Myślisz... Że powinienem umrzeć? Boję się, że powinienem już wtedy... i że teraz to przeciąganie liny z losem. Nie chciałbym za bardzo jej przeciągnąć - wyszeptałem, łamiącym się głosem. Nie chciałbym swoim postępowaniem zrzucić na moich bliskich jakiegoś przekleństwa albo innej zmory.