08.06.2024, 21:29 ✶
- To są takie sklepy? - zdziwiła się Brenna, przez moment mając przed oczyma wizję sklepu, w którym sprzedają tylko karty. I może kości. Albo jeszcze koszulki dla hazardzistów? Tylko czy ktoś chwaliłby się, że jest hazardzistów? Może takie z kartami i śmiesznymi napisami? Jak the L in my luck has been replaced with an f i rysunkiem slabego układu pokerowego u góry? - Dziękuję, będę pilnie ćwiczyła - obiecała, jakby kilka lat temu nie przeszla przez cały sad Longbottomów, wykonując jedną gwiazdę za drugą.
- Chichot losu? - zapytała i tym razem to już w jej głosie pobrzmiewał ślad rozbawienia. - W sumie to różnie mnie nazywano, czasem niecenzuralnie, a wujek kiedyś wspomniał, że jestem kołem fortuny, cokolwiek to miałoby znaczyć, ale nigdy nie byłam niczyim chichotem losem.
Ani czyjąś klątwą.
A potem z jej ust wydobył się zduszony śmiech, którego nie zdołała powstrzymać, i nie była już pewna, czy ma go przepytywać dalej na okoliczność zbrodni, zapewniać, że też właściwie całkiem lubi na niego wpadać, bo fajnie gra się z nim w karty, ale byłoby miło mieć wtedy wszystkie kości, czy może komentować tę lekcję na temat tarota i słowa Millie. Czuła się prawie tak, jakby to naćpanie się udzielało, przenosząc droga kropelkową, bo przecież przesłuchując świadków zwykle naprawdę, naprawdę próbowała być profesjonalna... z drugiej strony Basilius też próbował być w pracy profesjonalnym, poważnym uzdrowicielem, a kiedy Brenna się pojawiała, to mu za bardzo nie wychodziło.
- Znając Millie to mogę sobie wyobrazić, ale nie będę się zapędzała z fantazją, ona na pewno zrobi to za mnie - stwierdziła, ale zaraz spoważniała odrobinę, bo jednak nieważne, jak zabawnie absurdalna stawała się ta sytuacja, miała kilka osób w Mungu. - Nie mam ciasteczka, mam żabę, wystarczy? - zapytała I przez chwilę grzebała w kieszeniach marynarki. Miała ich kilka, także wewnętrzne, specjalnie doszyte, bo chociaż zwykle nosiła ze sobą plecak, to bardzo się przydawały. - O, proszę - powiedziała, wręczając mu żabę w fioletowym zielonym opakowaniu. - Edycja limitowana, znani czarodzieje z poszczególnych Domów w Hogwarcie, niestety nie mam przy sobie wydania Ravenclawu... I hm, wiesz co, jeśli chodzi o to, co mi dolega, to wiesz, nie jestem ranna, ale mam taki inny problem, że właśnie ciężko mi sobie przypomnieć całą historię Tatcherów, a ona jest bardzo tajemnicza, i może nadawałaby się na książkę, a jak nie na książkę, to przynajmniej na opowiadanie... - powiedziała. - Może jak pogadamy, to mi się przypomni? Bo masz chyba rację, powinno być sześć osób. A ta szósta osoba to ktoś z zewnątrz, klątwołamacz, ściągnięty do przeklętego pana domu...
Tylko jasna cholera.
Kim była naprawdę szósta osoba?
Bo w domu jej nie było. Pan domu i pięć innych osób, w tym Basilius. Czy wliczył przeklętego, czy ktoś uciekł?
- Chichot losu? - zapytała i tym razem to już w jej głosie pobrzmiewał ślad rozbawienia. - W sumie to różnie mnie nazywano, czasem niecenzuralnie, a wujek kiedyś wspomniał, że jestem kołem fortuny, cokolwiek to miałoby znaczyć, ale nigdy nie byłam niczyim chichotem losem.
Ani czyjąś klątwą.
A potem z jej ust wydobył się zduszony śmiech, którego nie zdołała powstrzymać, i nie była już pewna, czy ma go przepytywać dalej na okoliczność zbrodni, zapewniać, że też właściwie całkiem lubi na niego wpadać, bo fajnie gra się z nim w karty, ale byłoby miło mieć wtedy wszystkie kości, czy może komentować tę lekcję na temat tarota i słowa Millie. Czuła się prawie tak, jakby to naćpanie się udzielało, przenosząc droga kropelkową, bo przecież przesłuchując świadków zwykle naprawdę, naprawdę próbowała być profesjonalna... z drugiej strony Basilius też próbował być w pracy profesjonalnym, poważnym uzdrowicielem, a kiedy Brenna się pojawiała, to mu za bardzo nie wychodziło.
- Znając Millie to mogę sobie wyobrazić, ale nie będę się zapędzała z fantazją, ona na pewno zrobi to za mnie - stwierdziła, ale zaraz spoważniała odrobinę, bo jednak nieważne, jak zabawnie absurdalna stawała się ta sytuacja, miała kilka osób w Mungu. - Nie mam ciasteczka, mam żabę, wystarczy? - zapytała I przez chwilę grzebała w kieszeniach marynarki. Miała ich kilka, także wewnętrzne, specjalnie doszyte, bo chociaż zwykle nosiła ze sobą plecak, to bardzo się przydawały. - O, proszę - powiedziała, wręczając mu żabę w fioletowym zielonym opakowaniu. - Edycja limitowana, znani czarodzieje z poszczególnych Domów w Hogwarcie, niestety nie mam przy sobie wydania Ravenclawu... I hm, wiesz co, jeśli chodzi o to, co mi dolega, to wiesz, nie jestem ranna, ale mam taki inny problem, że właśnie ciężko mi sobie przypomnieć całą historię Tatcherów, a ona jest bardzo tajemnicza, i może nadawałaby się na książkę, a jak nie na książkę, to przynajmniej na opowiadanie... - powiedziała. - Może jak pogadamy, to mi się przypomni? Bo masz chyba rację, powinno być sześć osób. A ta szósta osoba to ktoś z zewnątrz, klątwołamacz, ściągnięty do przeklętego pana domu...
Tylko jasna cholera.
Kim była naprawdę szósta osoba?
Bo w domu jej nie było. Pan domu i pięć innych osób, w tym Basilius. Czy wliczył przeklętego, czy ktoś uciekł?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.