08.06.2024, 23:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.06.2024, 00:26 przez Lorraine Malfoy.)
Spójrz, co zrobiłeś, zdawały się mówić zawiedzione, burzowe oczy, ale jej falująca pierś i gniewny oddech przypominały tylko o tym, czego nie zrobił. Była tak blisko.
Wpiła rozcapierzone palce w podbródek Umbriela, pożądliwie zatopiła je w ciele mężczyzny, i szarpnęła brutalnie - jakby chciała zedrzeć z niego skórę przylegającą doń jak nienawiść, odsłonić nadpsute, acz dalej fascynujące wnętrze - kierując nim tak, by nie mógł odwrócić od niej twarzy, tak by mógł patrzeć tylko na nią. Tak, jak wcześniej oboje patrzyli na fortepian. Wciąż jeszcze czuła targające nią sprzeczności: teraz to był palący wstyd, że znowu pokazała mu się w emocjonalnym negliżu, ale i kojące rozczulenie, że muzyka dalej jest w stanie wydobyć z jej ciała czystą prawdę. Zbliżyła swoją twarz do twarzy Umbriela. Była tak blisko.
- Kto zamknął tego słowika w złotej klatce? - wyszeptała z protekcjonalną litością, wciąż oblepioną jednak w naturalną słodycz jej głosu. Nawet jej oddech był słodki. - Muszę mu podziękować. - Okrucieństwo błysnęło w oczach Lorraine, tak, była okrutna, wiedziała przecież, jak się tutaj męczy: sądziła, że dla takiego mężczyzny nie ma nic gorszego niż zamknięcie, nic gorszego od utraty kontroli, której to iluzję mógł zachować tylko dzięki fortepianowi. Sama dobrze znała to uczucie. Dzięki przyjacielowi ukryła je jednak lata temu między stronami Hamleta w bibliotece Malfoyów.
- Masz teraz w końcu czas - stalowy uścisk palców Lorraine zelżał: delikatnie uniosła brodę mężczyzny, zaglądając mu w oczy, jakby spodziewała się tam znaleźć duszę, po czym uśmiechęła się lekko, nagle zadumana - i inspirację - muzę, którą możesz nazwać imieniem żony - jeżeli ci to pomoże - w końcu wszyscy jesteśmy tylko więźniami naszych serc, prawda? - żeby dokończyć.
Degenhardt zdawał się jak nikt inny rozumieć, że okrucieństwo doskonale komponuje się z delikatnością, a te zawsze przeplatały się ze sobą w zachowaniu wił: tych obracających się w śmiertelnych korowodach, i kuszących zbłąkanych wędrowców, by tańczyli z nimi tak długo, aż padną bez życia. Ale Umbriel nie był zbłąkanym wędrowcem. Nie był ofiarą, porwaną przez wdzięki zjaw, ich śmiechy, i muzykę, nie, on był samą muzyką, do której Lorraine chciała tańczyć aż do zatracenia: okrutną, wszechogarniającą, jakby cała natura byla zaklęta w jego eleganckich dłoniach, sentyment tym wyraźniejszy, kiedy znajdowało się w jego muzyce odniesienia do koła roku, cyklu natury, do śmierci - i do zmartwychwstania.
Kiedy patrzyła na swoje własne, wydelikacone dłonie, widziała tylko kruchość. Dłonie pianistki, nie morderczyni, myślała. Ale kiedy patrzyła na dłonie Degenhardta, nie potrafiła powiedzieć, gdzie zaczyna się kat, a gdzie kończy się muzyk. Uświadomiła sobie, że znajduje w tym pewne pocieszenie. Kiedy przestałaś chować się za swoimi dwuznacznymi manieryzmami?, pytał wiecznie osądzający Atreus. Nie potrafił zrozumieć, że Lorraine od dziecka ćwiczyła się w tym, by palce jednej dłoni przebiegały biegle po klawiszach niezależnie od drugiej, by jedna ręka zawsze grała niezależnie od drugiej. Umbriel nie wydawał się jej osądzać. On po prostu patrzył, zasłuchany w utwór na dwa głosy.
Powinna wiedzieć, że pisał o sobie. Przeszukując za pomocą legilimencji umysły innych ludzi, zawsze pozostawała przecież najbardziej zaabsorowana swoim własnym: tym wiecznie niepoznanym. Resztę zbyt często traktowała jako słodką igraszkę, może dlatego właśnie zdarzyło jej się łamać całe intelekty, zbyt zatracając się w rozkoszy. Odnajdywała piękno na granicy chaosu i precyzji, tak w muzyce, jak i legilimencji: legilimenta bywał kompozytorem, choć tkał myśli, nie dźwięki, widział też przed sobą barwna feerię wspomnień zamiast monochromatycznej partytury. Lorraine potrafiła wychodzić z czyjegoś umysłu zostawiając za sobą spokój, uniesienie, świeżość - wrażenie, jak gdyby wszystkie myśli wreszcie były na swoim miejscu - ale potrafiła też zostawić za sobą kompletną ruinę. W pewien sposób, morderstwo wydawało jej się więc czymś naturalnym, kiedy patrzyła na androgyniczną twarz Umbriela, na wieczną zmarzlinę jego oczu i ostateczność w sposobie, w jaki marszczył brwi: czy ktoś, kto potrafi zakląć w jednej kompozycji życie i śmierć, nie powinien zaznać smaku obojga?
- Nie przestawaj - hipnotyzujący szept wiły zaklinał błagalnie muzyka, a jej ciepły oddech owionął jego ucho - Umbriel. - Pogłaskała go delikatnie po policzku, czule, niewinnie: tak, jakby nie wepchnęła mu się bezczelnie na kolana, tak jakby nie wyjęczała przy nim imienia jego brata, tak, jakby przychodząc tu, nie wiedziała, co zrobi z nią jego muzyka. Otto miał ją najczęściej właśnie taką: słodką, uległą, melancholijną - piękny kwiat płożący się na nasypie kurhanu, pod którym spoczywały szczątki zmarłych - policzki Lorraine wciąż były zresztą nieśmiało zaróżowione, kiedy nagle cofnęła dłoń. Wciąż była blisko Umbriela, ale niewystarczająco blisko.
Zamiast dotknąć jego twarzy, dotknęła fortepianu.
Wprawiła smyczki w ruch, wygrywając kilka ostatnich nut z kompozycji Degenhardta - powoli, bezbłędnie - choć kiedy ręka Umbriela pieściła klawisze w ostatnim crescendo, Lorraine miała przecież zamknięte oczy. Pytanie, które wybrzmiało w powtórzonej frazie, było nieśmiałym drżeniem rąk kobiety, błądzących w poszukiwaniu niewidzialnych pięciolinii na ciele kochanka.
Wpiła rozcapierzone palce w podbródek Umbriela, pożądliwie zatopiła je w ciele mężczyzny, i szarpnęła brutalnie - jakby chciała zedrzeć z niego skórę przylegającą doń jak nienawiść, odsłonić nadpsute, acz dalej fascynujące wnętrze - kierując nim tak, by nie mógł odwrócić od niej twarzy, tak by mógł patrzeć tylko na nią. Tak, jak wcześniej oboje patrzyli na fortepian. Wciąż jeszcze czuła targające nią sprzeczności: teraz to był palący wstyd, że znowu pokazała mu się w emocjonalnym negliżu, ale i kojące rozczulenie, że muzyka dalej jest w stanie wydobyć z jej ciała czystą prawdę. Zbliżyła swoją twarz do twarzy Umbriela. Była tak blisko.
- Kto zamknął tego słowika w złotej klatce? - wyszeptała z protekcjonalną litością, wciąż oblepioną jednak w naturalną słodycz jej głosu. Nawet jej oddech był słodki. - Muszę mu podziękować. - Okrucieństwo błysnęło w oczach Lorraine, tak, była okrutna, wiedziała przecież, jak się tutaj męczy: sądziła, że dla takiego mężczyzny nie ma nic gorszego niż zamknięcie, nic gorszego od utraty kontroli, której to iluzję mógł zachować tylko dzięki fortepianowi. Sama dobrze znała to uczucie. Dzięki przyjacielowi ukryła je jednak lata temu między stronami Hamleta w bibliotece Malfoyów.
- Masz teraz w końcu czas - stalowy uścisk palców Lorraine zelżał: delikatnie uniosła brodę mężczyzny, zaglądając mu w oczy, jakby spodziewała się tam znaleźć duszę, po czym uśmiechęła się lekko, nagle zadumana - i inspirację - muzę, którą możesz nazwać imieniem żony - jeżeli ci to pomoże - w końcu wszyscy jesteśmy tylko więźniami naszych serc, prawda? - żeby dokończyć.
Degenhardt zdawał się jak nikt inny rozumieć, że okrucieństwo doskonale komponuje się z delikatnością, a te zawsze przeplatały się ze sobą w zachowaniu wił: tych obracających się w śmiertelnych korowodach, i kuszących zbłąkanych wędrowców, by tańczyli z nimi tak długo, aż padną bez życia. Ale Umbriel nie był zbłąkanym wędrowcem. Nie był ofiarą, porwaną przez wdzięki zjaw, ich śmiechy, i muzykę, nie, on był samą muzyką, do której Lorraine chciała tańczyć aż do zatracenia: okrutną, wszechogarniającą, jakby cała natura byla zaklęta w jego eleganckich dłoniach, sentyment tym wyraźniejszy, kiedy znajdowało się w jego muzyce odniesienia do koła roku, cyklu natury, do śmierci - i do zmartwychwstania.
Kiedy patrzyła na swoje własne, wydelikacone dłonie, widziała tylko kruchość. Dłonie pianistki, nie morderczyni, myślała. Ale kiedy patrzyła na dłonie Degenhardta, nie potrafiła powiedzieć, gdzie zaczyna się kat, a gdzie kończy się muzyk. Uświadomiła sobie, że znajduje w tym pewne pocieszenie. Kiedy przestałaś chować się za swoimi dwuznacznymi manieryzmami?, pytał wiecznie osądzający Atreus. Nie potrafił zrozumieć, że Lorraine od dziecka ćwiczyła się w tym, by palce jednej dłoni przebiegały biegle po klawiszach niezależnie od drugiej, by jedna ręka zawsze grała niezależnie od drugiej. Umbriel nie wydawał się jej osądzać. On po prostu patrzył, zasłuchany w utwór na dwa głosy.
Powinna wiedzieć, że pisał o sobie. Przeszukując za pomocą legilimencji umysły innych ludzi, zawsze pozostawała przecież najbardziej zaabsorowana swoim własnym: tym wiecznie niepoznanym. Resztę zbyt często traktowała jako słodką igraszkę, może dlatego właśnie zdarzyło jej się łamać całe intelekty, zbyt zatracając się w rozkoszy. Odnajdywała piękno na granicy chaosu i precyzji, tak w muzyce, jak i legilimencji: legilimenta bywał kompozytorem, choć tkał myśli, nie dźwięki, widział też przed sobą barwna feerię wspomnień zamiast monochromatycznej partytury. Lorraine potrafiła wychodzić z czyjegoś umysłu zostawiając za sobą spokój, uniesienie, świeżość - wrażenie, jak gdyby wszystkie myśli wreszcie były na swoim miejscu - ale potrafiła też zostawić za sobą kompletną ruinę. W pewien sposób, morderstwo wydawało jej się więc czymś naturalnym, kiedy patrzyła na androgyniczną twarz Umbriela, na wieczną zmarzlinę jego oczu i ostateczność w sposobie, w jaki marszczył brwi: czy ktoś, kto potrafi zakląć w jednej kompozycji życie i śmierć, nie powinien zaznać smaku obojga?
- Nie przestawaj - hipnotyzujący szept wiły zaklinał błagalnie muzyka, a jej ciepły oddech owionął jego ucho - Umbriel. - Pogłaskała go delikatnie po policzku, czule, niewinnie: tak, jakby nie wepchnęła mu się bezczelnie na kolana, tak jakby nie wyjęczała przy nim imienia jego brata, tak, jakby przychodząc tu, nie wiedziała, co zrobi z nią jego muzyka. Otto miał ją najczęściej właśnie taką: słodką, uległą, melancholijną - piękny kwiat płożący się na nasypie kurhanu, pod którym spoczywały szczątki zmarłych - policzki Lorraine wciąż były zresztą nieśmiało zaróżowione, kiedy nagle cofnęła dłoń. Wciąż była blisko Umbriela, ale niewystarczająco blisko.
Zamiast dotknąć jego twarzy, dotknęła fortepianu.
Wprawiła smyczki w ruch, wygrywając kilka ostatnich nut z kompozycji Degenhardta - powoli, bezbłędnie - choć kiedy ręka Umbriela pieściła klawisze w ostatnim crescendo, Lorraine miała przecież zamknięte oczy. Pytanie, które wybrzmiało w powtórzonej frazie, było nieśmiałym drżeniem rąk kobiety, błądzących w poszukiwaniu niewidzialnych pięciolinii na ciele kochanka.