Opiewana ariami, nigdy nie współuczestniczyła w byciu niedoścignionym bankietowym ideałem; już od młodych lat, jedynym co przynosiła barchanowym całunem wraz ze swoją poszlakowaną obecnością był głęboko lokujący się rodzinny wstyd. Niesubordynacja w kwestiach społecznych dotkliwie naznaczała ją piętnem od młodości, z każdą przemijającą zimą uwydatniając się coraz wyraziściej. Nie była przecież przystosowana do filuternych uśmiechów i kulturalnych dygnięć; z ramionami skrzyżowanymi i słowami opryskliwymi stanowiła niejednokrotnie epicentrum zainteresowania ciżby, a plotki na jej temat, w których zaczytywały się głęboko biurwy, zawierały w sobie solidną dozę prawdy. Widywana na połach hazardowych, uzależniona od opium, wychylająca chętnie szklanki whisky – niezależnie od tego, jak haniebnie ją krzywdziła i przywdziewała jej cechy, których w prozie codzienności się wstydziła.
Opiumowa ciecz łagodziła hałas obecny w głowie, ogniste migreny i spięcie rozlegające się po całym organizmie na wskroś. Nie uznawała miłości, uznawała laudanum – swoją jedyną i bliską kochankę. Z jej obrzydzeniem do ludzi, popadanie w nałogi stanowiło jedynie kwestię czasu; rozpoczynała się na nikotynowej rozpuście, aby skończyć wieńcem na alkoholu i opium.
– Nie być pretensjonalnym – odparła, a jej brwi uniosły się wysoko. – Żaden z tych tematów nie uczyni cię błyskotliwym. Słowa nie czynią błyskotliwym – dodała po chwili.
W gruncie rzeczy, mogłaby debatować na tematy wysokie – dorobki kulturalne, filozofowie, język łaciński, nie uznawała tego jednak za jednającą konieczność. W gruncie rzeczy myślała wręcz, jakoby pompatyczne kategorie konwersacji umniejszały intelektowi i stanowiły jedynie grę pozorów zaklętą w bogactwo językowe.
Dym ponownie rozgościł się w jej płucach, znacząc siwymi obłokami przestrzeń, gdy tylko opuścił jej wargi. Sięgnęła do popielniczki, pozbywając się pyłu wzbierającego na rozognionym oczku.
– To zależy od tego, jak dobrym magikiem jesteś, Toby – odparła, a jej cała postawa szeptała, jakoby to ona miała być tym wybitnym czarodziejem. Prawdą było jednak, iż prawdziwa magia w jej wykonaniu działa się na polu szachownicy. Percepcyjnie biegła, zajmująca się pionami od lat dziecięcych, nie miała sobie równych w tej materii.
Skrytość zawierająca się w jej osobowości nie miała nic wspólnego z nieśmiałym drygiem. Była zaskakująco pewna siebie, a kryzy jej umysłu zdawały się nie mieć wad w solidnej konstrukcji – prawdą było jednak, iż do swojego akwenu dopuszczała niezwykle rzadko.
– Znam bar, w którym serwują drinki na bazie spirytusu. Miło byłoby ujrzeć cię leżącego pod stołem wskutek jednego z nich – rzekła.
Skierowała ciekawskie spojrzenie mętnych, piwnych tęczówek w jego kierunku. Nie poderwała się, zabierając masywny płaszcz z siedziska obok – czekała na jego reakcję, nawet jeśli ta miałaby być odmowna. Nie zdarzało jej się zapraszać nigdzie ludzi, niezależnie od stopnia zażyłości; teraz jednak czuła perfidną potrzebę upicia go, wyciągnięcia brudnych meandrów myśli na światło dzienne.