09.06.2024, 00:15 ✶
Upewniwszy się, że nikt za nim nie szedł i tym samym nie wprowadzał na minę ani sprzedawcy składników, ani blondynki skierowanej tutaj przez Louvaina, skierował swoje kroki do miejsca docelowego. Szczekający Pies mieścił się w zacienionej części Nokturnu, w jednej z tych wnęk, w których jedynym źródłem światła pozostawały latarnie, bo zabudowano je od góry, pozostawiając jednak na dole możliwość korzystania z obskurnego korytarza jak z ulicy. Było to miejsce, w którym ciemność zdawała się otulać wszystko swoim zimnym, lepkim uściskiem - jedno z tych budujących w człowieku wrażenie budowania odrębnego, małego świata, w jakim niemożliwym było wyzbycie się poczucia głębokiego niepokoju.
Szczekający Pies krył się za ciężkimi, zardzewiałymi drzwiami, na którym widniało nadgryzione zębem czasu, przetarte malowidło wściekłego szakala. Szyld był ledwo widoczny w półmroku, ale klamka - zgodnie z tym jak zapamiętał to miejsce - zaszczekała zwłowieszczo, kiedy zbliżył do niej rękę. Nigdy nie zrozumie, dlaczego ktokolwiek tak ją zaklął. Wnętrze było jeszcze bardziej obskurne. Brak okien, przytłumione światło sączące się z brudnych, okopconych lamp zawieszonych tak nisko nad sufitami, że nawet on (a należy mieć na uwadze, że do wysokich mężczyzn nie należał) omal nie uderzył o jedną z nich głową, kiedy szedł do jednego ze stolików na uboczu. Bar generalnie sprawiał wrażenie mocno zaniedbanego - niby nie czuć tu było stęchlizny, ale powietrze było ciężkie. Od niewietrzenia, osiadłego na wszystkim papierosowego dymu i... być może nie tylko to stanowiło źródło wszechobecnego, duszącego smrodu, ale nikt nie śmiał tego komentować. Wszyscy zajmowali się tutaj sobą i tak też postąpił Umbriel, siadając naprzeciwko handlarza w skórzanym kapeluszu. Nie odezwał się pierwszy, chcąc dać Yaxleyównie czas na to, żeby ustawiła się wygodnie i mogła obserwować sytuację. Wątpił w to, aby zechciała się do nich dosiąść, toteż nie przywitał jej w żaden sposób, chociaż jej sylwetka rzuciła mu się wcześniej w oczy.
Szczekający Pies krył się za ciężkimi, zardzewiałymi drzwiami, na którym widniało nadgryzione zębem czasu, przetarte malowidło wściekłego szakala. Szyld był ledwo widoczny w półmroku, ale klamka - zgodnie z tym jak zapamiętał to miejsce - zaszczekała zwłowieszczo, kiedy zbliżył do niej rękę. Nigdy nie zrozumie, dlaczego ktokolwiek tak ją zaklął. Wnętrze było jeszcze bardziej obskurne. Brak okien, przytłumione światło sączące się z brudnych, okopconych lamp zawieszonych tak nisko nad sufitami, że nawet on (a należy mieć na uwadze, że do wysokich mężczyzn nie należał) omal nie uderzył o jedną z nich głową, kiedy szedł do jednego ze stolików na uboczu. Bar generalnie sprawiał wrażenie mocno zaniedbanego - niby nie czuć tu było stęchlizny, ale powietrze było ciężkie. Od niewietrzenia, osiadłego na wszystkim papierosowego dymu i... być może nie tylko to stanowiło źródło wszechobecnego, duszącego smrodu, ale nikt nie śmiał tego komentować. Wszyscy zajmowali się tutaj sobą i tak też postąpił Umbriel, siadając naprzeciwko handlarza w skórzanym kapeluszu. Nie odezwał się pierwszy, chcąc dać Yaxleyównie czas na to, żeby ustawiła się wygodnie i mogła obserwować sytuację. Wątpił w to, aby zechciała się do nich dosiąść, toteż nie przywitał jej w żaden sposób, chociaż jej sylwetka rzuciła mu się wcześniej w oczy.
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me