Przerażające, ile władzy nad drugim człowiekiem potrafiła dać zdolność poruszania się między ostrymi skałami w wąskim przesmyku, przez który musiałeś podróżować. Potrafił tępić te dzikie skały, łamać je, a nawet rzeźbić według własnej woli. Odpowiedni nacisk tutaj, odpowiedni nacisk tam - a wszystko siłą tego efemerycznego ciała, które posiadał Perseus Black. Nie musiał nawet kiwnąć palcem, żeby wprawić materię w ruch, wystarczyła sama wola. Mógł pomóc i wyciągnąć drugą istotę ze smolistej mazi, w której tonął i widział wokół siebie tylko bagniska. Ta wyciągnięta dłoń prowadziła na złociste plaże, gdzie powietrze przesycone było zapachem jodu, a ciało pieściły promienie słońca. Mógł też pchnąć w dół. Dotknąć głowy i wtopić ją w smołę niżej, żeby wystawały tylko szamoczące się dłonie próbujące wyzwolić się od siły, jaka nim rządziła. Łapały więc nadgarstek, drapały i wierzgały kończyny. Nie sposób było oprzeć się na dnie, żeby się wynurzyć - stopy nie miały podparcia. Mógł tylko wędrować w dół. Brakowało powietrza, płuca zamiast tlenu łapały czarną maź i tak powoli, brutalnie, umierał człowiek. Przeżywał w ostatnich chwilach tchnienia wspomnienia wszystkiego, co zrobił, czego żałował, a najbardziej tego, co jeszcze zrobić miał. Nie potrzebował siły w swoich mięśniach. Nie widzisz tego? Poruszasz sercem i duszą, kształtujesz psyche jak najwprawniejszy rzeźbiarz pieścił kamień pod swoimi palcami. Jak jubiler doglądał kamieni szlachetnych i dostosowywał metal do swojej artystycznej wizji, choć żaden człowiek nie jest w stanie ugiąć go w palcach.
Nie było takiej spowiedzi, która zmyłaby z człowieka grzech śmierci. Nie było też takiego rozgrzeszenia, które pozwoliłoby zapomnieć o splugawieniu świętości. Maźnięcia na białym płótnie sumienia - toć to już nawet nie były plamy. To była pierdolona redukcja bieli. To już biel, która została po pergaminie, wyglądała jak plamy przy tej czerni atramentu, bo tak niewiele jej zostało. Co widzieć mógł jednak błękit? Dużo czerni, co przelewała się łzami z tych pięknych oczu w bladej twarzy, chociaż wcale nie płakał. Nie ronił łez na policzki, ale czy nie płakał w swoim sercu? To pewnie dramatyzowanie, romantyzowanie tego, czego nie potrzeba romantyzować - wszystko to, o czym mówił teraz Perseus, wchodziło mocno do głosy Prewetta, który chłonął prawdę nieodzowną: doceniasz za mało to, co posiadasz, a za bardzo tęsknisz za wszystkim, co nie może znaleźć się w twoich dłoniach. Więc o czym marzył Perseus? Mówił o tym ze swojej perspektywy, a poczucie połączenia dusz stało się objawieniem tańca jesiennych liści nad taflą jeziora. Zaraz tam opadną, ale na razie tańczą, nieskrępowane, nauczone tego, jak się lata i jak być bezwiednie oddanym tej sztuce. Dzisiaj nazwiemy ją sztuką poznania, jutro sztuką kochania, a za miesiąc już będzie sztuką miłości. Wszystko nie tak, bo nie powinni na siebie wzajem tak spoglądać. Nie powinni wyciągać do siebie dłoni i dotykać się nawet koniuszkami palców. Jak słodki potrafił być smutek w drugim człowieku, żeby tak przyciągał? Tworzył jakże żałosne: proszę, ja ci pomogę... Pomagałeś tak mocno, że w końcu sam stawałeś się nieszczęśliwy.
I tylko wtedy, kiedy już rozszarpiesz świętość na kawałki czujesz się naprawdę wyzwolony. Odetchnij pełną piersią, no dalej, wiesz, że zasłużyłeś! Przynajmniej na jeden moment spełnienia, jedną satysfakcję. Później znów przyjdzie wpatrywać się w ten nędzny pergamin, gdzie każdy z minusów podsumowywał twoje sumienie, ale w tej chwili gloria przypadała w twoje ręce. Co to za świętość, która sama jest grzechem splamiona? Nie można być świętym, kiedy lędźwie były takie ciepłe, a oddech był problematyczny od prób powstrzymania niezdrowej chuci. Jeśli ceną za odrodzenie było zniszczenie - niech tak się stanie. Feniksy nauczyły się powstawać z popiołów - wystarczyło zadbać o małe pisklęta, żeby na drugi dzień znów zachwyciły swoimi piórami. Laurent też chciał zachwycać. I jednocześnie chciał pióra powyrywać, żeby już nikt na niego nie patrzył. Jak pogodzić ze sobą narcyzm i brak wiary w siebie jednocześnie? Logika imała się popsutych emocji w równie popsutej głowie, a tu i teraz byli z tym sami. Perseus, który wybrał drogę leczenia, chociaż sam był ranny i Laurent, który potrzebował leczenia, ale napotkał na rannego lekarza. Między nimi nie było przepaści. Była droga tak mocna, widoczna i równa, że to przerażało. Jakby tkwiła tam od zawsze, tylko oni po prostu dotąd byli na nią ślepi. W nieszczęściu (a może przeciwnie..?) mijali się niepamiętnie na złoconych salonach. Nawet czerwony dywan na białej posadzce nie był tak wyraźny, żeby skupić ich uwagę na połączeniu. Tylko co to było? Czy to naprawdę zwykła chuć, podniecenie szumiące w uszach krwią, czy jednak zauroczenie, które umizgiwało się od sumiennego sprzątania myśli?
- Nie wiem, może oba... - Powiedział już załamanym głosem, bo w natłoku tych emocji i niepewności tego, co się z nim dzieje i dlaczego się aż tak... zepsuł... potrzebował wyjaśnień, których sam nie miał, a nie mogły one zostać dostarczone do rąk własnych przez osobę trzecią bez poznania. Więc jak poznać, kiedy nie masz siły na kopanie? Odpowiedzi były jak skarby - poukrywane w skrzyneczkach na plaży, należało tylko porozganiać piasek, a ten przecież przesypywał się między palcami. To nie był wysiłek. Pokiwał głową niepewnie słysząc, że nie musi odpowiadać dzisiaj ani jutro, że to po prostu rzecz do zastanowienia się. Na szczęście - bo dziś nie dałby rady odpowiedzieć.
To, co potem zostało powiedziane brzmiało w zaprzeczeniu do finiszu. Epilog był smutny, a epilog przeczył smutkowi mówić ci: nie smuć się smutną opowieścią! Doznany dysonans sprawił, że Laurent zwątpił w to, co słyszy, co widzi i co czuje. Mały rozłam - znalazł się na innym stopniu poznawczym niż umieścił się Perseus. Tylko czy był w pozycji do mądrzenia się, za które tyle osób już go złajało? To nie on był tutaj psychologiem, to nie on znał się na psychice... ale to, co słyszał, czuł, że jest zwyczajnie niepoprawne. We wszystkim, co widział i co zostało mu tutaj powiedziane i pokazane zgadzał się - ludzie za mało doceniali, co mieli w dłoniach. Za bardzo skupiali się na negatywach. Chyba właśnie w taką pułapkę samego siebie wpadł. Dlatego czuł się taki "popsuty", ale... on chyba od zawsze się tak czuł. W jakimś marazmie, jakby nic nie potrafiło go na stałe wyciągnąć z tego dołka, który uznał za równość z poziomem morza. Wcale nim nie był. Dołek był nadal dołkiem, nawet jeśli przyzwyczaiłeś się do jego równi.
- Przecież czymś takim nie da się przejmować. - Nie powiedział jednak nic więcej, bo pamiętał tę ustawioną granicę. I granicę musieli ustawić też tu i teraz, kiedy Laurent unikał tego elektryzującego spojrzenia, przez które miał ochotę błądzić palcami po własnych guzikach, objąć dłońmi głowę Perseusa i przyciągnąć do siebie. Grzeszne, grzeszne myśli...
Odetchnął z ulgą, kiedy Perseus go minął i postanowił wpuścić do wnętrza trochę powietrza. Trochę światła, trochę dźwięków z otoczenia poza murami. Sięgnął teraz po przygotowany napój, żeby wypić parę łyków i przyłożył chłodniejszą szklankę do swojego policzka, żeby odtajać. Pozwolił przez jakiś czas ciszy między nimi trwać i nie odpowiedział na pytanie, które zawisnęło między nimi.
- Jestem bardzo wdzięczny za przyjęcie, ale chyba lepiej będzie, jeśli poszukam innego terapeuty. - Powoli wypuścił powietrze z płuc, przymykając oczy. - Jeśli nie ma pan nic przeciwko... wolałbym poznać pana w okolicznościach prywatnych, nie lekarskich.