09.06.2024, 14:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.06.2024, 14:44 przez Lorraine Malfoy.)
Wiem, kiedy kłamiesz: wystarczy spojrzeć, czy twoje usta się ruszają, tak zwykł żartować ojciec. Lorraine myślała czasem, że całe jej życie jest kłamstwem: była córką kłamcy i zjawy, której sama egzystencja miała na celu zwodzić zmysły, wychowaną pośród obłudy - chętniej niż w grze na fortepianie kształcąc się tylko w grze pozorów - a każde jej słowo, każdy gest, zdawały się być przesiąknięte fałszem, nawet wtedy, kiedy jej intencje były dobre. Atreus zarzucał jej nieszczerość, ale prawda była o wiele prostsza. Nikt nie musiał znać prawdziwej Lorraine Malfoy. Nie wiedziała, czy taka w ogóle istnieje, i czy kiedykolwiek istniała. Jak zresztą mogła po tym wszystkim być z nim szczera? Musiałaby nie mieć instyktu samozachowawczego, by pozwolić mu wzgardzić swoim sercem po raz kolejny. Każde jego słowo tylko utwierdzało ją w tym przekonaniu. Miejmy to za sobą, czyż nie?
- Nie. Tym to było dla ciebie. - Popatrzyła na Atreusa z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy. - Próbujesz wzbudzić we mnie wyrzuty sumienia? Taki jesteś biedny, wzgardzony - "wzięłaś, co chcesz" - och, Atreusie, gdybym wzięła, co chcę, nic by z ciebie nie zostało - warknęła ostro, przywołując na usta okrutny uśmiech. Od dłuższej chwili opierała się plecami o ścianę, tuż obok wejścia do salonu, gdzie stała, jak wmurowana - nogi odmówiły jej posłuszeństwa, kiedy Atreus zaczął przerzucać się z nią argumentami - chciała od niego odejść, chciała wyciszyć się, zniknąć - by choć na chwilę przestali się prowokować pretensjami - ale im więcej słów padało, tym bardziej narastała w niej złość, I w końcu nie mogła tak po prostu wyjść, darować mu, odpuścić.
- I wiesz co? - Zbliżyła się do Atreusa, choć nogi miała jak z waty: na szczęście, długi materiał sukienki zakrył dygoczące kolana. - Wygrałeś. - W żadne słowo w całej rozmowie nie włożyła tyle jadu, jak w to jedno wyznanie. - A raczej ja przegrałam. Przez własną głupotę. Bo dla mnie, to było coś więcej niż interes. Bo, chcesz czy nie, w miejsce tamtego uczucia, które nas kiedyś łączyło, masz moją lojalność - zaśmiała się gorzko. - To co, po co dziś przyszedłeś? Po plotki z zaszczanego zaułka czy wieści z obsranego ścieku? Bo po co tu w ogóle przychodzisz? Bo ci na mnie niby zależy? - westchnęła pogardliwie. - Chcesz kłamać, bardzo proszę, ale nie wmawiaj mi, że robisz to dla mnie, i nie wmawiaj też tego sobie.
Poczuła pewną satysfakcję, mogąc rzucić mu jego własnymi słowami prosto w twarz.
Niemożliwe, przyszedłeś bo chcesz porozmawiać? Ze mną?
A nie, zaraz: ty nie rozmawiasz ze mną; jak chcę usłyszeć coś prawdziwego, to muszę sama wyciągnąć to z twojej głowy.
A nie, chwila: przecież przeszkadza ci nagle, że tam "wpełzam" i "biorę co chcę". Ale kiedy odpowiednio poproszę, wpuścisz mnie, prawda?
A nie, zaraz: odpychasz mnie, kiedy proszę, bo uważasz, że tobą manipuluję...
Jak na kogoś, kto z łatwością żerował na ludzkich umysłach - wykorzystując fakt, że ma dostęp do najskrytszych ich uczuć i wspomnień - Lorraine z uporem powtarzała: "będę bardzo delikatna", jakby na przekór praktykom zmarłej matki. W niektórych sytuacjach pohamowywała instynkt i nie szła dalej, nie zagłębiała się w kuszące meandry wspomnień, nie eksplorowała: wykorzystywała swój dar, by pomóc innym oczyścić ich umysły - podtrzymywać złudzenia czy manewrować mendrami ich myśli tak, by poczuli się lepiej - tak, jak sądziła, że pomaga Atreusowi. Bo w końcu był ponad rozmawianie z nią o swoich uczuciach.
A on? On był zwyczajnie niewdzięczny. Nie chciał nawet przyznać, że jej uzależnienie od legilimencji jest mu w tej sytuacji na rękę.
To, co miała z Otto, nie było - przynajmniej w początkach ich relacji - do końca zdrowe. Była młoda, bardzo młoda - za młoda - kiedy spotkali się po raz pierwszy, ale przyszła do niego przecież z własnej, nieprzymuszonej woli. Znalazła schronienie w jego ramionach, kiedy nie miała nikogo, kto mógłby się nią zaopiekować. W pewnym sensie, Degenhardt ją wtedy uratował, choć sam o tym nie wiedział. Zrobił to przypadkiem: po prostu był przy niej w odpowiednim momencie. To, co ich łączyło, choć kiedyś było zgoła nieodpowiednie, teraz było dobrze działającym układem dwojga dorosłych ludzi, którzy wiedzieli, czego od siebie chcą. To było więcej niż mógł jej dać niezdecydowany Atreus.
Bo kiedy został postawiony przed jedną próbą, jednym wyzwaniem, on to wszystko, co mieli, odrzucił, zdeptał - stwierdził, że ich głupia, szkolna miłostka nie ma sensu - i zostawił ją. Zawsze tylko ją zostawiał. Najgorsze było to, że była niesprawiedliwa, kiedy myślała o tym w ten sposób. Bo przecież zawsze był taki cholernie czuły, taki delikatny, kiedy jej odmawiał, łagodząc ból rozczarowania i nieodwołalność decyzji, którą sam podjął. Dlatego mu nie wierzyła. Dlatego nie potrafiła mu zaufać tak do końca. Zresztą, kiedy ona oczekiwała od niego miłości? Lorraine Malfoy trochę głupiała, kiedy w grę wchodziły jej uczucia - do Atreusa, do wszystkich ludzi, których kochała - ale najgłupsza była i tak, kiedy chodziło o jej dumę. Duma była dla niej wszystkim. Z końcem ich związku przestała więc liczyć na jakąkolwiek wzajemność. Oczekiwała tylko tego, co mógł jej dać - tego, co sam lubił mieć na wyciągnięcie ręki, te ich stare sentymenty - odrobina czułości, odrobina uwagi, odrobina uśmiechu.
Odrobina cierpliwości. Tak, jedynie czego teraz tak naprawdę potrzebowała to chociaż odrobina cierpliwości. Ale on tylko ustawił jej kolejną granicę: Lorraine nie rozumiała, dlaczego Atreus mógł stale negocjować nowe warunki - nie pytaj o to, nie dotykaj mnie, nie proś tak - a ona nie mogła liczyć na choćby słowo wyjaśnienia. To nie było sprawiedliwe.
Czekała na niego że szczerymi intencjami,
Lorraine nie chciała półotwartych drzwi. Chciała by je przed nią otworzył, i puścił ją przodem. Zbyt często pchała się tam przez dziurkę od klucza.
A podobno tak mu zawsze zależało na tym, żeby zmierzyć się twarzą w twarz z jej problemami. Nigdy tego nie chciała: z problemami zawsze radziła sobie sama. Chciała, by zmierzył się z nią.
Nie wiedział, ile siły wymagała od niej delikatność, którą mu zawsze okazywała. Nie tylko w legilimencji - kiedy każda jej cząstka aż rwała się do eksploracji umysłu, chcąc iść głębiej, i głębiej - ale także w życiu. Zwłaszcza w życiu. Tak, Lorraine potrzebowała tej starannej fasady, ale Atreusowi również była ona niezbędna, choć oskarżał, ją że tylko sobie to wmawia. Tak samo jak potrzebował alibi: może nie na same spotkania z nią - choć i w to zaczynala wątpić - ale na pewno, gdy chodziło o legilimencję. Kolejna prawda, której nie chcial słyszeć z jej ust: oboje wyrażali na to dorozumianą zgodę, więc, w mniemaniu Atreusa, nie było o czym rozmawiać. Nie lubił, widać, że ktoś mu przypominał, ze nie jest taki sprytny, jak myślał. To, że Lorraine zaczęła o tym mówić naruszało ustalone kiedyś granice. Tak jakby to, że on zaczął mówić o jej "manieryzmach" nie naruszało granicy. Atreus burzył się, kiedy to Lorraine nakładała maskę, ale sam taką nosił: zaczął jej nawet zarzucać, że go nie zna, że nigdy go nie znała, jakby chciał przetestować, czy dalej rozróżnia Atreusa od Atreusa.
I może to był właśnie ich problem. Bo Lorraine chciała żyć na swoich zasadach, tak jak Atreus chciał żyć na swoich.
Chciała dojść do wszystkiego sama, żeby nikt nie mógł jej tego nigdy odebrać. Kiedyś Atreus chciał szansy, by zmierzyć się z jej problemami twarzą w twarz. Nigdy mu jej nie dała. W końcu przestał pytać, ale dalej widziała czasem jego rozczarowane spojrzenie, które napawało ją smutkiem, a w głowie słyszała wtedy wszystkie argumenty Anthony'ego o tym, że marnuje swoje talenty, marnuje swój potencjał, marnuje swoje życie. Ale to było właśnie jej życie - małe, gówniane, ale jej - jakże nienawidziła tego nokturńskiego ścieku, jakże go kochała. Była wolna. Dlaczego miałaby się tego wstydzić? Dlaczego miałaby pozwolić się komukolwiek ratować? Dlatego, że kiedyś Atreus chciał poprawić sobie samopoczucie jej kosztem, udowodnić, jakim to jest dobrym człowiekiem? Czy on faktycznie kiedykolwiek z nią był, skoro myślał, że ona chce tego wszystkiego?
- Zaczynam w to wątpić - stwierdziła zimno. - A ty, pamiętasz, jak to chciałeś mnie kiedyś uratować? - wysyczała. - Ciekawe, jak, skoro rozmowa ze mną cię przerasta. Mój ty bohaterze. - Chciała go sprowokować. Chciała, żeby ją uderzył, tak jak swojego kuzyna - bo wtedy by jej dotknął - bo wtedy przynajmniej miałaby poczucie, że przebiła się przez jego twardy czerep. Ale jak długo można próbować przebić się przez coś, co druga osoba stale nadbudowywała i podtrzymywała. Lorraine może i pogrążała się coraz bardziej w chorobliwej potrzebie przeszukiwania umysłów ludzi dookoła, ale nawet ona wierzyła, że nie wszystko dało się rozwiązać za pomocą legilimencji. Chciała po prostu porozmawiać. I jakimś cudem to ona była nagle wszystkiemu winna. - Myślałeś, że uratowałbyś mnie przede mną samą? - zaśmiała się tylko. - Tak, masz rację, oczywiście, że masz rację: to nie był mężczyzna, który nie używał żadnych słów, by powiedzieć jak się czuje. To był tylko chłopiec. - Uniosła dumnie podbródek. - Spytałam jak się czujesz, żebyś nie potraktował tego jak zawsze: jako próbę wyłudzenia od ciebie jakże tajnych i cennych informacji Biura Aurorów. Przepraszam, następnym razem po prostu poproszę cię o raport, jaki napisałeś dla przełożonych. Mam nadzieję, że to będzie dla ciebie wystarczająco bezosobowe, w piśmie urzędowym nie ma w końcu miejsca na zbędne emocje. - Bo w końcu był ponad rozmawianie z nią o swoich uczuciach.
Bolała gorzka prawda o legilimencji, bolała do żywego. Bo Atreus przecież nie wiedział o tym, do czego jest zdolna: nie wiedział, że zniszczyła kilka umysłów do tego stopnia, że ludzie, którzy padli ofiarą jej uroku, nigdy nie odzyskali pełni świadomości. Na przenajświętsze łono Matki, gdyby wiedział... Za pierwszym razem wpadła w panikę, powitana przez nieobecne spojrzenie i rękę powoli wędrującą do jej gardła - niepewnie, jakby starzec nie był do końca świadomy, czy ma do czynienia z przyjacielem czy z wrogiem - próbowała to naprawić, ale każda kolejne zanurzenie się w odmęty wspomnień mężczyzny tylko pogarszało sprawę. Złamała go. Ale przecież wcale tego nie chciała, nic nie mogła na to poradzić - zbyt silnie się opierał, zapewne miał pewne doświadczenie z oklumencją - próbowała mu opowiadać o najpiękniejszych momentach jego życia, trzymała go za rękę, gdy przypominała te najgorsze, popłakała się tam, nieprzygotowana na widok ruiny, ale nie potrafiła naprawić wyrządzonej przez siebie krzywdy. Następnym razem nie uroniła ani jednej łzy. W końcu, zrobiła to w pełni świadomie. Potem tylko czytała w gazetach ich nekrologi, a jednej z kobiet nawet zorganizowała pogrzeb, po cichu, bo rodzina nie chciała mówić głośno o tym, że seniorka rodu popełniła samobójstwo. Atreus mógł codziennie szafować swoim życiem, ale tu chodziło o coś więcej niż życie: powinien spojrzeć w oczy tych ludzi, którzy przecież żyli, ale życie nie tliło się już w ich oczach. Lorraine codziennie widziała śmierć - śmierć pachniała azaliami i popiołem, miała wypomadowane włosy i sztucznie uróżowione policzki - to nie śmierć napełniała ją obawą, tylko to, co się z nią wiązało. Bezsilność. Ostateczność. Brak możliwości wyboru.
Atreus nie chciał jej dopuścić do choćby możliwości pomocy.
- Nie. Nie mam pojęcia. Bo mi nie powiedziałeś. - Uśmiechnęła się złośliwie, i zamrugała gwałtownie, by powstrzymać łzy. Nie zamierzała dawać Atreusowi więcej satysfakcji. Za wiele razy oberwałeś w głowę, że nie możesz rozumiesz, że właśnie o to cię cały ten czas proszę? Powiedz mi, pokaż mi, podziel się tym ze mną... - Najpierw mówisz, że domyślam się i dopowiadam sobie rzeczy - a chwilę później chcesz, żebym się domyślała i dopowiadała sobie rzeczy, bo jesteś zbyt wielkim tchórzem, żeby... - Urwała, kiedy dotarło do niej znaczenie kolejnych jego słów. Nie mogła uwierzyć w to, co padło właśnie z ust Atreusa. Dlaczego uważał, że jej troska jest kłamstwem? "Nie wmawiaj mi że robisz to dla mnie. Nie wmawiaj tego sobie". Tego nie rozumiała najbardziej ze wszystkiego. Dlatego zaczęła mu mówić o poświęceniu - dlatego chciała przypomnieć, ile dla niego zrobiła i wciąż może zrobić - ale Atreus pozostał niewzruszony, jakby to wszystko nie miało dla niego żadnego znaczenia. Może rzeczywiście nie miało, pomyślała Lorraine, może zawsze była tylko... dystrakcją. Jego "miejmy to już za sobą" nabierało wtedy jeszcze gorszego wydźwięku. Zabolało ją to. - "Czy tak rzeczywiście było?" - powtórzyła głucho. Zacisnęła palce na metalowym naszyjniku, który podarował jej dawno temu: od dłuższego czasu bawiła się jego zapięciem, jak zawsze, kiedy była zdenerwowana, więc nawet nie zarejestrowała, w którym momencie zsunął się jej z szyi. Zimny metal był rozgrzany ciepłem jej ciała. - "Czy tak rzeczywiście było?" Jak w ogóle śmiesz w to wątpić. Jak śmiesz. Po tym wszystkim...
Rzuciła w niego tym przeklętym naszyjnikiem, oczywiście, nie trafiając. Szybko tego pożałowała, bo nie miała już czym zająć znerwicowanych palców. Ale on już szedł do wyjścia.
- Tak, idź. Idź sobie cierpieć w milczeniu, jak my wszyscy, skoro tego właśnie sobie życzysz. Uciekaj - cedziła, idąc za nim - płynęła w powietrzu jak skrzydlata furia, gnana chyba tylko czystym gniewem, bo ledwo trzymała się na nogach po ich wyczerpującej dyskusji - smagając go wyrzutami aż do drzwi frontowych.
- Jaka szkoda, że nie możesz uciec przed tym, co jest w twojej własnej głowie, Atreusie.
Otworzyła drzwi, które przed chwilą zamknął, i trzasnęła nimi z całej siły. Skoro on tego nie zrobił, ona musiała dopełnić rytuału.
Poczuła się jeszcze gorzej.
Nie było sensu podchodzić do okna - Atreus zapewne teleportował się prosto z klatki schodowej, żeby nikt nie widział bohatera z Beltane pośród slumsów Nokturnu - tak, jak sama mu zawsze przypominała, skupiona na tych wszystkich drobnostkach, które mogłyby zaszkodzić jego wizerunkowi, jej wizerunkowi, rzucić podejrzenia na łączącą ich relację - ale i tak wyjrzała na ulicę, dłuższy czas obserwując wyjście z kamienicy. Próbowała się uspokoić. Kiedy rozwarła stare okiennice, porywisty wiatr uderzył ją w twarz, rozwiewając włosy. Grzmiało.
Taki piękny dzień kończył się burzą.
Lorraine chciała cyklonu. Chciała burzy, która dorównałaby gniewu, jaki teraz czuła. Chciała, żeby deszcz zalał jej dom, całą dzielnicę, cały, pieprzony Londyn, i wypłukał wszystkie jego nieczystości. By obmył także i ją: zabrał całą jej wściekłość, i został czystszą od łzy na środku pobojowiska. Jestem twoją przystanią, Maeve. W moich ramionach możesz przeczekać każdy sztorm. Lorraine wierzyła, że jest w stanie znieść absolutnie wszystko. Nie zawsze zdołała jednak znieść to z godnością czy właściwą powagą. Była wściekła, więc wybuchła.
To nie była opanowana, pewna siebie Lorraine, która kilka dni temu wręczała Saurielowi uporządkowaną listę kontaktów i schludny plan działania: jej emocje były teraz jak kłębiące się nad miastem burzowe chmury - ciemne, niechlujne, chaotyczne, przesłaniające klarowny błękit nieba - to była Lorraine, którą władały wszystkie najgorsze emocje, gwałtowne, niszczące wszystko dookoła. Tak jak zawsze chciała być córką swojej matki, tak, ostatecznie, zawsze była bardziej córką swojego ojca.
Wiedziała, że powinna przemilczeć wszystkie swoje wyrzuty, że powinna odpuścić - wbrew temu, co jej wyrzucał Atreus, powinna się ugryźć w język i powinna dostosować się do jego oczekiwań, jeżeli ten miał się z nią czymkolwiek podzielić, co tylko udowodnił, wychodząc - ale dzisiaj nie mogła odpuścić.
Może to dlatego, że przedwczoraj była taka szczęśliwa z Maeve. Przyznała się jej do wielu rzeczy: podzieliła się z nią wątpliwościami, i została wysłuchana, więcej, została zrozumiana, i nagle poczuła, że może wszystko. Wystarczy, że wypowie swe pragnienia na głos. Bo Lorraine była kochana, bo miała w sobie ciepło, które zalewało ją od środka, i chciała się nim podzielić z Atreusem: bo kiedy przypominała sobie, że jest obok niej ktoś, komu na niej zależy, kto się od niej nie odwraca, nagle na nowo budziła się w niej gorąca potrzebę, by zrobić wszystko dla ludzi, których kochała.
Wiedziała, że wszystko naprawi. Nie kłócili się w końcu pierwszy raz. Dawno jednak nie nikomu nie udało się sprowokować jej do wybuchu. Przyszedł zatem czas na ocenę zniszczeń po innego rodzaju burzy: mętlik w głowie, dwa kubki z niedopitą kawą, papieros w popielniczce, nowa sukienka, którą szybko ściągnęła przez głowę, i zdjęcia, wciąż wiszące na ścianie, chociaż powinna je zdjąć już wczoraj, ale nigdy nie lubiła spać bez tych szczęśliwych talizmanów obok. Podniosła też metalowy naszyjnik, który leżał smętnie na podłodze w salonie, i zapięła go z powrotem na szyi. Metal znowu był zimny w dotyku, tak jak dłonie Atreusa. To był jeden z pierwszych prezentów od niego, taki, który rzeczywiście chętnie nosiła. Przejrzała się krytycznie w rozbitej tafli lustra, a jej odbicie zalśniło tysiącem wersji jej pokawałkowanej twarzy: każda nieco inna, każda równie nieprawdziwa, każda jednak składająca się na Lorraine Malfoy.
Jaka szkoda, że nie możesz uciec przed tym, co jest w twojej własnej głowie, Lorraine.
Na szczęście mogła uciec z tego mieszkania.
Wychodząc, cicho zamknęła za sobą drzwi.
- Nie. Tym to było dla ciebie. - Popatrzyła na Atreusa z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy. - Próbujesz wzbudzić we mnie wyrzuty sumienia? Taki jesteś biedny, wzgardzony - "wzięłaś, co chcesz" - och, Atreusie, gdybym wzięła, co chcę, nic by z ciebie nie zostało - warknęła ostro, przywołując na usta okrutny uśmiech. Od dłuższej chwili opierała się plecami o ścianę, tuż obok wejścia do salonu, gdzie stała, jak wmurowana - nogi odmówiły jej posłuszeństwa, kiedy Atreus zaczął przerzucać się z nią argumentami - chciała od niego odejść, chciała wyciszyć się, zniknąć - by choć na chwilę przestali się prowokować pretensjami - ale im więcej słów padało, tym bardziej narastała w niej złość, I w końcu nie mogła tak po prostu wyjść, darować mu, odpuścić.
- I wiesz co? - Zbliżyła się do Atreusa, choć nogi miała jak z waty: na szczęście, długi materiał sukienki zakrył dygoczące kolana. - Wygrałeś. - W żadne słowo w całej rozmowie nie włożyła tyle jadu, jak w to jedno wyznanie. - A raczej ja przegrałam. Przez własną głupotę. Bo dla mnie, to było coś więcej niż interes. Bo, chcesz czy nie, w miejsce tamtego uczucia, które nas kiedyś łączyło, masz moją lojalność - zaśmiała się gorzko. - To co, po co dziś przyszedłeś? Po plotki z zaszczanego zaułka czy wieści z obsranego ścieku? Bo po co tu w ogóle przychodzisz? Bo ci na mnie niby zależy? - westchnęła pogardliwie. - Chcesz kłamać, bardzo proszę, ale nie wmawiaj mi, że robisz to dla mnie, i nie wmawiaj też tego sobie.
Poczuła pewną satysfakcję, mogąc rzucić mu jego własnymi słowami prosto w twarz.
Niemożliwe, przyszedłeś bo chcesz porozmawiać? Ze mną?
A nie, zaraz: ty nie rozmawiasz ze mną; jak chcę usłyszeć coś prawdziwego, to muszę sama wyciągnąć to z twojej głowy.
A nie, chwila: przecież przeszkadza ci nagle, że tam "wpełzam" i "biorę co chcę". Ale kiedy odpowiednio poproszę, wpuścisz mnie, prawda?
A nie, zaraz: odpychasz mnie, kiedy proszę, bo uważasz, że tobą manipuluję...
Jak na kogoś, kto z łatwością żerował na ludzkich umysłach - wykorzystując fakt, że ma dostęp do najskrytszych ich uczuć i wspomnień - Lorraine z uporem powtarzała: "będę bardzo delikatna", jakby na przekór praktykom zmarłej matki. W niektórych sytuacjach pohamowywała instynkt i nie szła dalej, nie zagłębiała się w kuszące meandry wspomnień, nie eksplorowała: wykorzystywała swój dar, by pomóc innym oczyścić ich umysły - podtrzymywać złudzenia czy manewrować mendrami ich myśli tak, by poczuli się lepiej - tak, jak sądziła, że pomaga Atreusowi. Bo w końcu był ponad rozmawianie z nią o swoich uczuciach.
A on? On był zwyczajnie niewdzięczny. Nie chciał nawet przyznać, że jej uzależnienie od legilimencji jest mu w tej sytuacji na rękę.
To, co miała z Otto, nie było - przynajmniej w początkach ich relacji - do końca zdrowe. Była młoda, bardzo młoda - za młoda - kiedy spotkali się po raz pierwszy, ale przyszła do niego przecież z własnej, nieprzymuszonej woli. Znalazła schronienie w jego ramionach, kiedy nie miała nikogo, kto mógłby się nią zaopiekować. W pewnym sensie, Degenhardt ją wtedy uratował, choć sam o tym nie wiedział. Zrobił to przypadkiem: po prostu był przy niej w odpowiednim momencie. To, co ich łączyło, choć kiedyś było zgoła nieodpowiednie, teraz było dobrze działającym układem dwojga dorosłych ludzi, którzy wiedzieli, czego od siebie chcą. To było więcej niż mógł jej dać niezdecydowany Atreus.
Bo kiedy został postawiony przed jedną próbą, jednym wyzwaniem, on to wszystko, co mieli, odrzucił, zdeptał - stwierdził, że ich głupia, szkolna miłostka nie ma sensu - i zostawił ją. Zawsze tylko ją zostawiał. Najgorsze było to, że była niesprawiedliwa, kiedy myślała o tym w ten sposób. Bo przecież zawsze był taki cholernie czuły, taki delikatny, kiedy jej odmawiał, łagodząc ból rozczarowania i nieodwołalność decyzji, którą sam podjął. Dlatego mu nie wierzyła. Dlatego nie potrafiła mu zaufać tak do końca. Zresztą, kiedy ona oczekiwała od niego miłości? Lorraine Malfoy trochę głupiała, kiedy w grę wchodziły jej uczucia - do Atreusa, do wszystkich ludzi, których kochała - ale najgłupsza była i tak, kiedy chodziło o jej dumę. Duma była dla niej wszystkim. Z końcem ich związku przestała więc liczyć na jakąkolwiek wzajemność. Oczekiwała tylko tego, co mógł jej dać - tego, co sam lubił mieć na wyciągnięcie ręki, te ich stare sentymenty - odrobina czułości, odrobina uwagi, odrobina uśmiechu.
Odrobina cierpliwości. Tak, jedynie czego teraz tak naprawdę potrzebowała to chociaż odrobina cierpliwości. Ale on tylko ustawił jej kolejną granicę: Lorraine nie rozumiała, dlaczego Atreus mógł stale negocjować nowe warunki - nie pytaj o to, nie dotykaj mnie, nie proś tak - a ona nie mogła liczyć na choćby słowo wyjaśnienia. To nie było sprawiedliwe.
Czekała na niego że szczerymi intencjami,
Lorraine nie chciała półotwartych drzwi. Chciała by je przed nią otworzył, i puścił ją przodem. Zbyt często pchała się tam przez dziurkę od klucza.
A podobno tak mu zawsze zależało na tym, żeby zmierzyć się twarzą w twarz z jej problemami. Nigdy tego nie chciała: z problemami zawsze radziła sobie sama. Chciała, by zmierzył się z nią.
Nie wiedział, ile siły wymagała od niej delikatność, którą mu zawsze okazywała. Nie tylko w legilimencji - kiedy każda jej cząstka aż rwała się do eksploracji umysłu, chcąc iść głębiej, i głębiej - ale także w życiu. Zwłaszcza w życiu. Tak, Lorraine potrzebowała tej starannej fasady, ale Atreusowi również była ona niezbędna, choć oskarżał, ją że tylko sobie to wmawia. Tak samo jak potrzebował alibi: może nie na same spotkania z nią - choć i w to zaczynala wątpić - ale na pewno, gdy chodziło o legilimencję. Kolejna prawda, której nie chcial słyszeć z jej ust: oboje wyrażali na to dorozumianą zgodę, więc, w mniemaniu Atreusa, nie było o czym rozmawiać. Nie lubił, widać, że ktoś mu przypominał, ze nie jest taki sprytny, jak myślał. To, że Lorraine zaczęła o tym mówić naruszało ustalone kiedyś granice. Tak jakby to, że on zaczął mówić o jej "manieryzmach" nie naruszało granicy. Atreus burzył się, kiedy to Lorraine nakładała maskę, ale sam taką nosił: zaczął jej nawet zarzucać, że go nie zna, że nigdy go nie znała, jakby chciał przetestować, czy dalej rozróżnia Atreusa od Atreusa.
I może to był właśnie ich problem. Bo Lorraine chciała żyć na swoich zasadach, tak jak Atreus chciał żyć na swoich.
Chciała dojść do wszystkiego sama, żeby nikt nie mógł jej tego nigdy odebrać. Kiedyś Atreus chciał szansy, by zmierzyć się z jej problemami twarzą w twarz. Nigdy mu jej nie dała. W końcu przestał pytać, ale dalej widziała czasem jego rozczarowane spojrzenie, które napawało ją smutkiem, a w głowie słyszała wtedy wszystkie argumenty Anthony'ego o tym, że marnuje swoje talenty, marnuje swój potencjał, marnuje swoje życie. Ale to było właśnie jej życie - małe, gówniane, ale jej - jakże nienawidziła tego nokturńskiego ścieku, jakże go kochała. Była wolna. Dlaczego miałaby się tego wstydzić? Dlaczego miałaby pozwolić się komukolwiek ratować? Dlatego, że kiedyś Atreus chciał poprawić sobie samopoczucie jej kosztem, udowodnić, jakim to jest dobrym człowiekiem? Czy on faktycznie kiedykolwiek z nią był, skoro myślał, że ona chce tego wszystkiego?
- Zaczynam w to wątpić - stwierdziła zimno. - A ty, pamiętasz, jak to chciałeś mnie kiedyś uratować? - wysyczała. - Ciekawe, jak, skoro rozmowa ze mną cię przerasta. Mój ty bohaterze. - Chciała go sprowokować. Chciała, żeby ją uderzył, tak jak swojego kuzyna - bo wtedy by jej dotknął - bo wtedy przynajmniej miałaby poczucie, że przebiła się przez jego twardy czerep. Ale jak długo można próbować przebić się przez coś, co druga osoba stale nadbudowywała i podtrzymywała. Lorraine może i pogrążała się coraz bardziej w chorobliwej potrzebie przeszukiwania umysłów ludzi dookoła, ale nawet ona wierzyła, że nie wszystko dało się rozwiązać za pomocą legilimencji. Chciała po prostu porozmawiać. I jakimś cudem to ona była nagle wszystkiemu winna. - Myślałeś, że uratowałbyś mnie przede mną samą? - zaśmiała się tylko. - Tak, masz rację, oczywiście, że masz rację: to nie był mężczyzna, który nie używał żadnych słów, by powiedzieć jak się czuje. To był tylko chłopiec. - Uniosła dumnie podbródek. - Spytałam jak się czujesz, żebyś nie potraktował tego jak zawsze: jako próbę wyłudzenia od ciebie jakże tajnych i cennych informacji Biura Aurorów. Przepraszam, następnym razem po prostu poproszę cię o raport, jaki napisałeś dla przełożonych. Mam nadzieję, że to będzie dla ciebie wystarczająco bezosobowe, w piśmie urzędowym nie ma w końcu miejsca na zbędne emocje. - Bo w końcu był ponad rozmawianie z nią o swoich uczuciach.
Bolała gorzka prawda o legilimencji, bolała do żywego. Bo Atreus przecież nie wiedział o tym, do czego jest zdolna: nie wiedział, że zniszczyła kilka umysłów do tego stopnia, że ludzie, którzy padli ofiarą jej uroku, nigdy nie odzyskali pełni świadomości. Na przenajświętsze łono Matki, gdyby wiedział... Za pierwszym razem wpadła w panikę, powitana przez nieobecne spojrzenie i rękę powoli wędrującą do jej gardła - niepewnie, jakby starzec nie był do końca świadomy, czy ma do czynienia z przyjacielem czy z wrogiem - próbowała to naprawić, ale każda kolejne zanurzenie się w odmęty wspomnień mężczyzny tylko pogarszało sprawę. Złamała go. Ale przecież wcale tego nie chciała, nic nie mogła na to poradzić - zbyt silnie się opierał, zapewne miał pewne doświadczenie z oklumencją - próbowała mu opowiadać o najpiękniejszych momentach jego życia, trzymała go za rękę, gdy przypominała te najgorsze, popłakała się tam, nieprzygotowana na widok ruiny, ale nie potrafiła naprawić wyrządzonej przez siebie krzywdy. Następnym razem nie uroniła ani jednej łzy. W końcu, zrobiła to w pełni świadomie. Potem tylko czytała w gazetach ich nekrologi, a jednej z kobiet nawet zorganizowała pogrzeb, po cichu, bo rodzina nie chciała mówić głośno o tym, że seniorka rodu popełniła samobójstwo. Atreus mógł codziennie szafować swoim życiem, ale tu chodziło o coś więcej niż życie: powinien spojrzeć w oczy tych ludzi, którzy przecież żyli, ale życie nie tliło się już w ich oczach. Lorraine codziennie widziała śmierć - śmierć pachniała azaliami i popiołem, miała wypomadowane włosy i sztucznie uróżowione policzki - to nie śmierć napełniała ją obawą, tylko to, co się z nią wiązało. Bezsilność. Ostateczność. Brak możliwości wyboru.
Atreus nie chciał jej dopuścić do choćby możliwości pomocy.
- Nie. Nie mam pojęcia. Bo mi nie powiedziałeś. - Uśmiechnęła się złośliwie, i zamrugała gwałtownie, by powstrzymać łzy. Nie zamierzała dawać Atreusowi więcej satysfakcji. Za wiele razy oberwałeś w głowę, że nie możesz rozumiesz, że właśnie o to cię cały ten czas proszę? Powiedz mi, pokaż mi, podziel się tym ze mną... - Najpierw mówisz, że domyślam się i dopowiadam sobie rzeczy - a chwilę później chcesz, żebym się domyślała i dopowiadała sobie rzeczy, bo jesteś zbyt wielkim tchórzem, żeby... - Urwała, kiedy dotarło do niej znaczenie kolejnych jego słów. Nie mogła uwierzyć w to, co padło właśnie z ust Atreusa. Dlaczego uważał, że jej troska jest kłamstwem? "Nie wmawiaj mi że robisz to dla mnie. Nie wmawiaj tego sobie". Tego nie rozumiała najbardziej ze wszystkiego. Dlatego zaczęła mu mówić o poświęceniu - dlatego chciała przypomnieć, ile dla niego zrobiła i wciąż może zrobić - ale Atreus pozostał niewzruszony, jakby to wszystko nie miało dla niego żadnego znaczenia. Może rzeczywiście nie miało, pomyślała Lorraine, może zawsze była tylko... dystrakcją. Jego "miejmy to już za sobą" nabierało wtedy jeszcze gorszego wydźwięku. Zabolało ją to. - "Czy tak rzeczywiście było?" - powtórzyła głucho. Zacisnęła palce na metalowym naszyjniku, który podarował jej dawno temu: od dłuższego czasu bawiła się jego zapięciem, jak zawsze, kiedy była zdenerwowana, więc nawet nie zarejestrowała, w którym momencie zsunął się jej z szyi. Zimny metal był rozgrzany ciepłem jej ciała. - "Czy tak rzeczywiście było?" Jak w ogóle śmiesz w to wątpić. Jak śmiesz. Po tym wszystkim...
Rzuciła w niego tym przeklętym naszyjnikiem, oczywiście, nie trafiając. Szybko tego pożałowała, bo nie miała już czym zająć znerwicowanych palców. Ale on już szedł do wyjścia.
- Tak, idź. Idź sobie cierpieć w milczeniu, jak my wszyscy, skoro tego właśnie sobie życzysz. Uciekaj - cedziła, idąc za nim - płynęła w powietrzu jak skrzydlata furia, gnana chyba tylko czystym gniewem, bo ledwo trzymała się na nogach po ich wyczerpującej dyskusji - smagając go wyrzutami aż do drzwi frontowych.
- Jaka szkoda, że nie możesz uciec przed tym, co jest w twojej własnej głowie, Atreusie.
Otworzyła drzwi, które przed chwilą zamknął, i trzasnęła nimi z całej siły. Skoro on tego nie zrobił, ona musiała dopełnić rytuału.
Poczuła się jeszcze gorzej.
Nie było sensu podchodzić do okna - Atreus zapewne teleportował się prosto z klatki schodowej, żeby nikt nie widział bohatera z Beltane pośród slumsów Nokturnu - tak, jak sama mu zawsze przypominała, skupiona na tych wszystkich drobnostkach, które mogłyby zaszkodzić jego wizerunkowi, jej wizerunkowi, rzucić podejrzenia na łączącą ich relację - ale i tak wyjrzała na ulicę, dłuższy czas obserwując wyjście z kamienicy. Próbowała się uspokoić. Kiedy rozwarła stare okiennice, porywisty wiatr uderzył ją w twarz, rozwiewając włosy. Grzmiało.
Taki piękny dzień kończył się burzą.
Lorraine chciała cyklonu. Chciała burzy, która dorównałaby gniewu, jaki teraz czuła. Chciała, żeby deszcz zalał jej dom, całą dzielnicę, cały, pieprzony Londyn, i wypłukał wszystkie jego nieczystości. By obmył także i ją: zabrał całą jej wściekłość, i został czystszą od łzy na środku pobojowiska. Jestem twoją przystanią, Maeve. W moich ramionach możesz przeczekać każdy sztorm. Lorraine wierzyła, że jest w stanie znieść absolutnie wszystko. Nie zawsze zdołała jednak znieść to z godnością czy właściwą powagą. Była wściekła, więc wybuchła.
To nie była opanowana, pewna siebie Lorraine, która kilka dni temu wręczała Saurielowi uporządkowaną listę kontaktów i schludny plan działania: jej emocje były teraz jak kłębiące się nad miastem burzowe chmury - ciemne, niechlujne, chaotyczne, przesłaniające klarowny błękit nieba - to była Lorraine, którą władały wszystkie najgorsze emocje, gwałtowne, niszczące wszystko dookoła. Tak jak zawsze chciała być córką swojej matki, tak, ostatecznie, zawsze była bardziej córką swojego ojca.
Wiedziała, że powinna przemilczeć wszystkie swoje wyrzuty, że powinna odpuścić - wbrew temu, co jej wyrzucał Atreus, powinna się ugryźć w język i powinna dostosować się do jego oczekiwań, jeżeli ten miał się z nią czymkolwiek podzielić, co tylko udowodnił, wychodząc - ale dzisiaj nie mogła odpuścić.
Może to dlatego, że przedwczoraj była taka szczęśliwa z Maeve. Przyznała się jej do wielu rzeczy: podzieliła się z nią wątpliwościami, i została wysłuchana, więcej, została zrozumiana, i nagle poczuła, że może wszystko. Wystarczy, że wypowie swe pragnienia na głos. Bo Lorraine była kochana, bo miała w sobie ciepło, które zalewało ją od środka, i chciała się nim podzielić z Atreusem: bo kiedy przypominała sobie, że jest obok niej ktoś, komu na niej zależy, kto się od niej nie odwraca, nagle na nowo budziła się w niej gorąca potrzebę, by zrobić wszystko dla ludzi, których kochała.
Wiedziała, że wszystko naprawi. Nie kłócili się w końcu pierwszy raz. Dawno jednak nie nikomu nie udało się sprowokować jej do wybuchu. Przyszedł zatem czas na ocenę zniszczeń po innego rodzaju burzy: mętlik w głowie, dwa kubki z niedopitą kawą, papieros w popielniczce, nowa sukienka, którą szybko ściągnęła przez głowę, i zdjęcia, wciąż wiszące na ścianie, chociaż powinna je zdjąć już wczoraj, ale nigdy nie lubiła spać bez tych szczęśliwych talizmanów obok. Podniosła też metalowy naszyjnik, który leżał smętnie na podłodze w salonie, i zapięła go z powrotem na szyi. Metal znowu był zimny w dotyku, tak jak dłonie Atreusa. To był jeden z pierwszych prezentów od niego, taki, który rzeczywiście chętnie nosiła. Przejrzała się krytycznie w rozbitej tafli lustra, a jej odbicie zalśniło tysiącem wersji jej pokawałkowanej twarzy: każda nieco inna, każda równie nieprawdziwa, każda jednak składająca się na Lorraine Malfoy.
Jaka szkoda, że nie możesz uciec przed tym, co jest w twojej własnej głowie, Lorraine.
Na szczęście mogła uciec z tego mieszkania.
Wychodząc, cicho zamknęła za sobą drzwi.
Koniec sesji