Mogliby tutaj spędzić kolejne godziny i nie znaleźliby odpowiedzi na to pytanie. Żadnej czarnej magii, żadnego wrażenia, że duchy zamieszkiwały to miejsce i krążyły po tym terenie, żadnych zjaw, niczego... było tu jedno wielkie nic. Laurent tego zupełnie nie rozumiał, ale najwyraźniej nie miał tego rozumieć. Basilius też nie miał się tego dowiedzieć. Ulżyło mu trochę, że nie dotknęła ich też żadna klątwa i że nic im się nie stało... nawet i fizycznie. Miał już najdziwniejsze myśli, że może, cholera, rozbili się, potłukli, coś w powietrzu sprawiło, że wypali z cholernej karocy! Ale nie. Bo przecież wtedy nie leżeliby w tym, co było kiedyś łóżkami, a teraz już tylko brudnymi szmatami.
Zanim dobrze wyruszyli Laurent podjął temat, czy jadą dalej do ciotki Ethel. Mogliby się w końcu wymówić bardzo konkretnie - nie na co dzień miewało się TAKĄ przygodę, po której człowiek, delikatnie mówiąc, niekoniecznie musi się czuć najlepiej. Troszkę manipulacja, troszkę niedopowiedzenie, bo przecież obu panom nic nie było. Nie szkodziło jednak coś podkoloryzować, żeby zapewnić sobie komfort w domowym zaciszu... Po krótkiej dyskusji temat stał się jasny - nie pojadą teraz to niedługo będą musieli jechać tak czy siak. Więc w zasadzie, równie dobrze, można tę bolączkę dokończyć tego dnia.
Laurent niekoniecznie poganiał abraksany, ale nie chciał ich agonii wyczekiwanego spotkania z Ethel i resztą rodziny przeciągać w nieskończoność. Już i tak kazali tej kobiecie czekać i chociaż Laurent próbował się nastawić jak najbardziej pozytywnie to po tym dziwnym wydarzeniu był trochę rozkojarzony. Myśli mu wciąż uciekały do tego, że przecież pili herbatę, jedli z nimi kolację, gadali z ich psem... Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że są w domu czarodziei, którzy mieszkali na uboczu. To dziwne nie było - wiele rodzin wybierało takie mieszkanie ponad ryzykowanie zamieszkania przy siedzibach mugoli, a niewielu potrafiło się dopasować do mugolskich ograniczeń, żeby nikt nie zobaczył kłaniającego się elegancko wieszaka przez okno.
- Czy ona tu czekała całą noc... - Odetchnął ciężko, ale postarał się przybrać jakikolwiek uśmiech na twarz (byle nie cierpiętniczy). - Paskudna burza, sowy bały się lecieć, Rafael kiepsko się czuje i trzeba mu pomóc w New Forest... i sprawdzić, czy burza nie wyrządziła tam szkód... - To trochę pytanie, trochę stwierdzenie w jego tonie, kiedy nachylał się do Basiliusa, układając ten plan działania. Plan awaryjny, żeby jak najszybciej zniknąć z tego miejsca, zanim Ethel wpadnie na pomysł, że przecież skoro nie było ich poprzedniej nocy to mogą być teraz noc dłużej! Nie. Nie mogli, ale ta kobieta niekoniecznie chciała też fakty akceptować. O tym wiedzieli wszyscy poza nią samą. Syndrom wyparcia to coś do leczenia, ale niekoniecznie sięgało to (niestety) ekspertyzy jego kochanego kuzyna.
Wyszedł jako pierwszy i uśmiechnął się już bardziej czarująco, otwierając ramiona. Też chciał się odezwać zaraz za Basiliusem. Tylko że kiedy chcieli się przywitać, to rozpętała się kolejna burza. Tym razem w bardzo ludzkiej postaci. Jedyne, co mógł zrobić to mrugać. Z niezrozumieniem. Albo rozumieniem, tylko niedowierzaniem. Albo czymś jeszcze innym.
Dzięki Ethel skrót jego imienia zabrzmiał nagle jak jakaś choroba. I to weneryczna.
- Ach, ciociu, jak dobrze cię widzieć..! - W końcu przerwał ten sztywny bezruch i opatulił ją swoimi wątłymi ramionami, przytulił czule, kuśkańca dał Basiliusowi, żeby też to zrobił. - Ta okropna burza, która była wczoraj, nie pozwoliła nawet moim abraksanom lecieć. Rafael źle się czuje, będzie potrzebował magizoologa. - Laurent zerknął kontrolnie na Bazyla za plecami ciotki.
- Wątłe to takie jak wy! Ta Aydaya to taka dama, a nic nie dba o swoich krewniaków. Osiadła się, wielka pani z pustyni, na włościach i już nic ją nie interesuje poza tymi jej farbkami! - Kobieta machnęła dłonią zakończoną różowymi paznokciami i poprawiła swój kapelusik z orlim piórem. Każdy jej krok falował jej śliczną sukienką z falbankami. - Basilius wybrał zły zawód, mówiłam ci, że powinieneś wybrać weterynarię to by cię tak nie odtrącali ci Prewettowie, a tak masz co żeś nagotował! Na szczęście ja też nagotowałam, ale wszystko ostygło, będziemy musieli je podgrzać...