Połączyła ich znakomita kondensacja półmisku nienawiści i szczypty pożądania – w absurdzie sytuacji, w zmysłowym mikrokosmosie pamięci, mogłaby z daleka określić jego zapach i gesty; sposób, w jaki odgarniał włosy z czoła, tudzież formę uśmiechu, w którą układały się jego wargi – absolutnie nieprzejednanie, równie absolutnie kpiące; nie pozostawała mu dłużna – był jedną z niewielu osób, przy których jej usta drżały, prawie skłaniając kąciki do poszybowania ku górze. A budził jej ciekawość nader żarliwie i nader uporczywie; nie potrafiła odmówić mu spotkania, chociaż żywiła wobec niego emocje skrajne i niewspółtowarzyszące sympatii – gotowa była go utopić w łyżce wody.
Może dlatego często lądowała z nim w łóżku, dumnie nazywając go gówniarzem – dzieliła ich wszak rozciągłość sześciu długich wiosen, jednak świadoma była, że to ona, wielokrotnie naga przed nim, urągała własnemu poczuciu wyższości. Poza momentami uniesień, łączyła ich też haniebna niechęć, gniew i pasja wobec drugiego; a Lycoris rzadko kiedy posuwała się do krytej barchanowym całunem apatii agresji – bynajmniej nie z powodów humanitarnych, jedynie nie przepadała za brudzeniem sobie dłoni. Mimo wszystko, jej pięść często lądowała na policzku Sauriela, zadając kłam wewnętrznym zasadom budowanym od najmłodszych lat. Nie brzydziła się rozlewu krwi, a jej praca owocowała w wyjątkowo intymne kontakty ze zwłokami – dbała jednak nade wszystko o własny interes.
Jej miłość do hazardu ściągała ją niejednokrotnie na manowce, jednak to ta przeklęta młodość, jej duch wycinał przed nią przesiekę, gładki pas startowy – prawdopodobnie dlatego posiadła tę pokerową twarz, która zwykła pozwalać jej zwyciężać w karcianego pokera. Na ogół niewzruszone oblicze, nie przedstawiało niczego poza pogardą czy drobnym zamyśleniem – choroba Milforda czyniła chaos w umyśle nader często i sprowadzała się do prostej rzeczy – zapamiętywania absolutnie wszystkiego.
Grudzień opadł wyjątkowo miękko na Londyn, pokrywając welonem śniegu kostkę brukową; bar nęcił alkoholowymi trunkami, jak i ciepłotą bijącą z wewnątrz; poza tym w środku znajdował się on, tak absolutnie niepoprawny, jak zawsze. I gdy rozmowa zaczęła wrzeć między nimi…
Parsknęła śmiechem na jego uwagę odnośnie jej wątpliwej urody. Istotnie, bardziej męska, aniżeli kobieca, nie przywdziewała sukienek i nie malowała paznokci, a wokół jej twarzy nie unosił się miałki pył pudru. Jej perfumy były drażniące i mocne, puentujące idealnie osobowość, a o przedstawicielstwie płci pięknej świadczyły usta pokryte burgundem i długie, splątane włosy, spływające miękko po ramionach.
Odgarnęła grzywkę na bok, stukając paznokciem o lśniącą powierzchnię szklanki.
– Z pewnością poderwę go skuteczniej, niż ty. Poza tym, to brzmi jak wyzwanie – odparła surowo. – Pięć galeonów, jeśli uda mi się w dziesięć minut, dziesięć galeonów, jeśli uda mi się w pięć. Stoi? – zabrzmiała retoryką.
– Swoją drogą, gówno i róża to prędzej określenie na nas – rzekła, podnosząc się z krzesła.
Ruszyła ku stolikowi za nią z nietypową sobie gracją zawierającą się w ruchach – jej chód momentalnie przestał przypominać męski, a gest, z jakim odrzuciła włosy, zawierał w sobie urok, którego definitywnie jej brakowało w prozie dnia codziennego. Odsunęła stołek naprzeciwko jegomościa, aby zająwszy go, oprzeć brodę na splecionych palcach dłoni.
– Zgubił pan kompanię? – zapytała zalotnie, a od własnego tonu głosu zrobiło jej się niedobrze. – Może dotrzymam towarzystwa? – Zmrużyła oczy w swym sztandarowym geście, w rozświetlonym spojrzeniu jednak nie zawierały się nuty cynizmu, jak to było w zwyczaju.