02.01.2023, 16:59 ✶
Na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy, polaryzujące wiele rodzin różnice nabrały wyraźniejszych barw. Moody wciąż jeszcze wyraźnie pamiętała rozmowę, jaką odbyła z Profesorem Dumbledorem, podczas której dyskutowali na temat proaktywnego działania dla wsparcia zagrożonych czarodziejów i nie tylko. Czuła na sobie odpowiedzialność, ale też pewnego rodzaju ulgę, iż jej dotychczasowa bytność wywołała u Albusa zaufanie. Nie uważała się nigdy za szczególnie cnotliwą osobistość, ale ponad wszystko ceniła kompas moralny, jaki wpojono Idzie i jej bratu już od maleńkości. — Zatem jeśli chcesz zostać, wiesz dobrze, że ufam ci, że wiesz co robisz. — Yaxley najwyraźniej go z nimi dzieliła, chociaż sposób, w jaki zostały wychowane, pod żadnym pozorem nie należał raczej do podobnych.
— Po…Pomocy. — Dalsze ich rozważania zostały przerwane, kiedy dokonując kolejne parę kroków w głąb pomieszczenia, pod jedną z wyższych półek zauważyły opartego mężczyznę w średnim wieku. Jego kolorowe szaty ubrudzone były krwią i kurzem, a wcześniej eleganckie wąsy, teraz nędznie zwisały na bladej z przerażenia twarzy. Trzymał się za lewę ramię, z którego docierał ku obu kobietom niekomfortowy zapach spalonej skóry. Czarna magia.
— Moody na brodę Merlina, to ty. — Zaskrzypiał Freddy Creswell, ledwo otwierając powieki oczu. Ida skinęła porozumiewawczo do Gerry, sygnalizując jej zachowanie ostrożności i czujności na łuk do przejścia w głąb korytarza.
— Freddy, czego nie rozumiesz w wiadomości “nie wracajcie do domu, w Londynie nie jest bezpiecznie”? — Wysyczała karcącą odpowiedź, rzucając się na kolana do pomocy czarodziejowi. Wiedza czarownicy na temat magii leczniczej była praktycznie zerowa, toteż aurorskim sposobem wyrwała po prostu część jego koszuli i bez ceregieli owinęło ciasno dookoła ramienia. — Mu…Musiałem wrócić. — Odchrząknął Creswell, krzywiąc się z bólu na działania czarownicy, ale nie protestując. — Stephanie, moja Stephanie została w sklepie sama. — Resztką energii, wyrwał się z uchwytu Idy i ścisnął dłoń na nodze Geraldine. - Błagam, na górze. Musiała się gdzieś ukryć, ale zanim do niej trafiłem, była już ich dwójka. — Po bladych jak ściana policzkach mężczyzny toczyły się zmieszane z brudem łzy.
— Śmierciożercy. — Ida siłą odciągnęła Creswella i wróciła do pozycji stojącej. — Freddy, spójrz na mnie. Zajmiemy się tym, ale musisz się uspokoić. Fergatto. — Wysunęła niepozornie różdżkę przed siebie, szepcząc inkantację uroku. Chociaż osobiście nie była w stanie pomóc fizycznym ranom znajomego, mogła zaoferować mu tymczasową ulgę psychiczną. Jego ciało opadło w uśpieniu na podłogę.
— Stephanie to jego córka. Informowałam wiele osób o potencjalnym niebezpieczeństwie, ale najwyraźniej tutaj napotkałyśmy konsekwencję prowizoryczności tych działań. — Westchnęła szybko, kręcąc głową. Znała swoje zadania, nie tylko jako członkini Zakonu Feniksa, ale też pracownika Ministerstwa i chociaż w ostatnie kilkanaście godzin nawet na sekundę nie była w stanie zmrużyć oka, nawet najszczersze działania napotykały na opór. W tym przypadku, popleczników Czarnego Pana. — Chodźmy na górę, muszą być gdzieś w warsztacie. Razem ze Stephanie. — Oznajmiła grobowym głosem, mocniej ściskając za różdżkę. Miała nadzieję, którą bała się wypowiedzieć nawet w swoich myślach. Że tamta jeszcze żyje i nie stała się jedną z wielu ofiar krwistych ataków.
give me a bitter glory.