09.06.2024, 22:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.06.2024, 22:35 przez Alexander Mulciber.)
Ogrody z Eden, podchodzi do nas Perseus
TW: wybiórcza mizoginia?? Alex Mulciber???
Nawet nie zdajesz sobie sprawy, w jak chorą psychicznie rodzinę się wżeniłeś.
- Chyba jesteśmy siebie warci. - Uśmiechnął się lekko na nieoczekiwaną uwagę Eden, a w jego głosie rozbrzmiał ten sam, tchnący ostatecznością ton, który towarzyszył mu, gdy dzielił się z ludźmi treścią wcześniej wypowiedzianych przez siebie przepowiedni. Tylko tutaj nie było żadnej przepowiedni. To on wybrał, i musiał żyć z konsekwencjami swoich wyborów.
Moja żona. Pierwszy raz wypowiedział tę deklarację publicznie, niepomny prośby Loretty by zachować ich związek w tajemnicy: pozostawała przecież narzeczoną innego gdy zawierali przysięgę. Moja żona, mówił Mulciber, ale czuł tylko pustkę.
"Ciekawie to brzmi, zupełnie jakbyś znaczył dla niej więcej niż jakieś pokurwiałe szczenię". Miał ochotę zaśmiać się Dolohovowi w twarz. Miał też ochotę utopić go w kadzi wódki i dokonać iniekcji z trupiego jadu do swej ulubionej żyły - jak indiański szaman posilający się mózgami zmarłych przodków - a potem iść do domu, i zerżnąć Lorettę ze szprycą magicznej esencji jasnowidza we krwi, tak, żeby duch Vasilija mógł posłuchać jak głośno potrafi wyć ta suka - jego pieprzona żona, jego słodka, mała Loretta - do której tak się łasił.
Może poślubił złą siostrę? Może oboje źle wybrali? Tamta blondynka o kwaśnej minie była bardziej w jego typie, choć musiała cierpieć na podobny deficyt atencji, co młodsza Lestrange, skoro ośmieliła się wtrącić do jego rozmowy z Dolohovem ze swoimi nudnymi pretensjami. Alexander nawet na nią wtedy nie spojrzał.
Nie tak wyobrażał sobie małżeństwo. Skoro nie mógł mieć Ambrosii, wziął sobie za żonę Lorettę, choć słowo "żona" szybko stało mu się obmierzłe, kiedy dotarło do niego, że sypia obok obcej kobiety. Nigdy nie ukrywał przed Lorettą, po co z nią jest. Nawet na pierwszym spotkaniu - kiedy wyciągnęła go z rezydencji, niby po to, żeby romantycznie popatrzyć razem na gwiazdy, choć wcześniej flirtowała z nim bezwstydnie - spytał ją wprost, w jakim miejscu ogrodu chce, żeby ją zerżnął najpierw. Ale po ślubie próbował: zalał ją swoją popieprzoną miłością - stał się jebanym wzorem mężowskich cnót, nie ćpał, nie ruchał żadnej na boku, nie bił jej - chciał zrobić z Loretty porządną kobietę, taką, którą byłby w stanie szanować. Taką, która odpowiadałaby jego wyobrażeniu żony. Ale z obsydianowej kurewki o oczach brązowych jak heroina nie dało się się zrobić kobiety godnej szacunku, Arcykapłanki z jego snów, a ze zdezelowanego ćpuna, który dawno oddał serce innej - nie dało się zrobić świętego.
Jak wiele można było zawrzeć w tak prostym stwierdzeniu: Loretta i on byli siebie warci.
- Nie no... Weź, Eden... Nie trzeba... - wyburczał cicho pod nosem, ale ostatecznie przyjął zaproszenie, i schował je dyskretnie do wewnętrznej kieszeni marynarki. Nie był do końca pewien, co powinien powiedzieć. - Dziękuję - rzucił szybko, bo blondynka pognała zaraz dalej, a on, oczywiście, ruszył za nią: przeciskając się przez tłum, stuknął niechcący barkiem jednego z kelnerów - wyraźnie podchmielonego - i zabrał mu z tacy nienapoczętą butelkę wódki, ratując ją przed rychłym stłuczeniem na podłodze sali bankietowej.
Parę razy rzeczywiście zdarzyło mu się zostać pomylonym z Williamem Lestrangem, choć nie do końca rozumiał, dlaczego: obaj obracali się, co prawda, w środowisku naukowym, kreując wokół siebie pewną aurę nieprzystępności, ale pochylali się nad skrajnie różnymi dziedzinami. Obaj mieli ciemne włosy, byli wysocy, to prawda, i często widywani byli w towarzystwie pewnej blondwłosej damy, ale na tym podobieństwa się kończyły.
Alexander patrzył jak blond włosy Eden spływają gładką taflą na jej szczupłe plecy, na to, jak targa nimi łagodny wiatr, kiedy szybkim krokiem szła przed siebie; kontemplował kształt jej czaszki, zastanawiając się: co też może kryć się głowie tej kobiety? Co w ogóle powinien sądzić o jej interakcji z Dolohovem i jego świtą? Czy naprawdę powinien podążać teraz za nią? Czy powinien zatrzymać się i wywróżyć jej, co przyniesie przyszłość, by uspokoić tę wieczną burzę, jaką była Eden Malfoy, bo kto mógł zmienić wyroki przyszłości, jeżeli nie ona i ta jej pierdolona duma? Czy po prostu zaproponować, by urżnęła się razem z nim najdroższą wódką ze stołu Blacka, i zapomniała o problemach?
Czwórka mieczy, którą wyciągał nieustannie ze swej talii od początku sierpnia, przypominała Mulciberowi o konieczności kontemplacji. Może wspólne chlanie nie było najlepszą opcją, ale był przecież jebanym alkoholikiem, więc nie wydawało się też najgorszą.
Skrzywił się na pytanie o Louvaina. Kiedy wreszcie się zatrzymali, odstawił wódkę na ławkę, kupując sobie jeszcze kilka chwil milczenia, kiedy obracał butelką tak, by zobaczyć etykietę. Bez sensu.
- Dowiem się tego, gdy go zobaczę.
Zaoferował jej papierosa, zanim odpalił swojego. Przez chwilę po prostu milczał, wsłuchując się w dochodzącą z oddali muzykę, odgłosy rozmów i świerszczy.
Nie do końca wiedział, w jaki sposób zadać pytanie, które od pewnego czasu międlił w myślach: on i Eden nigdy nie byli wylewni, nie potrzebowali tego, by móc się ze sobą porozumieć. Byli podobni w swojej oschłości i zdystansowaniu, zaś z emocji uznawali chyba tylko gniew - raz ognisty, raz lodowaty - choć u niego był to częściej gniew niszczący, niż budujący do działania na wzór jej ambicji. Może dlatego Alex traktował Eden trochę inaczej niż większość kobiet. Zastanowiła go jednak jej uwaga na temat rodziny Lestrange. Oczywiście, w rozmowach zdarzyło im się napomykać o swoich związkach, ale nie w taki sposób.
Ten William... W sumie go nie znał, choć mijali się często spojrzeniami w bibliotece i pokoju wspólnym, wiedział o nkm tyle, że jest naukowcem i rzadko opuszcza swoje laboratorium w piwnicy. Ale był Lestrange, a Lestrange'om nie należy ufać. Nie chciało mu się wierzyć, że jakiś byle skundlony skurwysyn mógłby zagiąć Eden Malfoy, którą znał tyle lat, ale co on, kurwa, wiedział o ich małżeństwie?
Tyle co inni o jego własnym, czyli absolutnie nic.
- On dobrze cię traktuje? - zagadnął zdawkowym tonem, nieśpiesznie strzepując popiół z papierosa. Popatrzył uważnie na kobietę, mrużąc lekko oczy.
na jasnowidzenie bo jesteśmy autystyczni i się nie porozumiemy wprost
Głos za jego plecami. Obrócił się - za szybko, przyzwyczajenie nie tyle jasnowidza, co kogoś nawykłego do pojedynkowania się, na pewno niepasujące do spokojnego naukowca pochłoniętego badaniami antropologicznymi - i wpił spojrzenie w pana młodego w pełnej krasie. Przez chwilę rozważał, czy nie poklepać go po plecach, gratulując ożenku, może rzucić jakąś męską radą, jak to utrzymać mir małżeńskiego pożycia - jakkolwiek na samą myśl miał ochotę rzygnąć - ale Black wydawał się nie mieć pojęcia, że do jakiegokolwiek ślubu doszło, a ty bardziej, że to on związał się węzłem przysięgi z Vesperą Rookwood.
- Tak. Ładny wieczór - odpowiedział cicho Alex, lekko zezując w stronę Eden. Miał nadzieję, że jego przykrywka zadziała.
na jasnowidzenie, aby wyczuć intencje Perseusa
TW: wybiórcza mizoginia?? Alex Mulciber???
Nawet nie zdajesz sobie sprawy, w jak chorą psychicznie rodzinę się wżeniłeś.
- Chyba jesteśmy siebie warci. - Uśmiechnął się lekko na nieoczekiwaną uwagę Eden, a w jego głosie rozbrzmiał ten sam, tchnący ostatecznością ton, który towarzyszył mu, gdy dzielił się z ludźmi treścią wcześniej wypowiedzianych przez siebie przepowiedni. Tylko tutaj nie było żadnej przepowiedni. To on wybrał, i musiał żyć z konsekwencjami swoich wyborów.
Moja żona. Pierwszy raz wypowiedział tę deklarację publicznie, niepomny prośby Loretty by zachować ich związek w tajemnicy: pozostawała przecież narzeczoną innego gdy zawierali przysięgę. Moja żona, mówił Mulciber, ale czuł tylko pustkę.
"Ciekawie to brzmi, zupełnie jakbyś znaczył dla niej więcej niż jakieś pokurwiałe szczenię". Miał ochotę zaśmiać się Dolohovowi w twarz. Miał też ochotę utopić go w kadzi wódki i dokonać iniekcji z trupiego jadu do swej ulubionej żyły - jak indiański szaman posilający się mózgami zmarłych przodków - a potem iść do domu, i zerżnąć Lorettę ze szprycą magicznej esencji jasnowidza we krwi, tak, żeby duch Vasilija mógł posłuchać jak głośno potrafi wyć ta suka - jego pieprzona żona, jego słodka, mała Loretta - do której tak się łasił.
Może poślubił złą siostrę? Może oboje źle wybrali? Tamta blondynka o kwaśnej minie była bardziej w jego typie, choć musiała cierpieć na podobny deficyt atencji, co młodsza Lestrange, skoro ośmieliła się wtrącić do jego rozmowy z Dolohovem ze swoimi nudnymi pretensjami. Alexander nawet na nią wtedy nie spojrzał.
Nie tak wyobrażał sobie małżeństwo. Skoro nie mógł mieć Ambrosii, wziął sobie za żonę Lorettę, choć słowo "żona" szybko stało mu się obmierzłe, kiedy dotarło do niego, że sypia obok obcej kobiety. Nigdy nie ukrywał przed Lorettą, po co z nią jest. Nawet na pierwszym spotkaniu - kiedy wyciągnęła go z rezydencji, niby po to, żeby romantycznie popatrzyć razem na gwiazdy, choć wcześniej flirtowała z nim bezwstydnie - spytał ją wprost, w jakim miejscu ogrodu chce, żeby ją zerżnął najpierw. Ale po ślubie próbował: zalał ją swoją popieprzoną miłością - stał się jebanym wzorem mężowskich cnót, nie ćpał, nie ruchał żadnej na boku, nie bił jej - chciał zrobić z Loretty porządną kobietę, taką, którą byłby w stanie szanować. Taką, która odpowiadałaby jego wyobrażeniu żony. Ale z obsydianowej kurewki o oczach brązowych jak heroina nie dało się się zrobić kobiety godnej szacunku, Arcykapłanki z jego snów, a ze zdezelowanego ćpuna, który dawno oddał serce innej - nie dało się zrobić świętego.
Jak wiele można było zawrzeć w tak prostym stwierdzeniu: Loretta i on byli siebie warci.
- Nie no... Weź, Eden... Nie trzeba... - wyburczał cicho pod nosem, ale ostatecznie przyjął zaproszenie, i schował je dyskretnie do wewnętrznej kieszeni marynarki. Nie był do końca pewien, co powinien powiedzieć. - Dziękuję - rzucił szybko, bo blondynka pognała zaraz dalej, a on, oczywiście, ruszył za nią: przeciskając się przez tłum, stuknął niechcący barkiem jednego z kelnerów - wyraźnie podchmielonego - i zabrał mu z tacy nienapoczętą butelkę wódki, ratując ją przed rychłym stłuczeniem na podłodze sali bankietowej.
Parę razy rzeczywiście zdarzyło mu się zostać pomylonym z Williamem Lestrangem, choć nie do końca rozumiał, dlaczego: obaj obracali się, co prawda, w środowisku naukowym, kreując wokół siebie pewną aurę nieprzystępności, ale pochylali się nad skrajnie różnymi dziedzinami. Obaj mieli ciemne włosy, byli wysocy, to prawda, i często widywani byli w towarzystwie pewnej blondwłosej damy, ale na tym podobieństwa się kończyły.
Alexander patrzył jak blond włosy Eden spływają gładką taflą na jej szczupłe plecy, na to, jak targa nimi łagodny wiatr, kiedy szybkim krokiem szła przed siebie; kontemplował kształt jej czaszki, zastanawiając się: co też może kryć się głowie tej kobiety? Co w ogóle powinien sądzić o jej interakcji z Dolohovem i jego świtą? Czy naprawdę powinien podążać teraz za nią? Czy powinien zatrzymać się i wywróżyć jej, co przyniesie przyszłość, by uspokoić tę wieczną burzę, jaką była Eden Malfoy, bo kto mógł zmienić wyroki przyszłości, jeżeli nie ona i ta jej pierdolona duma? Czy po prostu zaproponować, by urżnęła się razem z nim najdroższą wódką ze stołu Blacka, i zapomniała o problemach?
Czwórka mieczy, którą wyciągał nieustannie ze swej talii od początku sierpnia, przypominała Mulciberowi o konieczności kontemplacji. Może wspólne chlanie nie było najlepszą opcją, ale był przecież jebanym alkoholikiem, więc nie wydawało się też najgorszą.
Skrzywił się na pytanie o Louvaina. Kiedy wreszcie się zatrzymali, odstawił wódkę na ławkę, kupując sobie jeszcze kilka chwil milczenia, kiedy obracał butelką tak, by zobaczyć etykietę. Bez sensu.
- Dowiem się tego, gdy go zobaczę.
Zaoferował jej papierosa, zanim odpalił swojego. Przez chwilę po prostu milczał, wsłuchując się w dochodzącą z oddali muzykę, odgłosy rozmów i świerszczy.
Nie do końca wiedział, w jaki sposób zadać pytanie, które od pewnego czasu międlił w myślach: on i Eden nigdy nie byli wylewni, nie potrzebowali tego, by móc się ze sobą porozumieć. Byli podobni w swojej oschłości i zdystansowaniu, zaś z emocji uznawali chyba tylko gniew - raz ognisty, raz lodowaty - choć u niego był to częściej gniew niszczący, niż budujący do działania na wzór jej ambicji. Może dlatego Alex traktował Eden trochę inaczej niż większość kobiet. Zastanowiła go jednak jej uwaga na temat rodziny Lestrange. Oczywiście, w rozmowach zdarzyło im się napomykać o swoich związkach, ale nie w taki sposób.
Ten William... W sumie go nie znał, choć mijali się często spojrzeniami w bibliotece i pokoju wspólnym, wiedział o nkm tyle, że jest naukowcem i rzadko opuszcza swoje laboratorium w piwnicy. Ale był Lestrange, a Lestrange'om nie należy ufać. Nie chciało mu się wierzyć, że jakiś byle skundlony skurwysyn mógłby zagiąć Eden Malfoy, którą znał tyle lat, ale co on, kurwa, wiedział o ich małżeństwie?
Tyle co inni o jego własnym, czyli absolutnie nic.
- On dobrze cię traktuje? - zagadnął zdawkowym tonem, nieśpiesznie strzepując popiół z papierosa. Popatrzył uważnie na kobietę, mrużąc lekko oczy.
na jasnowidzenie bo jesteśmy autystyczni i się nie porozumiemy wprost
Rzut PO 1d100 - 52
Sukces!
Sukces!
Głos za jego plecami. Obrócił się - za szybko, przyzwyczajenie nie tyle jasnowidza, co kogoś nawykłego do pojedynkowania się, na pewno niepasujące do spokojnego naukowca pochłoniętego badaniami antropologicznymi - i wpił spojrzenie w pana młodego w pełnej krasie. Przez chwilę rozważał, czy nie poklepać go po plecach, gratulując ożenku, może rzucić jakąś męską radą, jak to utrzymać mir małżeńskiego pożycia - jakkolwiek na samą myśl miał ochotę rzygnąć - ale Black wydawał się nie mieć pojęcia, że do jakiegokolwiek ślubu doszło, a ty bardziej, że to on związał się węzłem przysięgi z Vesperą Rookwood.
- Tak. Ładny wieczór - odpowiedział cicho Alex, lekko zezując w stronę Eden. Miał nadzieję, że jego przykrywka zadziała.
na jasnowidzenie, aby wyczuć intencje Perseusa
Rzut PO 1d100 - 33
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat