09.06.2024, 23:59 ✶
Pokręciłem głową na jej słowa o Thoranie. To już nie była kwestia przekonania go czy ich do tego by dali mi spokój. On podniósł na mnie rękę. Może nie bezpośrednio, uciekając się do uciążliwych zaklęć i uroków, ale omal mnie nie wykończył definitywnie. To nie było coś, o czym można było sobie porozmawiać do herbatki, poprosić, żeby sytuacja się zmieniła. Co z tego, że Thoran zawsze jej słuchał, skoro doskonale wiedział, że Geraldine znalazła mnie martwego już raz... I z pewnością widział na własne oczy, jakie piętno to na niej wybiło. Nawet nie dbał o jej uczucia, jedynie chcąc się mnie pozbyć. Tak samo, jak pozbywał się z domu rodzinnego zdjęć z moją osobą. Mogłem wcześniej się tego przyczepić, a jednak! Oni wszyscy nie chcieli mnie już u siebie, wśród członków swojej rodziny.
- Przestań! - odkrzyknąłem do Geraldine. Odepchnęła mnie od siebie, co wcale nie było przyjemne, szczególnie że się sypałem psychicznie. Niecodziennie człowiek dowiadywał się, że własna rodzina się go wyrzekała i że nadwyręża właśnie mechanizmy, którymi rządziło się wszelkie życie na ziemi. Ale to miało sens! Już nie pierwszy - i zapewne nie ostatni raz - umykam śmierci. Geraldine zachowywała się egoistycznie, myśląc, że może mnie zatrzymać.
- Nie wiem, kiedy zrobiłaś się taka głupia i naiwna - wyrzuciłem to w końcu z siebie, bo nie potrafiłem tego dłużej trzymać na uwięzi, szczególnie że byłem przybity i rozdrażniony zaistniałą sytuacją. Nieomal nie umarłem, a teraz chowałem się w dziurze w ziemi niczym robak.
- ON CHCIAŁ MNIE ZABIĆ, a ty mi mówisz, że sobie z nim porozmawiasz!? Czy ty sama siebie słyszysz?! Ostatnimi czasy dzieje się dużo złego w naszym otoczeniu... Może właśnie to dostrzegli rodzice. Może nam nie mówili, żebyśmy nie zachowywali się jak kretyni - zauważyłem, próbując jakoś połączyć te wszystkie fakty w jedną prężną całość. - Pomyśl tylko, ile razy ostatnio mnie ratowałaś z granicy śmierci... Coś jest bardzo nie tak. Mam na sobie klątwę, która trzyma mnie przy życiu. Może ma jeszcze inne konsekwencje, poza piciem krwi i uciekaniem przed słońcem... - przyznałem podłamany, bo nie chciałem na nikogo tu ściągać nieszczęścia, szczególnie na Geraldine. Poza tym cholernie nie leżała mi ta sytuacja, że właśnie wschodziło słońce, a ja musiałem się ukrywać w jaskini niczym człowiek pierwotny przed piorunami.
- I proszę... - zacząłem zaraz, schodząc z tonu. Już wcześniej z niego zszedłem, teraz był on znacznie przyciszony. - Nie mów tak. Przede mną miałaś życie i po mnie też je będziesz miała. Nie jestem żadnym epicentrum twojego życia. Nie chcę byś była ode mnie w jakikolwiek sposób zależna, szczególnie że już jestem martwy i na dobrą sprawę nic mnie już nie czeka... Marzę, żebyś żyła pełnią życia. Proszę cię, Ger... - poprosiłem przygnieciony tymi wszystkimi informacjami, uczuciami, reakcjami Geraldine. Nie chciałem żeby się złościła ani jej wyzywać. Po prostu... pragnąłem by było lepiej, najlepiej w porządku, ale wciąż coś się sypało. Jeszcze zaatakowałem Prewetta, o czym nie wiedziała. Najwyraźniej trzymał to w tajemnicy, jak też mi obiecał.
- Przestań! - odkrzyknąłem do Geraldine. Odepchnęła mnie od siebie, co wcale nie było przyjemne, szczególnie że się sypałem psychicznie. Niecodziennie człowiek dowiadywał się, że własna rodzina się go wyrzekała i że nadwyręża właśnie mechanizmy, którymi rządziło się wszelkie życie na ziemi. Ale to miało sens! Już nie pierwszy - i zapewne nie ostatni raz - umykam śmierci. Geraldine zachowywała się egoistycznie, myśląc, że może mnie zatrzymać.
- Nie wiem, kiedy zrobiłaś się taka głupia i naiwna - wyrzuciłem to w końcu z siebie, bo nie potrafiłem tego dłużej trzymać na uwięzi, szczególnie że byłem przybity i rozdrażniony zaistniałą sytuacją. Nieomal nie umarłem, a teraz chowałem się w dziurze w ziemi niczym robak.
- ON CHCIAŁ MNIE ZABIĆ, a ty mi mówisz, że sobie z nim porozmawiasz!? Czy ty sama siebie słyszysz?! Ostatnimi czasy dzieje się dużo złego w naszym otoczeniu... Może właśnie to dostrzegli rodzice. Może nam nie mówili, żebyśmy nie zachowywali się jak kretyni - zauważyłem, próbując jakoś połączyć te wszystkie fakty w jedną prężną całość. - Pomyśl tylko, ile razy ostatnio mnie ratowałaś z granicy śmierci... Coś jest bardzo nie tak. Mam na sobie klątwę, która trzyma mnie przy życiu. Może ma jeszcze inne konsekwencje, poza piciem krwi i uciekaniem przed słońcem... - przyznałem podłamany, bo nie chciałem na nikogo tu ściągać nieszczęścia, szczególnie na Geraldine. Poza tym cholernie nie leżała mi ta sytuacja, że właśnie wschodziło słońce, a ja musiałem się ukrywać w jaskini niczym człowiek pierwotny przed piorunami.
- I proszę... - zacząłem zaraz, schodząc z tonu. Już wcześniej z niego zszedłem, teraz był on znacznie przyciszony. - Nie mów tak. Przede mną miałaś życie i po mnie też je będziesz miała. Nie jestem żadnym epicentrum twojego życia. Nie chcę byś była ode mnie w jakikolwiek sposób zależna, szczególnie że już jestem martwy i na dobrą sprawę nic mnie już nie czeka... Marzę, żebyś żyła pełnią życia. Proszę cię, Ger... - poprosiłem przygnieciony tymi wszystkimi informacjami, uczuciami, reakcjami Geraldine. Nie chciałem żeby się złościła ani jej wyzywać. Po prostu... pragnąłem by było lepiej, najlepiej w porządku, ale wciąż coś się sypało. Jeszcze zaatakowałem Prewetta, o czym nie wiedziała. Najwyraźniej trzymał to w tajemnicy, jak też mi obiecał.