Nienawiść przetaczana wyjątkowo rzutko, zmieszana z półmiskiem pożądania, które przecież oboje względem siebie odczuwali, stanowiła motor do wielu skrajnych działań. I nawet żaden osjaniczny uśmiech nie byłby w stanie zmyć niechęci posypanej szczyptą sympatii z ich oblicz – za każdym razem, gdy się widzieli, jad sączył się pokaźnie – nie mieli problemu, aby się nawzajem obrażać; uważali to wręcz za czynność obligatoryjną w tej relacji. Dzieliła ich mnogość lat i o ile Lycoris mianowała go w myślach określeniem gówniarza – uważała go za dojrzałego jak na swój wiek; i jak na te wiosny, które ich podzieliły. Nie była tchnięta przekornym przekonaniem, jakoby prowadziła rozmowę z kimś o zgoła innym świecie i priorytetach – w całym kuriozum, w całym kalejdoskopie emocji, byli do siebie przecież podobni.
Nie musiała patrzeć w gwiazdy, aby to wiedzieć; nie musiała wróżyć z fusów ani ze szklanej kuli; chciała go ofukać każdym z urągających określeń, aby później kończyć w miękkości łóżka czy gładzić go po ramieniu – ot tak, znikąd, przecież była na tyle oziębła, iż nie mogła mieć w tym ukrytej motywacji poza własnym interesem. Bo w końcu przypominała bardziej skutą chłodem lichwiarkę, aniżeli tętniącą ogniem tancerkę – było coś frapującego w jej postawie zimnej postawie i choć nie budziła nieomal u nikogo odczuć pozytywnych, nęciła własną osobliwością.
– Ty? Dla mnie? Konkurencją? – spytała, a jej mina wyrażała jedynie „bujać to my, nie nas”. W prezentacji własnego niechybnego uroku, odrzuciła splątane fale włosów spływające po ramionach i obdarowała go spojrzeniem roziskrzonym, zawierającym w sobie tlące się ogniki – zupełnie jak te brylanty, którymi wyszywane było niebo w nocy.
Tkwiła tak o parę sekund za długo w oczach Sauriela, świadoma własnego uroku, którego nieomal nigdy nie przywdziewała – jak chciała jednak, to potrafiła. I choć na bankietach zwykle urażała nonszalancką, arogancką postawą, nie zdobywając się na żaden spośród filuternych uśmiechów – dla własnego interesu gotowa był przybrać postać kokietki.
A przecież dowiedzenie własnej racji było najważniejsze.
Ostatni raz, mając świadomość, iż ich ofiara siedzi z wzrokiem wbitym w treść druku na gazecie, odwróciła się za ramie, posyłając krzywy uśmiech Saurielowi, półgłosem poruszając ustami: jeszcze nie widziałeś mnie w sukience. Mogła czynić furorę, a jej aparycja, tak kowalna w obróbce, nadawała się zarówno do pełnych przepychu sukni, jak i skrojonych surowo garniturowych spodni – ona jednak wybierała drugą opcję, wyzbywając się nut uroku, których przecież w sobie nie lubiła. Wolała być jak te kłute w marmurze boginie greckie, jak Atena zionąca srogim spojrzeniem, aniżeli urokliwe trzpiotki.
Prawdopodobnie nawet flirciarskie uśmiechy uważała za uwłaczające jej osobie. A jednak teraz przybrała jeden spośród nich – wyjątkowo wykwintny i odświętny.
– Och, w absolutnie niczym. Zauważyłam jednak, że tak czarujący dżentelmen jak pan, siedzi tutaj samotnie. Może mogłabym dotrzymać towarzystwa? – rzekła głosem miękkim, słodkim jak lepki, letni sok, jednak w jej postawie nie było nic z karykatury.
Poświadczył o tym uśmiech rysujący się na wargach jegomościa, zmarszczki w zewnętrznych kącikach oczu i drobny rumieniec, który wpłynął na jego policzki delikatnym pąsem. Nie spuszczała z niego wzroku na wpół przymrużonych ocząt.
– Może napije się czegoś pani? – zabrzmiało prędko w przestrzeni i już wówczas wiedziała, iż posiada go w swojej garści.
Skinęła chętnie głową i gdy tylko okazała chociaż krztę zainteresowania, ten podniósł się, zostawiając przy nodze stołu teczki z dokumentami, aby ruszyć po jeden z – jak miała nadzieję – wykwintnych drinków.