10.06.2024, 04:26 ✶
Znów wizja czerwieniejącej otchłani jeziora zalała zmysły stojącego na skraju osuwiska Mulcibera. Obudził go krzyk - rzucił się do przodu, ale nie zdążył, jak gdyby coś przytrzymało go przez chwilę w pasie - i głuche łupnięcie: dwa uderzenia serca. Alexander patrzył na rozpościerającą się przed nimi rozpadlinę z taką niewysłowioną nienawiścią, że wcale nie zdziwiłby się, gdyby to jego spojrzenie rozerwało ziemię, która pochłonęła Ambrosię. Zsunął się nieelegancko po nasypie w dół, aż żwir chrzęścił pod butami, prosto do wygłodniałej paszczy kurhanu. Pomyśl, że to sen, padła desperacka modlitwa, i, tym razem, to rzeczywiście był tylko sen.
Patrzył niewidzącymi oczyma, jak Rosie wyswabadza się z uścisku kwiatów, i zaraz przypadł do boku kobiety, by pomóc jej się podnieść. Ujął z zaskakującą delikatnością dłoń ukochanej, pozwalając, by wsparła się na jego ramieniu uwalonym ziemią. Gdy powiódł spojrzeniem po wnętrzu nasypu, dostrzegł ołtarz i spoczywające na kamiennej płycie, ludzkie szczątki. Ona leczy. Ona chyba leczy to miejsce, mówił Morpheus, ale Alexamder - dobrze zaznajomiony z tym wyjątkowym wyrazem na twarzy Rosie, kiedy widziała - milczał, gładząc ramię kobiety uspokającym gestem, jakby wiedział, że w takiej sytuacji mógł po prostu być. Nie miał czasu, by się nad tym wszystkim zanadto roztkliwiać. Fiolet chronił, i ulegał wzmocnieniu, kiedy byli blisko: Alexander zamierzał warować u boku Ambrosii nie tylko przez wzgląd na jej bezpieczeństwo, ale i na to, co mogła zobaczyć ze zmysłami zamplifikowanymi przez ochronną moc Windermere.
Nigdy nie mógł jej pomóc z Limbo.
- Moja wizja się dokonała. Ktoś umarł, ktoś przeżył - powiedział, zadziwiająco opanowany. - Jezioro przyjęło równowartościową wymianę. - Cały sęk tkwił w tym, co pozostało niewypowiedziane. Morpheus nie potrzebował daru widzenia, by zrozumieć dylemat, który prędzej czy później dotykał każdego badacza tajemnic: ile będzie nas kosztować ingerencja w energię tego miejsca? To była jednak bardziej elegancka wersja niemego pytania Alexandra. Prawdziwa brzmiała natomiast: czy to miejsce zażąda czegoś w zamian za Ambrosię?
Alexander rozglądał się na boki, oceniał konstrukcję podziemnego mauzoleum i rozległość grobowca. Szukał wzrokiem inskrypcji na płycie ołtarza, próbując zidentyfikować jakieś znajome napisy czy magiczne runy. Próbował przypomnieć sobie, czy w pracy albo podczas osobistych studiów natrafił kiedykolwiek na podobne praktyki chtoniczne. Delikatnie przesunął dłonią po posadzcce porośniętej roślinnością, odsuwając łagodnie kwiaty, by dojrzeć, czy w kamieniu wyryto jakieś symbole, które mógł skryć zielony dywan. Wreszcie, skupił wzrok na truchle pochowanej tu kobiety.
Wcześniej, w wizji, mignęły mu przed oczami symbole wyryte w wapieniu, ale coś zdawało się przesłaniać Alexowi widok - jak gdyby wszystko, co udało mu się dostrzec, tkwiło skryte gdzieś na dnie - miał wrażenie, że wciąż były to przebłyski przeklętego jeziora, które tak przyciągało go do siebie swoją mroczną tonią. Musiało mścić się za to, że nakarmił je odwróconą Trójką mieczy ze swej talii. Teraz widział przecież wyraźnie: do nagrobnej komnaty docierały promienie słońca, a świetliki wyczarowane przez towarzyszącą im dziewczynę pomagały rozświetlić skąpane w zieloności wnętrze.
Wszystkie jego wcześniejsze przebłyski wydawały się dotyczyć jeziora, tylko nie głos... Głos Loretty. Albo raczej: głos czegoś, co udawało Lorettę. Czegoś, co - tak, jak jego żona - zdawało sobie sprawę z targających Alexem sprzeczności, i potencjału destrukcji, jaki w sobie nosił. Przez chwilę pożałował, że jednak nie rzucił się do tego jeziora. Tam mógłby poczuć smak krwi, a tutaj... Tutaj był bezradny jak dziecko we mgle. On potrafił tylko niszczyć, a wydawało mu się, że to miejsce wymagało od nich - od niego - czegoś kompletnie przeciwnego: chciało, by ktoś je odbudował.
Nic nie przyszłoby mu że słuchania szeptów Ambrosii. Alexander potrzebował działania.
- Cokolwiek polaryzuje Windermere - pociągnął myśl Morpheusa - chce zniszczyć to, co jest pod tym wzgórzem. Skoro jesteśmy w epicentrum strefy chronionej, może wykorzystajmy ten czas, żeby umocnić ruiny mauzoleum. Może wznieść kopułę oplecioną roślinami? Przyroda aż drży dookoła... Pewnie pomoże, gdyby odnowić stare linie mocy łączące ją z ołtarzem uzdrowicielki. Rosie - ani na moment nie opuścił jej boku odkąd otworzyła oczy - dowie się czego ona chce. Ofiary, rytuału...
Uzdrowicielka potrzebująca uzdrowienia.
- Słuchaj - rzucił bezceremonialnie w stronę... Jakkolwiek miała na imię ta dzierlatka, co się przypałętała tu razem z nimi. - Bagshot w swoich zapiskach zawarł coś na temat jakichś rytuałów uzdrawiających? Praktyk religijnych? Ofiar składanych przez lokalną ludność bogom, w podzięce za ratunek przed dżumą? Cokolwiek? - Młoda miała już odpowiedzi na swoje wcześniejsze pytania: skoro truchło kobiety potrafiło przywrócić do życia czarownicę, oddalenie widma epidemii dżumy nie było dla niej żadną sztuką. Równowaga energetyczna tego miejsca była teraz jednak ewidentnie zachwiana, skoro Windermere chorowało. Skoro nie mogli znaleźć przyczyny choroby i jej wyeliminować - starał się nie myśleć o głosie Loretty, o tym ciemnym tembrze, sączącym mu się leniwie do ucha - musieli przywrócić mu dawne siły, by zwalczyło chorobę.
na percepcję (4k), żeby ogarnąć wygląd miejscówy, inskrypcje i poszlaki
na wiedzę o świecie (3k), czy kiedyś w trakcie badań czegoś przydatnego się dowiedział
Patrzył niewidzącymi oczyma, jak Rosie wyswabadza się z uścisku kwiatów, i zaraz przypadł do boku kobiety, by pomóc jej się podnieść. Ujął z zaskakującą delikatnością dłoń ukochanej, pozwalając, by wsparła się na jego ramieniu uwalonym ziemią. Gdy powiódł spojrzeniem po wnętrzu nasypu, dostrzegł ołtarz i spoczywające na kamiennej płycie, ludzkie szczątki. Ona leczy. Ona chyba leczy to miejsce, mówił Morpheus, ale Alexamder - dobrze zaznajomiony z tym wyjątkowym wyrazem na twarzy Rosie, kiedy widziała - milczał, gładząc ramię kobiety uspokającym gestem, jakby wiedział, że w takiej sytuacji mógł po prostu być. Nie miał czasu, by się nad tym wszystkim zanadto roztkliwiać. Fiolet chronił, i ulegał wzmocnieniu, kiedy byli blisko: Alexander zamierzał warować u boku Ambrosii nie tylko przez wzgląd na jej bezpieczeństwo, ale i na to, co mogła zobaczyć ze zmysłami zamplifikowanymi przez ochronną moc Windermere.
Nigdy nie mógł jej pomóc z Limbo.
- Moja wizja się dokonała. Ktoś umarł, ktoś przeżył - powiedział, zadziwiająco opanowany. - Jezioro przyjęło równowartościową wymianę. - Cały sęk tkwił w tym, co pozostało niewypowiedziane. Morpheus nie potrzebował daru widzenia, by zrozumieć dylemat, który prędzej czy później dotykał każdego badacza tajemnic: ile będzie nas kosztować ingerencja w energię tego miejsca? To była jednak bardziej elegancka wersja niemego pytania Alexandra. Prawdziwa brzmiała natomiast: czy to miejsce zażąda czegoś w zamian za Ambrosię?
Alexander rozglądał się na boki, oceniał konstrukcję podziemnego mauzoleum i rozległość grobowca. Szukał wzrokiem inskrypcji na płycie ołtarza, próbując zidentyfikować jakieś znajome napisy czy magiczne runy. Próbował przypomnieć sobie, czy w pracy albo podczas osobistych studiów natrafił kiedykolwiek na podobne praktyki chtoniczne. Delikatnie przesunął dłonią po posadzcce porośniętej roślinnością, odsuwając łagodnie kwiaty, by dojrzeć, czy w kamieniu wyryto jakieś symbole, które mógł skryć zielony dywan. Wreszcie, skupił wzrok na truchle pochowanej tu kobiety.
Wcześniej, w wizji, mignęły mu przed oczami symbole wyryte w wapieniu, ale coś zdawało się przesłaniać Alexowi widok - jak gdyby wszystko, co udało mu się dostrzec, tkwiło skryte gdzieś na dnie - miał wrażenie, że wciąż były to przebłyski przeklętego jeziora, które tak przyciągało go do siebie swoją mroczną tonią. Musiało mścić się za to, że nakarmił je odwróconą Trójką mieczy ze swej talii. Teraz widział przecież wyraźnie: do nagrobnej komnaty docierały promienie słońca, a świetliki wyczarowane przez towarzyszącą im dziewczynę pomagały rozświetlić skąpane w zieloności wnętrze.
Wszystkie jego wcześniejsze przebłyski wydawały się dotyczyć jeziora, tylko nie głos... Głos Loretty. Albo raczej: głos czegoś, co udawało Lorettę. Czegoś, co - tak, jak jego żona - zdawało sobie sprawę z targających Alexem sprzeczności, i potencjału destrukcji, jaki w sobie nosił. Przez chwilę pożałował, że jednak nie rzucił się do tego jeziora. Tam mógłby poczuć smak krwi, a tutaj... Tutaj był bezradny jak dziecko we mgle. On potrafił tylko niszczyć, a wydawało mu się, że to miejsce wymagało od nich - od niego - czegoś kompletnie przeciwnego: chciało, by ktoś je odbudował.
Nic nie przyszłoby mu że słuchania szeptów Ambrosii. Alexander potrzebował działania.
- Cokolwiek polaryzuje Windermere - pociągnął myśl Morpheusa - chce zniszczyć to, co jest pod tym wzgórzem. Skoro jesteśmy w epicentrum strefy chronionej, może wykorzystajmy ten czas, żeby umocnić ruiny mauzoleum. Może wznieść kopułę oplecioną roślinami? Przyroda aż drży dookoła... Pewnie pomoże, gdyby odnowić stare linie mocy łączące ją z ołtarzem uzdrowicielki. Rosie - ani na moment nie opuścił jej boku odkąd otworzyła oczy - dowie się czego ona chce. Ofiary, rytuału...
Uzdrowicielka potrzebująca uzdrowienia.
- Słuchaj - rzucił bezceremonialnie w stronę... Jakkolwiek miała na imię ta dzierlatka, co się przypałętała tu razem z nimi. - Bagshot w swoich zapiskach zawarł coś na temat jakichś rytuałów uzdrawiających? Praktyk religijnych? Ofiar składanych przez lokalną ludność bogom, w podzięce za ratunek przed dżumą? Cokolwiek? - Młoda miała już odpowiedzi na swoje wcześniejsze pytania: skoro truchło kobiety potrafiło przywrócić do życia czarownicę, oddalenie widma epidemii dżumy nie było dla niej żadną sztuką. Równowaga energetyczna tego miejsca była teraz jednak ewidentnie zachwiana, skoro Windermere chorowało. Skoro nie mogli znaleźć przyczyny choroby i jej wyeliminować - starał się nie myśleć o głosie Loretty, o tym ciemnym tembrze, sączącym mu się leniwie do ucha - musieli przywrócić mu dawne siły, by zwalczyło chorobę.
na percepcję (4k), żeby ogarnąć wygląd miejscówy, inskrypcje i poszlaki
Rzut PO 1d100 - 7
Akcja nieudana
Akcja nieudana
na wiedzę o świecie (3k), czy kiedyś w trakcie badań czegoś przydatnego się dowiedział
Rzut Z 1d100 - 3
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat