10.06.2024, 08:58 ✶
Wyglądało na to, że kapitan po kolei informował kobiety o tym, co się stało, a te biegły na wyścigi przyznawać się do popełnienia zbrodni. Brenna odruchowo spojrzała za plecami dziewczyny, czy przypadkiem nie nadciąga także siostra zmarłego, aby oświadczyć, że to ona postanowiła posłać swojego brata na tamten świat.
Kogo te kobiety chroniły?
Żadna z nich nie wydawała się też choćby odrobinę smutna z powodu śmierci męża/pracodawcy/ojca. Gdyby nie przyznawały się do zbrodni tak chętnie same, Brenna pewnie podejrzewałaby z tego powodu każdą z nich – zresztą, jeśli chociaż jeden podany przez nie powód był prawdziwy, to najwyraźniej denat faktycznie nie był przyjemnym człowiekiem.
– Przyznaję się do winy – potwierdziła chłodnym tonem na pytanie Victorii. – Oczywiście, nie planowałam go wcześniej zabić i sytuacja… wymknęła się spod kontroli. I nie ma narzędzia zbrodni, bo jestem czarownicą. Wyczarowałam narzędzie zbrodni, już znikło.
– Rozumiem, że był to nóż?
– Oczywiście.
– Panno Beauharnais…
– Proszę sobie nie myśleć, że wtrącą mnie do więzienia – przerwała jej Sophie, wydymając usta. – Brat mamy jest prawnikiem, bardzo dobrym, a mój ojciec chrzestny…
– Panno Beuharnais – powtórzyła Brenna, dużo bardziej stanowczo. Przyszła chyba pora na odrobinę inne podejście. Jeśli tutaj się nie sprawdzi, nie szkodzi, miały w końcu dwie inne, potencjalne podejrzane, na których mogły testować zupełnie inne pomysły! A kto wie, czy zaraz nie pojawi się tak jeszcze jedna? – Pani ojca nie zabito nożem.
Wyraz konsternacji zagościł na moment na ładnej buzi Sophie, zaraz jednak został zastąpiony złością.
– Nie macie prawa prowadzić przesłuchania, sugerując odpowiedzi. To nie jest zgodne z procedurami i…
– Pani matka już przyznała się do dokonania zbrodni – przerwała jej Brenna, a tym razem złość Sophie została zastąpiona bezbrzeżnym zdumieniem.
– Mama? Nie Henrietta? – wyrwało się, a potem spojrzała najpierw na Brennę, później na Victorię. – Mama by nigdy tego nie zrobiła! – wykrzyknęła, a jej ton ze spokojnego, chłodnego niemalże, stał się piskliwy i wkradł się w niego mocniejszy akcent, tak że słowa wypowiadane w obcym dla dziewczyny języku, stały się ledwo zrozumiałe. – Czy wy ją widziałyście? Choruje na włochatość serca, nigdy w życiu się z nikim nie pojedynkowała, nie miałaby dość siły, nie mówiąc już o tym, że nigdy się mu nie przeciwstawiła!
Tymczasem…
Gdzieś w tle pojawiła się czwarta kobieta, zmierzająca ku nim szybkim krokiem.
– Którą bierzesz? – mruknęła cicho Brenna, bo już zupełnie nie miały gdzie odesłać Sophie, żeby nie rozmawiać z nimi na raz.
Kogo te kobiety chroniły?
Żadna z nich nie wydawała się też choćby odrobinę smutna z powodu śmierci męża/pracodawcy/ojca. Gdyby nie przyznawały się do zbrodni tak chętnie same, Brenna pewnie podejrzewałaby z tego powodu każdą z nich – zresztą, jeśli chociaż jeden podany przez nie powód był prawdziwy, to najwyraźniej denat faktycznie nie był przyjemnym człowiekiem.
– Przyznaję się do winy – potwierdziła chłodnym tonem na pytanie Victorii. – Oczywiście, nie planowałam go wcześniej zabić i sytuacja… wymknęła się spod kontroli. I nie ma narzędzia zbrodni, bo jestem czarownicą. Wyczarowałam narzędzie zbrodni, już znikło.
– Rozumiem, że był to nóż?
– Oczywiście.
– Panno Beauharnais…
– Proszę sobie nie myśleć, że wtrącą mnie do więzienia – przerwała jej Sophie, wydymając usta. – Brat mamy jest prawnikiem, bardzo dobrym, a mój ojciec chrzestny…
– Panno Beuharnais – powtórzyła Brenna, dużo bardziej stanowczo. Przyszła chyba pora na odrobinę inne podejście. Jeśli tutaj się nie sprawdzi, nie szkodzi, miały w końcu dwie inne, potencjalne podejrzane, na których mogły testować zupełnie inne pomysły! A kto wie, czy zaraz nie pojawi się tak jeszcze jedna? – Pani ojca nie zabito nożem.
Wyraz konsternacji zagościł na moment na ładnej buzi Sophie, zaraz jednak został zastąpiony złością.
– Nie macie prawa prowadzić przesłuchania, sugerując odpowiedzi. To nie jest zgodne z procedurami i…
– Pani matka już przyznała się do dokonania zbrodni – przerwała jej Brenna, a tym razem złość Sophie została zastąpiona bezbrzeżnym zdumieniem.
– Mama? Nie Henrietta? – wyrwało się, a potem spojrzała najpierw na Brennę, później na Victorię. – Mama by nigdy tego nie zrobiła! – wykrzyknęła, a jej ton ze spokojnego, chłodnego niemalże, stał się piskliwy i wkradł się w niego mocniejszy akcent, tak że słowa wypowiadane w obcym dla dziewczyny języku, stały się ledwo zrozumiałe. – Czy wy ją widziałyście? Choruje na włochatość serca, nigdy w życiu się z nikim nie pojedynkowała, nie miałaby dość siły, nie mówiąc już o tym, że nigdy się mu nie przeciwstawiła!
Tymczasem…
Gdzieś w tle pojawiła się czwarta kobieta, zmierzająca ku nim szybkim krokiem.
– Którą bierzesz? – mruknęła cicho Brenna, bo już zupełnie nie miały gdzie odesłać Sophie, żeby nie rozmawiać z nimi na raz.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.