Pozostawała między nimi niejaka anonimowość, która sprawiała, iż mogli mówić do siebie słowa, których żal sercu byłoby wypowiedzieć w stosunku do kogokolwiek bliskiego. Może dlatego chwyciła go w swoje wiedźmie szpony; może dlatego uraczyła go uśmiechem, o którym na salonach krążyły pogłosy, jakoby zmieniał niewinnych w kamień; może dlatego nie wyszła bez słowa ze śmierdzącej szczynami speluny, zostawiając go samego sobie, wyzwolonego od oków rozmowy z nią samą. Tymczasem jednak, bawiła się zaskakująco dobrze, jak na towarzystwo kogoś, kogo organy nie kwitną w formalinie, a ciało nie leży martwo na stole.
Jego towarzystwo było w końcu niebanalnie irytujące, jednak nie na tyle, aby była w istocie rzeczy poirytowana. Wyznawała zasadę, jakoby nie istniała dla niczyjej przyjemności, poza własną – prawdopodobnie dlatego tak okrutnie brzydziła się ludzi, że podanie im dłoni urastało do rangi wielokrotnego obrzydzenia. Niektóre ze swoich odruchów musiała hamować – nie wzdrygać się każdorazowo na ciepło zetknięcia z innym ciałem czy unosić kąciki ust odrobinę częściej; nie miała nic przeciwko uchodzeniu za królową lodu, czasami jednak musiała się nagiąć dla celów lukratywnych.
– Mogłabym teraz zacząć mówić, że człowiek jest trzciną, cogito ergo sum i inne filozoficzne dyrdymały, szanujmy się jednak na tyle, aby nie budować tej sztucznej fasady inteligencji – rzekła. – Ona tkwi w prostocie – dodała po lichej chwili namysłu, stukając paznokciem w szklankę.
Dym nikotynowy rozmył się akwarelą w przestrzeni, barwiąc siwymi kłębami nadgryzione zębem czasu podszycie baru. Kolejny papieros dokonał swojego żywota, wciśnięty energicznie w dno popielniczki, a Lycoris chwyciła swoją szklankę i paroma łykami dopiła ognistą, która poczęła piec solidnie w gardle – po jej twarzy jednak przebiegł na palcach jedynie nikły grymas.
– Upiję cię szybciej, niż ty mnie – zadeklarowała pewnym siebie głosem.
Spojrzała zaskoczona na wyciągniętą w jej kierunku dłoń, wzrok przenosząc to na nią, to na jej właściciela. Ostatecznie westchnęła ciężko i dusząc w sobie nuty obrzydzenia, podała mu dłoń, schodząc z barowego stołka. Po chwili uwolniła tę z uścisku, idąc w myśl, iż co za dużo, to niezdrowo.
Gdy wyszli na poły gryzącej wciąż chłodem, kwietniowej nocy, odrzuciła głowę do tyłu, zamierając na moment w gwiazdach ulokowanych na niebie – czerni rozlanej kawy. Drzwi zatrzasnęły się za nimi łoskotem i sama Black stwierdziła, iż z zewnątrz nokturni przybytek wygląda jeszcze gorzej, niż w środku. Założywszy kosmyk niepokornej grzywki za ucho, poczęła kierować się ku destynacji, jedynie raz oglądając się za siebie – niby upewniając, iż mężczyzna za nią podąża.