10.06.2024, 12:47 ✶
– Robię – poprawił się, bo rzeczywiście wyraził się nieco nieprecyzyjnie. Tak, oczywiście, że za każdym razem, gdy tylko pojawiał się w biurze zerkał na nici i aury pracowników. To był dla niego taki sam odruch, jak rozejrzenie się po pomieszczeniu, do którego się wchodziło. Poza tym dobrze było wiedzieć, kto danego dnia jest w gotowości do działania, a kto się zaraz rozpłacze. – Ale zakładam, że twoja obecność w biurze wywoła w niektórych nową falę emocji, której warto się przyznać.
Zwłaszcza, że przecież jak pokazał do tej pory lipiec, pracownicy OMSHMu, w przeciwieństwie do deszczu, nie mieli okazji oglądać swojego szefa codziennie.
Skinął głową.
– Jeśli chcesz, to potem zabiorę cię na ciastka w nagrodę, że pojawiłeś się w swojej pracy – zapewnił, może, tylko, trochę, nieco, bardzo, złośliwie. Ale ciastka zamierzał mu kupić. Tak bardzo kochał swojego szefa.
Coś w tonie głosu Shafiqa sprawiło, że nawet gdyby Jonathan miał umrzeć od tej kolacji, to i tak by na niej został, zwłaszcza, że, chociaż Anthony przynajmniej pozornie wrócił do swojej dawnej formy, Selwyn obawiał się, co będzie, kiedy tylko ponownie zostawi go samego. I tak, wiedział, że Anthony Shafiq był poważnym politykiem, który niejednego czarodzieja przekonał do swojej woli i naprawdę należało się z nim liczyć, ale... Ale był też jego Tonym. Tym piegowatym Krukonem, z nielicznymi pryszczami, o którego martwił się, że w wakacje szkolne jedynie siedzi i czyta jakieś nudne książki, więc przychodził do niego, z czekoladkami dla jego ciotek i książkami autorstwa Lovecrafta (bo przecież każdy zasługiwał, by czytać również literature rozrywkową) po czym żartobliwie i z szerokim uśmiechem na ustach, oznajmiał, że jeśli da się wyciągnąć z domu do pobliskiego wesołego miasteczka, to zafunduje mu najlepsza "randkę" w jego życiu. Czasem ciężko było mu zapomnieć o tym źle ukierunkowanym kompleksie bohatera wobec Shafiqa.
– Bardzo chętnie. Umieram wręcz z głodu – skłamał i obrzucił spojrzeniem listę tych pokracznych nazw. – O, patrz. To się zapisuje trochę jak Shakespeare, gdyby jego nazwisko zapisywał ktoś bardzo pijany.
Zwłaszcza, że przecież jak pokazał do tej pory lipiec, pracownicy OMSHMu, w przeciwieństwie do deszczu, nie mieli okazji oglądać swojego szefa codziennie.
Skinął głową.
– Jeśli chcesz, to potem zabiorę cię na ciastka w nagrodę, że pojawiłeś się w swojej pracy – zapewnił, może, tylko, trochę, nieco, bardzo, złośliwie. Ale ciastka zamierzał mu kupić. Tak bardzo kochał swojego szefa.
Coś w tonie głosu Shafiqa sprawiło, że nawet gdyby Jonathan miał umrzeć od tej kolacji, to i tak by na niej został, zwłaszcza, że, chociaż Anthony przynajmniej pozornie wrócił do swojej dawnej formy, Selwyn obawiał się, co będzie, kiedy tylko ponownie zostawi go samego. I tak, wiedział, że Anthony Shafiq był poważnym politykiem, który niejednego czarodzieja przekonał do swojej woli i naprawdę należało się z nim liczyć, ale... Ale był też jego Tonym. Tym piegowatym Krukonem, z nielicznymi pryszczami, o którego martwił się, że w wakacje szkolne jedynie siedzi i czyta jakieś nudne książki, więc przychodził do niego, z czekoladkami dla jego ciotek i książkami autorstwa Lovecrafta (bo przecież każdy zasługiwał, by czytać również literature rozrywkową) po czym żartobliwie i z szerokim uśmiechem na ustach, oznajmiał, że jeśli da się wyciągnąć z domu do pobliskiego wesołego miasteczka, to zafunduje mu najlepsza "randkę" w jego życiu. Czasem ciężko było mu zapomnieć o tym źle ukierunkowanym kompleksie bohatera wobec Shafiqa.
– Bardzo chętnie. Umieram wręcz z głodu – skłamał i obrzucił spojrzeniem listę tych pokracznych nazw. – O, patrz. To się zapisuje trochę jak Shakespeare, gdyby jego nazwisko zapisywał ktoś bardzo pijany.
Koniec sesji