10.06.2024, 14:31 ✶
Brenna bywała czasem złośliwa. Jej złośliwości pojawiały się jednak w określonych sytuacjach i wobec określonych osób - mogła przekomarzać się z kuzynką Mavelle, wyzywać z Vincentem Prewettem albo "zadręczać" starszego brata, ale nie było powodów, aby znęcać się nad Basiliusem, który był świadkiem w sprawie. I nic z tego, co go spotkało, nie było jego winą.
Kiedy więc przerwał rozgrywkę, i zaczął mówić jasno, Brenna natychmiast rzuciła na swój własne karty, zgarnęła pióro i papiery, i zabrała się za notowanie, jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby Basilius wcale nie robił gwiazd, nie chciał grać w wisielca z uzdrowicielem, nie planował otworzyć sklepu dla klątwołamaczy pod przykrywką piekarni, nie powiedział jej, że jest chichotem losu i w ogóle nie zachowywał się tak… no cóż, jak przez ostatnią godzinę.
Wypominałaby to paru osobom przez najbliższy rok, ale tutaj była gotowa spuścić na wszystko zasłonę wiecznego milczenia.
– Obawiam się, że czeka cię parę wizyt w Wizengamocie – powiedziała, bardzo starając się nie mówić ze współczuciem, bo mu współczuła, i całej tej sytuacji, i tego, co nastąpi później, ale chyba teraz lepiej było skupić się tylko na faktach… – Wygląda na to, że mamy cztery osoby do aresztowania i jedną do znalezienia…
Atakowanie kochanek męża, nawet jeśli te wchodziły do domu w przebraniu wujka czy kuzyna swojego kochanka, nie było legalne. Mogłoby się tutaj skończyć na pouczeniu, ich społeczeństwo zawaliłoby się już dawno, gdyby ścigano każdego, kto rzucił pojedynczą drętwotę. Ale już próby wyczyszczenia pamięci uzdrowicielowi, domowej roboty narkotyki, miotanie zaklęciami na prawo i lewo, i cóż, użycie przynajmniej dwóch zaklęć wchodzących w pole czarnej magii, tworzyło ogólny obrazek pt. „ktoś tutaj spędzi parę miesięcy w Azkabanie i potem już zawsze będzie bardzo, bardzo grzeczny”.
A przedtem będzie zapewne kilka rozpraw, kilka przesłuchań i Prewett ogólnie będzie musiał odwiedzić Ministerstwo przynajmniej parę razy.
Miał pecha. Miał cholernego pecha. Ta cała sytuacja była nieprawdopodobna, a ktoś, kto dostał się w sam jej środek…
…może naprawdę był przeklęty.
Brenna bywała sceptyczką. I naprawdę, naprawdę dotąd zakładała, że to mógł być przypadek. To przecież nie były tylko piątki, ale też 6.6.66 i 6.9.69, a dziwne rzeczy przydarzały się jej przynajmniej raz w miesiącu. Teraz jednak… jak tak przed oczami przewijały się jej te wszystkie czarne plamy, zielone plamy, starożytne klątwy, pan Collins jako robak, pan Ferdynant i jego żabi śmiech, bójki w kasynach, przeklęte sztylety i wreszcie to, co zastali w domu Tatcherów, to się składało w historyjkę, która była cholernie, cholernie dziwna.
– Czy zauważyłeś, żeby siostrę pana Tatchera trafił zaklęciem ktoś jeszcze, poza kochanką? – zapytała, pośpiesznie notując jego słowa. Prawdopodobnie to ta kobieta została potraktowana czarnomagicznym zaklęciem, a to oznaczało, że kochanka pana Tatchera też nie była niewinną ofiarą (no dobrze, nie taką niewinną: po prostu uwodzącą cudzych mężów, ale niewinną w tej konkretnej sprawie).
– Wiesz co? – mruknęła Brenna chwilę później, podsuwając mu jego zeznania, by je przejrzał i się podpisał, jeżeli nie ma uwag. – Miałeś rację. Naprawdę jesteśmy przeklęci. Albo ty jesteś przeklęty. Albo ja, ale obstawiałabym jednak ciebie.
Kiedy więc przerwał rozgrywkę, i zaczął mówić jasno, Brenna natychmiast rzuciła na swój własne karty, zgarnęła pióro i papiery, i zabrała się za notowanie, jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby Basilius wcale nie robił gwiazd, nie chciał grać w wisielca z uzdrowicielem, nie planował otworzyć sklepu dla klątwołamaczy pod przykrywką piekarni, nie powiedział jej, że jest chichotem losu i w ogóle nie zachowywał się tak… no cóż, jak przez ostatnią godzinę.
Wypominałaby to paru osobom przez najbliższy rok, ale tutaj była gotowa spuścić na wszystko zasłonę wiecznego milczenia.
– Obawiam się, że czeka cię parę wizyt w Wizengamocie – powiedziała, bardzo starając się nie mówić ze współczuciem, bo mu współczuła, i całej tej sytuacji, i tego, co nastąpi później, ale chyba teraz lepiej było skupić się tylko na faktach… – Wygląda na to, że mamy cztery osoby do aresztowania i jedną do znalezienia…
Atakowanie kochanek męża, nawet jeśli te wchodziły do domu w przebraniu wujka czy kuzyna swojego kochanka, nie było legalne. Mogłoby się tutaj skończyć na pouczeniu, ich społeczeństwo zawaliłoby się już dawno, gdyby ścigano każdego, kto rzucił pojedynczą drętwotę. Ale już próby wyczyszczenia pamięci uzdrowicielowi, domowej roboty narkotyki, miotanie zaklęciami na prawo i lewo, i cóż, użycie przynajmniej dwóch zaklęć wchodzących w pole czarnej magii, tworzyło ogólny obrazek pt. „ktoś tutaj spędzi parę miesięcy w Azkabanie i potem już zawsze będzie bardzo, bardzo grzeczny”.
A przedtem będzie zapewne kilka rozpraw, kilka przesłuchań i Prewett ogólnie będzie musiał odwiedzić Ministerstwo przynajmniej parę razy.
Miał pecha. Miał cholernego pecha. Ta cała sytuacja była nieprawdopodobna, a ktoś, kto dostał się w sam jej środek…
…może naprawdę był przeklęty.
Brenna bywała sceptyczką. I naprawdę, naprawdę dotąd zakładała, że to mógł być przypadek. To przecież nie były tylko piątki, ale też 6.6.66 i 6.9.69, a dziwne rzeczy przydarzały się jej przynajmniej raz w miesiącu. Teraz jednak… jak tak przed oczami przewijały się jej te wszystkie czarne plamy, zielone plamy, starożytne klątwy, pan Collins jako robak, pan Ferdynant i jego żabi śmiech, bójki w kasynach, przeklęte sztylety i wreszcie to, co zastali w domu Tatcherów, to się składało w historyjkę, która była cholernie, cholernie dziwna.
– Czy zauważyłeś, żeby siostrę pana Tatchera trafił zaklęciem ktoś jeszcze, poza kochanką? – zapytała, pośpiesznie notując jego słowa. Prawdopodobnie to ta kobieta została potraktowana czarnomagicznym zaklęciem, a to oznaczało, że kochanka pana Tatchera też nie była niewinną ofiarą (no dobrze, nie taką niewinną: po prostu uwodzącą cudzych mężów, ale niewinną w tej konkretnej sprawie).
– Wiesz co? – mruknęła Brenna chwilę później, podsuwając mu jego zeznania, by je przejrzał i się podpisał, jeżeli nie ma uwag. – Miałeś rację. Naprawdę jesteśmy przeklęci. Albo ty jesteś przeklęty. Albo ja, ale obstawiałabym jednak ciebie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.