10.06.2024, 20:54 ✶
Niekiedy przerażała go dualistyczność własnej natury, choć zapytany o powód swego niepokoju nie umiałby go określić. Był Lysander, osobliwy stary kawaler mieszkający na uboczu Doliny Godryka, który mimo wszystkich swych dziwactw nie został przez ludzi odtrącony (jedynie nowi przybysze wpatrywali się w niego z natrętną ciekawością, lecz nie miał im tego za złe, odpowiadając promiennym uśmiechem na ich zdumienie). Lysander w jarmarcznym odzieniu, który robił nalewki, zbierał zioła, a później warzył eliksiry, którymi zaopatrywał lokalne apteki (niekiedy odmawiając zapłaty za swą pracę, przez co kieszenie zwykle miał puste), który ukochał wszystkie żywe stworzenia i z tej miłości gotów był wiele poświęcić. Był też Ariel, niespokojna dusza, tajemnica skrywana głęboko na dnie serca. Ariel, który nosił wianki i suknie, biegał wieczorami po łąkach i rozstawiał w sekrecie sztalugi w swej sypialni; istota utkana z babiego lata i mgły, marzenie senne, najprawdziwszy potomek wili. Ariel, który bał się ludzi i od nich stronił.
A pomiędzy nimi stał Samuel, który uczynił to, czego nie udało się nikomu dotychczas - dotarł zarówno do Lysandra, jak i Ariela, sprawiając, że ten rozdarty człowiek choć na moment czuł się całością. Najmilsza mi duszo!, w błękitnych oczach tańczyły iskry, gdy z oddaniem dociskał swe ciało jego, nie zważając na upał. Jak słusznie Sam zauważył, Lovegood nigdy nie oczekiwał od niego wyjaśnień; on po prostu cieszył się chwilą. Nie wymagał od nikogo miłości, skoro kochać mógł za dwóch.
Odzajemnił jego pocałunek z charakterystyczną dla siebie czułością pomieszaną z nieśmiałą niezgrabnością z dodatkiem szczypty nabożności, jakby robił to pierwszy raz. Od tej bliskości zakręciło mu się w głowie, szkicownik zsunął się z jego uda i opadł gdzieś na bok grzbietem do góry, węgielki wyślizgnęły się z palców, zaś dłoń Lysandra powędrowała na policzek Samuela i pogładziła go ostrożnie, jakby z obawą, że ten miałby zniknąć. Odsunął się zaraz, przypomniawszy sobie o tym, że opuszki palców miał czarne jak noc i ze zdziwieniem odkrył, że zostawił na skórze swego towarzysza równie ciemne smugi.
— Przepraszam, nie chciałem cię pobrudzić — rzekł skruszony i natychmiast naciągnął rękaw jasnej koszuli na nadgarstek i zaczął wycierać nim twarz Samuela. — Dostałeś moje rysunki?
A pomiędzy nimi stał Samuel, który uczynił to, czego nie udało się nikomu dotychczas - dotarł zarówno do Lysandra, jak i Ariela, sprawiając, że ten rozdarty człowiek choć na moment czuł się całością. Najmilsza mi duszo!, w błękitnych oczach tańczyły iskry, gdy z oddaniem dociskał swe ciało jego, nie zważając na upał. Jak słusznie Sam zauważył, Lovegood nigdy nie oczekiwał od niego wyjaśnień; on po prostu cieszył się chwilą. Nie wymagał od nikogo miłości, skoro kochać mógł za dwóch.
Odzajemnił jego pocałunek z charakterystyczną dla siebie czułością pomieszaną z nieśmiałą niezgrabnością z dodatkiem szczypty nabożności, jakby robił to pierwszy raz. Od tej bliskości zakręciło mu się w głowie, szkicownik zsunął się z jego uda i opadł gdzieś na bok grzbietem do góry, węgielki wyślizgnęły się z palców, zaś dłoń Lysandra powędrowała na policzek Samuela i pogładziła go ostrożnie, jakby z obawą, że ten miałby zniknąć. Odsunął się zaraz, przypomniawszy sobie o tym, że opuszki palców miał czarne jak noc i ze zdziwieniem odkrył, że zostawił na skórze swego towarzysza równie ciemne smugi.
— Przepraszam, nie chciałem cię pobrudzić — rzekł skruszony i natychmiast naciągnął rękaw jasnej koszuli na nadgarstek i zaczął wycierać nim twarz Samuela. — Dostałeś moje rysunki?