10.06.2024, 22:21 ✶
Kochał zioła, w każdej postaci, no poza używaniem ich do palenia. Choć jaka była różnica pomiędzy paleniem ich w formie kadzideł, a w formie własnoręcznie skręcanych papierosów czy wypchania fajki? Otóż, często zioła do tego używane były paskudne, a kadzidła, to nie są palone zioła, to sztuka, jakie miał zamiar się oddać jak dojedzie w końcu do domu. Rodzice nie wiedzieli o tym całym areszcie, wiedzieli jednie, że była pełnia i ich syn na pewno jest w Ministerstwie i był, owszem. Wiedzieli też, że na pewno jakiś czas po pełni będzie zmęczony, będzie padać trupem i faktycznie padł. Senność go dopadała co chwila i nawet po opuszczeniu domu Nikolaia uciął sobie krótką, ale jakże odżywczą drzemkę pod jednym z drzew, pod jakim jakimś cudem nie znalazł mrowiska.
Przeciągnął się jak kot na dywanie. Mógłby być kotem, mógłby, a nie jest. Eliksir wielosokowy może w tym pomóc, cat boy. To by było ciekawe. A co jakby użył do niego sierści przemienionego w kota gołębia? W co zmieniłby się wtedy? Cóż... Przekona się jak wróci do Londynu, chociaż nie, przekona się o tym dopiero po tym, jak wróci do Londynu, zabierze wszystkie swoje rzeczy i wróci do domu, jak syn marnotrawny. Wtedy mieszkając z dala od wszystkich nawet przemieniony będzie mógł pracować na polu, o ile krowy nie będą się go bały, a jest taka możliwość. Na pewno jedna byłaby ciekawa, a jak ona byłaby ciekawa, to jej przyjaciółka też by podeszła, a jak one dwie, to po chwili całe stado by stało i się patrzyło. Z końmi byłoby gorzej, to miękkie buły namoczone w ciepłym mleku.
Spojrzał w górę, na niebo przebijające się pomiędzy liśćmi. Mógłby tak żyć. Być grzybem, co? Pod dębem. Wszystko było lepsze i ciekawsze, chociaż nie, ciekawsze, to złe określenie, bardziej chodzi tu o lepsze w znaczeniu spokojniejsze i bardziej ułożone, mniej zależne od niego i ogólnie niezauważone. Tak to by było dobre.
Niestety byłoby dobre, a nie jest dobre. Westchnął ciężko, gramoląc się z ziemi i jak mucha w smole zaczął iść w głąb lasu, doszukując się jeszcze całej sterty liści i ziół. Nie na wszystko była pora zbierania, ale i tak ucinał co uznał za pożyteczne. Nie mówiąc już o skrzypie, którego nazbierał tyle, że w kilku sporych pęczkach dyndał mu się on przy torbie. Do tego znalazł patyka, gałązka o dziwnym kształcie, z której z jednej strony wyrastały w niedalekich odległościach podwójne odnogi, nadając jej formę jamnika z długą szyją i ogonem. Może faktycznie kupi sobie psa? Zaraz, jakie kupi? Na wsi jest masa psów, nawet jak dobrze pamiętał, jak ostatnio był, to suka sąsiada wyglądała na dosyć otyłą, a że to nie była okolica bożego narodzenia, to raczej nie była to ciąża spożywcza. Ale dobrze, problem z lisami sam się nie rozwiąże. Dobrze, że sami nie mają drobiu, tylko większe zwierzęta, ale może i by mieli, gdyby lisów nie było. Krowy zapewniają mięso i mleko, a konie mąkę i warzywa. Więcej im nie trzeba. Gdyby się postarać to i krowy by zboże i warzywa dawały, ale nie miał zamiaru rezygnować z koni, jego ciotka również. A kto wie, może kiedyś do ich zespołu dołącza hipogryfy? Chciałby mieć takie zwierzę, ale teraz jak o tym myślał, to to było więcej pieniędzy i roboty niż pożytku, bo ani one do pracy, ani do podróżowania, średnio też do zabawy i przyjemności, tylko do oglądania i to całkiem drogiego. Tak, ciotka się nigdy nie zgodzi, bo to też nie wiadomo czy nie zaatakuje krowy albo konia? Niby mógłby pozyskać pióra, ale ile by ich pozyskał? Jak często hipogryfy je gubią? Nie byłoby to opłacalne i choć trochę mu to serce łamało, to musiał być racjonalny, chociaż w tej sferze życia, skoro w innych nie był.
Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Musi w końcu iść kupić sobie różdżkę, bo trochę mu brakuje możliwości przemiany jednego zwierzęcia w inne, bo dużo lepiej zasypia się z kotem u boku, albo z psem. Rano tylko jest niezręcznie, jak gołąb patrzy podejrzliwie z szafy i czeka aż otworzy się mu okno. Człowiek musiał sobie jednak jakoś radzić, bo każdy orze, jak może, a jak orać nie może, to siada i płacze. Płakać nie miał zamiaru, więc orka była jego pasją, od zawsze i na zawsze.
Westchnął ciężko i szedł dalej, rozważając, żałując i myśląc o tym gdzie właściwie idzie. Nie miał zbytniego planu dojść gdziekolwiek, bo też musiał przyznać, że z lekka się zgubił. Nie był w tym lesie często, nie znał tych ścieżek... z resztą ścieżek teraz żadnych nie widział. Najwyżej go coś zje, trudno, lżej światu będzie. Chociaż nie, rodzicom byłoby trudniej, musieliby pojechać do Londynu, aby rozwiązać umowę o wynajem mieszkania, musieliby po nim sprzątać ten cały burdel jaki ma w kawalerce. Dobra, lepiej niech nic go nie zjada.
No więc nic dziwnego, że wyparadował z pomiędzy drzew na mur. Hm, dziwne. Czy był tu wcześniej? W sensie, czy mur był tu wcześniej, ale i czy Neil był tu wcześniej? Trudno powiedzieć. Jak chcesz wyjść z labiryntu, to dotknij ściany i idź cały czas dotykając ściany, w ten sposób znajdziesz drogę bez błądzenia. No więc tak zrobił teraz. Położył zabandażowaną rękę na murze i ruszył przed siebie i szedł, szedł, szedł i szedł, aż w końcu mur zmienił się w coś innego niosąc też i inny widok. No proszę. Tego to tu nie było, na pewno. Znaczy chyba. Tak sobie gadał w głowie, szukając wyjaśnienia swojej sytuacji. Może to była desperacja, bo jednak chciał już wrócić do domu, bo nogi od chodzenia zaczynały go boleć, trafił na swojej trasie na kilka korzeni i kamieni. Już myślał, że ponownie tego dnia się wywali. Dłonie miał zdarte, więc czas na kolana do kolekcji. Szedł wzdłuż posesji, widząc drogę, a każda droga gdzieś prowadzi, na przykład do centrum wsi, miasta, czy czegokolwiek. Droga jednak poszła w zapomnienie, jak kątem oka wyłapał kogoś, najpewniej właściciela działki jaką mijał. Spojrzał na niego, chcąc się przywitać, przeprosić za zamieszanie, może i zapytać o drogę, a tu proszę co za przypadek.
-Jesteś ostatnią osobą jaką się dzisiaj spodziewałem spotkać.- rzucił ze zmarszczonymi lekko brwiami. Cała sytuacja była głupia i jakby ktoś był uparty i powiedział, że to ręka boska ją zaaranżowała, to nie wiedziałby czy by się z tym kłócił. Tak czy inaczej stał za płotkiem i gapił się na Samuela, gotów odwrócić się i iść dalej, bo nie będzie mu przecież przeszkadzał w jego czasie wolnym? Bo to był czas wolny, prawda? Zaraz on tu mieszka? Czy pozna znów jego jakichś znajomych, jacy go nie polubią, jak tamta dziewczyna. Dalej ją wspomina jako nieprzyjemność wynikająca z jego głupoty, ale i jako pomocność, bo jednak pomogła mu się ewakuować z niezręcznej sytuacji.
Przeciągnął się jak kot na dywanie. Mógłby być kotem, mógłby, a nie jest. Eliksir wielosokowy może w tym pomóc, cat boy. To by było ciekawe. A co jakby użył do niego sierści przemienionego w kota gołębia? W co zmieniłby się wtedy? Cóż... Przekona się jak wróci do Londynu, chociaż nie, przekona się o tym dopiero po tym, jak wróci do Londynu, zabierze wszystkie swoje rzeczy i wróci do domu, jak syn marnotrawny. Wtedy mieszkając z dala od wszystkich nawet przemieniony będzie mógł pracować na polu, o ile krowy nie będą się go bały, a jest taka możliwość. Na pewno jedna byłaby ciekawa, a jak ona byłaby ciekawa, to jej przyjaciółka też by podeszła, a jak one dwie, to po chwili całe stado by stało i się patrzyło. Z końmi byłoby gorzej, to miękkie buły namoczone w ciepłym mleku.
Spojrzał w górę, na niebo przebijające się pomiędzy liśćmi. Mógłby tak żyć. Być grzybem, co? Pod dębem. Wszystko było lepsze i ciekawsze, chociaż nie, ciekawsze, to złe określenie, bardziej chodzi tu o lepsze w znaczeniu spokojniejsze i bardziej ułożone, mniej zależne od niego i ogólnie niezauważone. Tak to by było dobre.
Niestety byłoby dobre, a nie jest dobre. Westchnął ciężko, gramoląc się z ziemi i jak mucha w smole zaczął iść w głąb lasu, doszukując się jeszcze całej sterty liści i ziół. Nie na wszystko była pora zbierania, ale i tak ucinał co uznał za pożyteczne. Nie mówiąc już o skrzypie, którego nazbierał tyle, że w kilku sporych pęczkach dyndał mu się on przy torbie. Do tego znalazł patyka, gałązka o dziwnym kształcie, z której z jednej strony wyrastały w niedalekich odległościach podwójne odnogi, nadając jej formę jamnika z długą szyją i ogonem. Może faktycznie kupi sobie psa? Zaraz, jakie kupi? Na wsi jest masa psów, nawet jak dobrze pamiętał, jak ostatnio był, to suka sąsiada wyglądała na dosyć otyłą, a że to nie była okolica bożego narodzenia, to raczej nie była to ciąża spożywcza. Ale dobrze, problem z lisami sam się nie rozwiąże. Dobrze, że sami nie mają drobiu, tylko większe zwierzęta, ale może i by mieli, gdyby lisów nie było. Krowy zapewniają mięso i mleko, a konie mąkę i warzywa. Więcej im nie trzeba. Gdyby się postarać to i krowy by zboże i warzywa dawały, ale nie miał zamiaru rezygnować z koni, jego ciotka również. A kto wie, może kiedyś do ich zespołu dołącza hipogryfy? Chciałby mieć takie zwierzę, ale teraz jak o tym myślał, to to było więcej pieniędzy i roboty niż pożytku, bo ani one do pracy, ani do podróżowania, średnio też do zabawy i przyjemności, tylko do oglądania i to całkiem drogiego. Tak, ciotka się nigdy nie zgodzi, bo to też nie wiadomo czy nie zaatakuje krowy albo konia? Niby mógłby pozyskać pióra, ale ile by ich pozyskał? Jak często hipogryfy je gubią? Nie byłoby to opłacalne i choć trochę mu to serce łamało, to musiał być racjonalny, chociaż w tej sferze życia, skoro w innych nie był.
Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Musi w końcu iść kupić sobie różdżkę, bo trochę mu brakuje możliwości przemiany jednego zwierzęcia w inne, bo dużo lepiej zasypia się z kotem u boku, albo z psem. Rano tylko jest niezręcznie, jak gołąb patrzy podejrzliwie z szafy i czeka aż otworzy się mu okno. Człowiek musiał sobie jednak jakoś radzić, bo każdy orze, jak może, a jak orać nie może, to siada i płacze. Płakać nie miał zamiaru, więc orka była jego pasją, od zawsze i na zawsze.
Westchnął ciężko i szedł dalej, rozważając, żałując i myśląc o tym gdzie właściwie idzie. Nie miał zbytniego planu dojść gdziekolwiek, bo też musiał przyznać, że z lekka się zgubił. Nie był w tym lesie często, nie znał tych ścieżek... z resztą ścieżek teraz żadnych nie widział. Najwyżej go coś zje, trudno, lżej światu będzie. Chociaż nie, rodzicom byłoby trudniej, musieliby pojechać do Londynu, aby rozwiązać umowę o wynajem mieszkania, musieliby po nim sprzątać ten cały burdel jaki ma w kawalerce. Dobra, lepiej niech nic go nie zjada.
No więc nic dziwnego, że wyparadował z pomiędzy drzew na mur. Hm, dziwne. Czy był tu wcześniej? W sensie, czy mur był tu wcześniej, ale i czy Neil był tu wcześniej? Trudno powiedzieć. Jak chcesz wyjść z labiryntu, to dotknij ściany i idź cały czas dotykając ściany, w ten sposób znajdziesz drogę bez błądzenia. No więc tak zrobił teraz. Położył zabandażowaną rękę na murze i ruszył przed siebie i szedł, szedł, szedł i szedł, aż w końcu mur zmienił się w coś innego niosąc też i inny widok. No proszę. Tego to tu nie było, na pewno. Znaczy chyba. Tak sobie gadał w głowie, szukając wyjaśnienia swojej sytuacji. Może to była desperacja, bo jednak chciał już wrócić do domu, bo nogi od chodzenia zaczynały go boleć, trafił na swojej trasie na kilka korzeni i kamieni. Już myślał, że ponownie tego dnia się wywali. Dłonie miał zdarte, więc czas na kolana do kolekcji. Szedł wzdłuż posesji, widząc drogę, a każda droga gdzieś prowadzi, na przykład do centrum wsi, miasta, czy czegokolwiek. Droga jednak poszła w zapomnienie, jak kątem oka wyłapał kogoś, najpewniej właściciela działki jaką mijał. Spojrzał na niego, chcąc się przywitać, przeprosić za zamieszanie, może i zapytać o drogę, a tu proszę co za przypadek.
-Jesteś ostatnią osobą jaką się dzisiaj spodziewałem spotkać.- rzucił ze zmarszczonymi lekko brwiami. Cała sytuacja była głupia i jakby ktoś był uparty i powiedział, że to ręka boska ją zaaranżowała, to nie wiedziałby czy by się z tym kłócił. Tak czy inaczej stał za płotkiem i gapił się na Samuela, gotów odwrócić się i iść dalej, bo nie będzie mu przecież przeszkadzał w jego czasie wolnym? Bo to był czas wolny, prawda? Zaraz on tu mieszka? Czy pozna znów jego jakichś znajomych, jacy go nie polubią, jak tamta dziewczyna. Dalej ją wspomina jako nieprzyjemność wynikająca z jego głupoty, ale i jako pomocność, bo jednak pomogła mu się ewakuować z niezręcznej sytuacji.