11.06.2024, 13:25 ✶
Wyraźnie nie spodobał mu się zakaz obgryzania paznokci. Zdążył przygryźć jednego do połowy i bardzo irytowało go to, że nie może tego dokończyć bez oceniającego spojrzenia i trzymania go za ręce jak dziecka. Był tam pocałunek, ale on stresu w tym nie odjął - bo oprócz bliskości potrzebował też bardzo jakiejś zmiany. Gwałtownej zmiany pozycji robić nie chciał - wtedy musiałby zejść z jego kolan, a to wydawało mu się bardzo ostateczne. Puszczony dogryzł ten paznokieć do końca, ale nie wrócił już rękoma do ust. Zacisnął je na własnych udach, garbiąc się i chowając w kępie włosów opadających mu w tej pozycji na twarz.
- Al, proszę - nic nie prosił, to było takie nieco pogardliwe proszę, takie proszę mówiące co ty mówisz, czyy ty siebie słyszysz - Bell-lowie przyjęli mnie tutaj tylko dlate-go, że ty kazałeś im too za-akceptować. Kochają cię. T-to ty kleisz to mie-ejsce w całość, n-nauczyli się mnie tolerować z szacunku do ciebie. Z k-kim ja niby tutaj roz-rozmawiam oprócz c-ciebie? Z J-Jimem? Który jest tak samo p-pierdolnięty j-jak ja. Fiery? Dzieliłem się z nią zie-zielskiem. To p-pprzeze mnie chodzi przy-yćpana. Nawet Elaine nie będzie t-traktowała mnie już tak samo, bo prawda o Lu-ukrecji jest taka, że...
...że Laurent nie zrobił nic złego. Uczynił go tym złym ich historii głównie dlatego, że tak było dla wszystkich wygodniej. W szczególności dla Flynna oczywiście. W Fantasmagorii wszystko przecież potrafił uczynić dla siebie prostym. Opierdalał się całymi dniami, kończąc wszystko na ostatnią chwilę i przykrywając niedostatki swojego geniuszu kilkoma dobrymi pomysłami, jakie dało się ostatecznie ubrać w przedstawienie. Ukrywał to co niewygodne. Miał całkiem wyraźne oczekiwania względem Alexandra, chociaż nieszczególnie dawał tutaj coś od siebie. Mógł się tutaj jąkać i milczeć tygodniami, a Alexander dawał mu w zaufaniu tyle czasu, ile tylko potrzebował, ale... Ha, pokazał mu dzisiaj, że potrafi mówić bez Veritaserum. Jakaś część niego zawsze potrafiła to robić. Ta, którą widział tu pierwszego dnia po powrocie, kiedy jeszcze trzymał gardę i nawrzeszczał na Laylę.
Odetchnął. Jego ton się zmienił. Na ten samym smutny ton, którym opowiadał najgorsze z opowieści.
- Kiedy tutaj przyszedł to wyjaśnić, to go pobiłem na jej oczach i dlatego zamieniła się w Sionnah. - Nie ulegało jego wątpliwości, że Prewett nie miał szans się bronić. Gdyby chciał go zabić, zabiłby go bez problemu. Wyrwałby mu różdżkę, złamał ją, a później mógł rozwalić mu głowę o bruk, bo dało się rzucać nim jak szmacianą lalką. - Fiery zamykała ją w klatce, a ja podałem mu Veritaserum, które kazałem przyrządzić dla siebie. - Zamilkł na sekundę, jakby sam nie mógł tego przetrawić. - Opowiadał mi o tym, że nie może oddychać ze strachu i nie ma obok siebie nikogo, a ja kazałem mu złożyć wieczystą przysięgę. Jak przestanie mi wysyłać te listy to... zdechnie. Zamieni się w kupkę popiołu. - To dlatego ten list w ogóle tu dotarł. Wiadomość będąca punktem zapalnym tej nieszczęsnej rozmowy. - Al, ty nie zrobiłeś nic złego - w ogóle nie docierało do niego, jak można było użyć słów, że chciałby sobie na niego zasłużyć... przecież zakochanie się w nim brzmiało jak najgorsza z możliwych kar - a ja bardzo chciałbym cię wspierać, chciałbym, żeby nie było ci ciężko, żebyś nie wracał codziennie taki zmęczony i zmartwiony - nie kłamał na ten temat - ale ja nie potrafię się zmienić. - To nie z Alexandrem był tutaj problem. - Kocham cię, ale nie potrafię się dla ciebie zmienić. Nie wiem... - Ten smutny głos, który z siebie wydusił, też się ostatecznie załamał. Ponownie ukrył twarz w dłoniach, czyniąc następne słowa cholernie niewyraźnymi. - Nie wiem, co robić, tak cholernie nie wiem, co mam robić. - I uważał za chore to, że z tego powodu ostatecznie się poryczał, ale nie potrafił już powstrzymać łez. - Czułem to w głębi duszy cały czas, ale tak cholernie bałem się to powiedzieć, bo nie chcę, żeby to był koniec. Fantasmagoria to moje dobre miejsce, bo ty tu jesteś. - W najczarniejszej chwili jego życia był osobą, której udało się wyciągnąć go do światła. - Teraz już i tak na wszystko za późno, prawda? - Ludzie zawsze mówili sobie o potrzebie czasu, gasili swój zapał do rozmowy słowami muszę pomyśleć, ale to już były nieodwracalne zmiany. Takie rzeczy pozostawały na relacjach jak blizny na ciele. W końcu przestaną całować się przed snem. Nie będą rozmawiali. Będą stawali się dla siebie obcymi ludźmi, jedynym spoiwem pozostaną gorycz i zobojętnienie. Tak wyglądały rozstania, a on nie chciał się rozstawać. Chciał mieć ich obu. - Trzymałem to w sobie, ale to zaczyna pękać. - Jego potworna samolubność. Krzywdzenie siebie i innych za choćby chwilę ciepła. - Tego nie da się pomieścić. Nie da się pomieścić w niczym tego, jaki jestem. - Coś chciał jeszcze dodać, ale już sam nie wiedział co. Zaszlochał tylko całkowicie gotów na to, że Alexander jednak przez te drzwi wyjdzie, a on nie miał prawa go gonić.
- Al, proszę - nic nie prosił, to było takie nieco pogardliwe proszę, takie proszę mówiące co ty mówisz, czyy ty siebie słyszysz - Bell-lowie przyjęli mnie tutaj tylko dlate-go, że ty kazałeś im too za-akceptować. Kochają cię. T-to ty kleisz to mie-ejsce w całość, n-nauczyli się mnie tolerować z szacunku do ciebie. Z k-kim ja niby tutaj roz-rozmawiam oprócz c-ciebie? Z J-Jimem? Który jest tak samo p-pierdolnięty j-jak ja. Fiery? Dzieliłem się z nią zie-zielskiem. To p-pprzeze mnie chodzi przy-yćpana. Nawet Elaine nie będzie t-traktowała mnie już tak samo, bo prawda o Lu-ukrecji jest taka, że...
...że Laurent nie zrobił nic złego. Uczynił go tym złym ich historii głównie dlatego, że tak było dla wszystkich wygodniej. W szczególności dla Flynna oczywiście. W Fantasmagorii wszystko przecież potrafił uczynić dla siebie prostym. Opierdalał się całymi dniami, kończąc wszystko na ostatnią chwilę i przykrywając niedostatki swojego geniuszu kilkoma dobrymi pomysłami, jakie dało się ostatecznie ubrać w przedstawienie. Ukrywał to co niewygodne. Miał całkiem wyraźne oczekiwania względem Alexandra, chociaż nieszczególnie dawał tutaj coś od siebie. Mógł się tutaj jąkać i milczeć tygodniami, a Alexander dawał mu w zaufaniu tyle czasu, ile tylko potrzebował, ale... Ha, pokazał mu dzisiaj, że potrafi mówić bez Veritaserum. Jakaś część niego zawsze potrafiła to robić. Ta, którą widział tu pierwszego dnia po powrocie, kiedy jeszcze trzymał gardę i nawrzeszczał na Laylę.
Odetchnął. Jego ton się zmienił. Na ten samym smutny ton, którym opowiadał najgorsze z opowieści.
- Kiedy tutaj przyszedł to wyjaśnić, to go pobiłem na jej oczach i dlatego zamieniła się w Sionnah. - Nie ulegało jego wątpliwości, że Prewett nie miał szans się bronić. Gdyby chciał go zabić, zabiłby go bez problemu. Wyrwałby mu różdżkę, złamał ją, a później mógł rozwalić mu głowę o bruk, bo dało się rzucać nim jak szmacianą lalką. - Fiery zamykała ją w klatce, a ja podałem mu Veritaserum, które kazałem przyrządzić dla siebie. - Zamilkł na sekundę, jakby sam nie mógł tego przetrawić. - Opowiadał mi o tym, że nie może oddychać ze strachu i nie ma obok siebie nikogo, a ja kazałem mu złożyć wieczystą przysięgę. Jak przestanie mi wysyłać te listy to... zdechnie. Zamieni się w kupkę popiołu. - To dlatego ten list w ogóle tu dotarł. Wiadomość będąca punktem zapalnym tej nieszczęsnej rozmowy. - Al, ty nie zrobiłeś nic złego - w ogóle nie docierało do niego, jak można było użyć słów, że chciałby sobie na niego zasłużyć... przecież zakochanie się w nim brzmiało jak najgorsza z możliwych kar - a ja bardzo chciałbym cię wspierać, chciałbym, żeby nie było ci ciężko, żebyś nie wracał codziennie taki zmęczony i zmartwiony - nie kłamał na ten temat - ale ja nie potrafię się zmienić. - To nie z Alexandrem był tutaj problem. - Kocham cię, ale nie potrafię się dla ciebie zmienić. Nie wiem... - Ten smutny głos, który z siebie wydusił, też się ostatecznie załamał. Ponownie ukrył twarz w dłoniach, czyniąc następne słowa cholernie niewyraźnymi. - Nie wiem, co robić, tak cholernie nie wiem, co mam robić. - I uważał za chore to, że z tego powodu ostatecznie się poryczał, ale nie potrafił już powstrzymać łez. - Czułem to w głębi duszy cały czas, ale tak cholernie bałem się to powiedzieć, bo nie chcę, żeby to był koniec. Fantasmagoria to moje dobre miejsce, bo ty tu jesteś. - W najczarniejszej chwili jego życia był osobą, której udało się wyciągnąć go do światła. - Teraz już i tak na wszystko za późno, prawda? - Ludzie zawsze mówili sobie o potrzebie czasu, gasili swój zapał do rozmowy słowami muszę pomyśleć, ale to już były nieodwracalne zmiany. Takie rzeczy pozostawały na relacjach jak blizny na ciele. W końcu przestaną całować się przed snem. Nie będą rozmawiali. Będą stawali się dla siebie obcymi ludźmi, jedynym spoiwem pozostaną gorycz i zobojętnienie. Tak wyglądały rozstania, a on nie chciał się rozstawać. Chciał mieć ich obu. - Trzymałem to w sobie, ale to zaczyna pękać. - Jego potworna samolubność. Krzywdzenie siebie i innych za choćby chwilę ciepła. - Tego nie da się pomieścić. Nie da się pomieścić w niczym tego, jaki jestem. - Coś chciał jeszcze dodać, ale już sam nie wiedział co. Zaszlochał tylko całkowicie gotów na to, że Alexander jednak przez te drzwi wyjdzie, a on nie miał prawa go gonić.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.