Ktoś kiedyś powiedział mądrze: smoku, aleś ty piękny..! Chwilę po tym wszystkich zalała fala ognia z jego paszczy. I nie, wcale nie chodziło o to, że smokom nie można było ufać, to było coś głębszego i dalej przesuniętego... prawda? Inteligentne, mądre stworzenia - czarodzieje, wiedźmini, czy zwykli zabójcy nie powinni się nawet do nich zbliżać. I znów - teraz nawet nie o to chodziło! Chodziło o to, że jeśli miałby mówić do kogoś, że jest piękny (choć smoka na oczy nie widział) to przecież byłby to właśnie... Flynn. Ta niepokorna istotka siedząca obok niego i próbująca uparcie poprawić jego fryzurę, chociaż niepokorne, krótkie kosmyki ciągle pchały się do przodu. Pozbawiony najśmielszej świadomości, jakie studium jego twarzy zostało przeprowadzone i jak bardzo nieidealna była (ale ideałem jawiła się w wyobraźni Crowa) starał się nie patrzeć na tego mężczyznę przy swoim boku, czarownika co się zowie, a skupić na tej czarnowłosej lafiryndzie, która strzelała miny żądając od niego rzeczy, której nie mógł jej dać. I nie zamierzał jej dać. Zgadzając się na to spotkanie nie sądził, że będzie dotyczyło TAKIEJ bestii... na słodką Matkę, Crow, przestań... Na szczęście sam nie musiał na to zwracać uwagi, chociaż zdążył położyć mu dłoń na kolanie, bo zołza siedząca po drugiej stronu przywołała niepokornego cwaniaczka do pionu.
- Samą nazwą i definicją. - Odparował na to durne zapytanie, że niby jaka jest między nimi różnica. Darował sobie wysilanie tego Trzeciego Oka, bo i tak nie rozumiał, co widzi. Przetarł z ciężkim westchnieniem oczy, zanim ogarnie je jakiś pokrętny, fizyczny ból. Zanim jego głowa zacznie fiksować. - Jak dobrze, że taki czarownik znalazł czas w swoim zapchanym kalendarzu na zajęcie się problemami prostych ludzi i utopców. - Zsunął palce z twarzy i zerknął kątem na jakże wymownie prezentującego się Crowa. Idealnie do niego pasowało to przezwisko - sam był jak Wrona o czarnych piórach. Mógłby być posłańcem Maeve ponad polem bitwy, która chyba aktualnie miała pogląd werbalny zamiast fizycznego. - Porwał. - Prychnął rozbawiony i nawet się z tym nie krył, że cała ta propozycja czarodziei go bardziej bawiła i nudziła niż faktycznie interesowała. Nie podobało mu się, że tak łatwo Crow się sprzymierzał z Czarną Wiedźmą gotową wbić klin... ach, robiła to chyba całkiem sprawnie. Tylko go naprawdę bardzo, BARDZO drażniło, że Crow wobec niego bawił się w te podchody i stawał po jej stronie. - WAM winien. - Podkreślił to słowo, które zabrzmiało bardzo sykliwie na jego ustach. - Będziemy teraz stosowali emocjonalną manipulajcę powołującą się na wdzięczność? Takie rzeczy na mnie nie działają, więc nie nasyłaj na mnie swojego psa, Fontaine. - Tak, kochał Crowa. Kochał go, ale czasami miał wrażenie, że oni oboje mieli go za głupca. Jakby nie wiedział, że on wpełzał do jej łóżka, a ona szeptała mu jad do uszu. Powinien się bardziej zmobilizować, być mądrzejszy, ale w końcu wychodziło, że był tylko człowiekiem.
- Brzydkie słowo. - Spoglądała na swoje paznokcie, jakby nie ruszała jej ta wymiana zdań, ale w końcu uniosła wzrok czując na sobie spojrzenie Caina. - Fakty: dzieci zaginęły, a są świadkowie, że zabrane zostały przez smoka. Twoim obowiązkiem jest chronienie niewinnych ludzi, czy jednak coś się zmieniło? - Nieco napiął swoje mięśnie i w jego głowie pojawił się zgrzyt, który sprawił, że nie odpowiedział od razu. Moralność, huh?
- Zamierzasz powtarzać to samo, prawda? - Obrócił głowę w kierunku Crowa, ale nawet na odpowiedź nie czekał. Sam sobie odpowiedział. - Chłopców trzeba uratować, ale smoka dla ciebie nie zabiję. Sama to zrób. - Podniósł się z krzesła i złapał miecze oparte o jego bok, żeby je zaraz przypasać. Na razie mierzył Fontaine spojrzeniem. - A może lepiej nie, bo znajdę sobie nowego potwora do zapolowania. - Nie obdarzył jej nawet uśmiechem, kiedy obrócił się w stronę drzwi, dzwoniąc sprzączkami od pasa.