11.06.2024, 17:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:25 przez Lorraine Malfoy.)
Udała, że nie słyszy zmiany w tonie Atreusa, zbywając wdzięcznym milczeniem zalegające między nimi dwuznaczności. Było coś wyzwalającego w tym milczeniu. Razem z Atreusem siedzieli obwarowani ciszą i sekretami, dopóki nie wymienili uśmiechów. Burza minęła. Kiedy w głosie mężczyzny czuć było pewną szorstkość, Lorraine zwykła sycić swój przesadną słodyczą - folgując wrodzonej przekorze - teraz wydawała się jednak doskonale obojętna. Litha coś w niej zmieniła. Lorraine milczała, jak gdyby wszystko, co chciała powiedzieć, zostało wypowiedziane tamtej nocy, kiedy stanęła twarzą w twarz z boginią. Jeżeli sama bogini nie potrafiła znieść targającej nią wściekłości, co pozostało śmiertelniczce, poza przyjemną obojętnością?
- Dziękuję, ale wolałabym pisać streszczenia książek na tyły okładek. Ubierałabym fabułę najgorszych szmir w piękne słówka i obserwowała, jaki wywoła to chaos... - odwróciła się w stronę sceny, słysząc oklaski, choć do tej pory z leniwym zainteresowaniem przysłuchiwała się słowom Atreusa, a do jednego ucha wpadało jej to, co działo się na scenie (nie było sposób nie słuchać, kiedy głos wybierającego był tak dziwnie podobny do... Nie, nie może być), tylko po to, by zaraz wypaść drugim.
Była jednak ciekawa finału.
Zobaczmy, czy ten Matthew rzeczywiście jest taki wyględny, jak mówisz...
Przez chwilę, Lorraine po prostu patrzyła.
Ciężkie od niewyspania powieki, przydające spojrzeniu wili tajemniczości - ta często wyglądała tak, jakby była lekko znudzona albo chciała kogoś uwieść - teraz uniosły się wyjątkowo wysoko, jak gdyby Lorraine nie dowierzała własnym oczom. Cała sytuacja była zresztą tak absurdalna, że Malfoy miała teraz tylko ochotę wybuchnąć śmiechem.
Stanley? Sophie?
Nawet Malfoyowie, od wieków powtarzający, że "rodzina jest wszystkim" - tak, jakby tradycjonalizm był usprawiedliwieniem wobec umiłowanego nepotyzmu - nie byli tak zdesperowani, by uciekać się do kazirodztwa. Przynajmniej nie w tym pokoleniu.
Jak go złapią, to zaliczą mu to chociaż jako godziny za prace społeczne?
Wargi Lorraine lekko zadrżały: widać było po niej, że ledwo powstrzymuje cisnący się na usta uśmiech. Musiała je zaraz jednak zakryć dłonią, bo zaczęła się cicho śmiać, kiedy nie kto inny jak Robert Mulciber wstał ze swojego miejsca i rozpoczął przedstawienie. Wnioskując po jakimś odczytanym przez prowadzącą liście, musiał być świadom uczestnictwa córki w widowisku, ale widok syna chyba nieco go zaskoczył.
Lorraine żałowała, że nie było tutaj Maeve, żeby mogła być razem z nimi świadkiem tej rodzinnej opery mydlanej: Stanleya wystrojonego w przepyszny, elegancki garnitur ojca chrzestnego Nokturnu - już bez przywodzącej na myśl tani burdel maski na twarzy - Sophie, niewinnej córeczki tatusia, która nie tak dawno chciała zawojować przemysł browarniczy, a teraz wzięła się za show business, i całego klanu Mulciberów, uosabiających kolejne stadia żałoby: wszystkie poza akceptacją. Choć Chang nie było w Dziurawym Kotle ciałem, niewątpliwie była tu jednak duchem, kryjąc się pod postacią roślinki doniczkowej przytarganej tutaj przez Lorraine. A skoro już o duchach mowa, Malfoy przeczuwała, że na ten widok jej ukochana zmieniłaby się w ducha nieżyjącej Anne Borgin, tylko po to, żeby zapytać stojącego na scenie Stanleya upiornym szeptem: "matka wie, że ćpiesz?".
- Halo, kochanieńki, mam dla ciebie zadanie specjalne. - Lorraine zatrzymała młodego kelnera, który przeciskał się między stolikami: podłapała jego spojrzenie, a ten instynktownie ruszył w stronę półwili, kiedy ta uśmiechnęła się uwodzicielsko. Wyszeptaną prośbę zaprawiła niewinną słodyczą i nutką kobiecej bezradności. - Musisz wręczyć tego kwiatka dla pana ze sceny... Teraz. Yvonne mówi, że to nagroda od publiczności. Zrobisz to dla mnie? - Zamrugała rzęsami.
na charyzmę, jak bardzo będzie zauroczony pan kelner
Pogłaskała po raz ostatni szerokie, rozłożyste liście stojącego obok niej roślinki, która w zamierzeniu miał być prezentem dla Maeve: sytuacja wymagała jednak przedsięwzięcia radykalnych środków, dlatego oddała los kwiatka w ręce zauroczonego kelnera.
Czy masywna doniczka skończy na głowie ochroniarza, jak już ten zorientuje się, że na scenie gości poszukiwany przez prawo przestępca?
Czy Stanley zapozuje do zdjęć pamiątkowych schowany za zielonym gąszczem liści, tak aby nie było ret conu nikt nie mógł zobaczyć jego twarzy?
A może da staremu na przeprosiny?
Lorraine nie przejmowała się tym zbytnio, w końcu Stanley potrafił świetnie improwizować.
- Byłam blisko - powiedziała miękko, odwracając się z powrotem do Bulstrode'a. Mafiozo z Nokturnu incognito, tak mówiła, czyż nie? - Może mam trzecie oko. Jakiego koloru jest teraz aura Roberta Mulcibera? Czy to możliwe, aby była czerwieńsza od jego twarzy? - zażartowała.
Wyobrażała sobie, jaką będzie miał minę, kiedy dowie się, że przypadkiem zeswatał Stanleya z jego własną siostrą... Och, bo Lorraine nie zamierzała go o tym uświadamiać. W końcu przysięgła Borginowi na mały palec, że nie zdradzi nikomu sekretu jego pochodzenia. Cieszyła się tym niewypowiedzianym żartem w milczeniu, dopijając powoli resztki swojego drinka i obserwując dalszy rozwój wydarzeń - a przede wszystkim, reakcję Atreusa - czekając na dobry moment, by chyłkiem wymknąć się z sali.
- Dziękuję, ale wolałabym pisać streszczenia książek na tyły okładek. Ubierałabym fabułę najgorszych szmir w piękne słówka i obserwowała, jaki wywoła to chaos... - odwróciła się w stronę sceny, słysząc oklaski, choć do tej pory z leniwym zainteresowaniem przysłuchiwała się słowom Atreusa, a do jednego ucha wpadało jej to, co działo się na scenie (nie było sposób nie słuchać, kiedy głos wybierającego był tak dziwnie podobny do... Nie, nie może być), tylko po to, by zaraz wypaść drugim.
Była jednak ciekawa finału.
Zobaczmy, czy ten Matthew rzeczywiście jest taki wyględny, jak mówisz...
Przez chwilę, Lorraine po prostu patrzyła.
Ciężkie od niewyspania powieki, przydające spojrzeniu wili tajemniczości - ta często wyglądała tak, jakby była lekko znudzona albo chciała kogoś uwieść - teraz uniosły się wyjątkowo wysoko, jak gdyby Lorraine nie dowierzała własnym oczom. Cała sytuacja była zresztą tak absurdalna, że Malfoy miała teraz tylko ochotę wybuchnąć śmiechem.
Stanley? Sophie?
Nawet Malfoyowie, od wieków powtarzający, że "rodzina jest wszystkim" - tak, jakby tradycjonalizm był usprawiedliwieniem wobec umiłowanego nepotyzmu - nie byli tak zdesperowani, by uciekać się do kazirodztwa. Przynajmniej nie w tym pokoleniu.
Jak go złapią, to zaliczą mu to chociaż jako godziny za prace społeczne?
Wargi Lorraine lekko zadrżały: widać było po niej, że ledwo powstrzymuje cisnący się na usta uśmiech. Musiała je zaraz jednak zakryć dłonią, bo zaczęła się cicho śmiać, kiedy nie kto inny jak Robert Mulciber wstał ze swojego miejsca i rozpoczął przedstawienie. Wnioskując po jakimś odczytanym przez prowadzącą liście, musiał być świadom uczestnictwa córki w widowisku, ale widok syna chyba nieco go zaskoczył.
Lorraine żałowała, że nie było tutaj Maeve, żeby mogła być razem z nimi świadkiem tej rodzinnej opery mydlanej: Stanleya wystrojonego w przepyszny, elegancki garnitur ojca chrzestnego Nokturnu - już bez przywodzącej na myśl tani burdel maski na twarzy - Sophie, niewinnej córeczki tatusia, która nie tak dawno chciała zawojować przemysł browarniczy, a teraz wzięła się za show business, i całego klanu Mulciberów, uosabiających kolejne stadia żałoby: wszystkie poza akceptacją. Choć Chang nie było w Dziurawym Kotle ciałem, niewątpliwie była tu jednak duchem, kryjąc się pod postacią roślinki doniczkowej przytarganej tutaj przez Lorraine. A skoro już o duchach mowa, Malfoy przeczuwała, że na ten widok jej ukochana zmieniłaby się w ducha nieżyjącej Anne Borgin, tylko po to, żeby zapytać stojącego na scenie Stanleya upiornym szeptem: "matka wie, że ćpiesz?".
- Halo, kochanieńki, mam dla ciebie zadanie specjalne. - Lorraine zatrzymała młodego kelnera, który przeciskał się między stolikami: podłapała jego spojrzenie, a ten instynktownie ruszył w stronę półwili, kiedy ta uśmiechnęła się uwodzicielsko. Wyszeptaną prośbę zaprawiła niewinną słodyczą i nutką kobiecej bezradności. - Musisz wręczyć tego kwiatka dla pana ze sceny... Teraz. Yvonne mówi, że to nagroda od publiczności. Zrobisz to dla mnie? - Zamrugała rzęsami.
na charyzmę, jak bardzo będzie zauroczony pan kelner
Rzut Z 1d100 - 72
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 75
Sukces!
Sukces!
Pogłaskała po raz ostatni szerokie, rozłożyste liście stojącego obok niej roślinki, która w zamierzeniu miał być prezentem dla Maeve: sytuacja wymagała jednak przedsięwzięcia radykalnych środków, dlatego oddała los kwiatka w ręce zauroczonego kelnera.
Czy masywna doniczka skończy na głowie ochroniarza, jak już ten zorientuje się, że na scenie gości poszukiwany przez prawo przestępca?
Czy Stanley zapozuje do zdjęć pamiątkowych schowany za zielonym gąszczem liści, tak aby nie było ret conu nikt nie mógł zobaczyć jego twarzy?
A może da staremu na przeprosiny?
Lorraine nie przejmowała się tym zbytnio, w końcu Stanley potrafił świetnie improwizować.
- Byłam blisko - powiedziała miękko, odwracając się z powrotem do Bulstrode'a. Mafiozo z Nokturnu incognito, tak mówiła, czyż nie? - Może mam trzecie oko. Jakiego koloru jest teraz aura Roberta Mulcibera? Czy to możliwe, aby była czerwieńsza od jego twarzy? - zażartowała.
Wyobrażała sobie, jaką będzie miał minę, kiedy dowie się, że przypadkiem zeswatał Stanleya z jego własną siostrą... Och, bo Lorraine nie zamierzała go o tym uświadamiać. W końcu przysięgła Borginowi na mały palec, że nie zdradzi nikomu sekretu jego pochodzenia. Cieszyła się tym niewypowiedzianym żartem w milczeniu, dopijając powoli resztki swojego drinka i obserwując dalszy rozwój wydarzeń - a przede wszystkim, reakcję Atreusa - czekając na dobry moment, by chyłkiem wymknąć się z sali.