11.06.2024, 18:37 ✶
- Nie muszę, Malwa sama rzuca się sprzatać, poza tym wy to nie skrzaty, prawda? - spytała, posyłając mu uśmiech znad kubka. Nie zabrała tu skrzatki: ta służyła dziadkowi i Brenna nie chciała jej wciągać w zakonne interesy, poza tym skrzatka i tak miała dość pracy w Warowni Longbottomów.
Ich poprosiła o pomoc, bo chociaż nie lubiła o tę prosić, to umiała to zrobić, gdy uważała, że to najlepsze rozwiązanie. Wszyscy byli członkami Zakonu, a to miejsce miało stać się jedną z ich kryjówek: gdyby nie potrafiła zapytać, czy pomogą, marny byłby z niej członek grupy. Ale i tak odrobinę gryzło ją sumienie.
- Tommy, ciebie nie podejrzewałabym o takie herezje. Rozczarowujesz mnie, naprawdę. Nasączać czymś pączki? – spytała z udawaną zgrozą.
To przecież nie tak, że nie sypiała wcale. Sypiała. Krótko, ale sypiała. Tej nocy zrezygnowała ze snu, bo dom krył mroczne tajemnice, a na piętrze spali jej krewni i przyjaciele, i wolała być pewna, że nie grozi im niebezpieczeństwo.
- Taki jest plan, spokojnie, ty, Thomas, Millie i Erik zajmiecie się poltergeistem, Patrick skoczy sprawdzić parę rzeczy, ja i wujek spróbujemy ogarnąć ducha, Heath i Jonathan powinni niedługo się pojawić, pomogą z opukiwaniem ścian... a potem ogarniemy jakoś sprzątanie i zakupy.
O ile wszystko z duchami i poltergeistami pójdzie dobrze. Brenna starała się nie poddawać złym myślom: ostatecznie na razie nie działo się nic, co byłoby bardzo niebezpieczne (poza tym, że poltergeist zrzucił na nią najpierw regał, a potem żyrandol, ale bywało przecież gorzej), a zakonne czy bumowe zadania były znacznie groźniejsze niż to, co planowali tutaj. Nie mogła jednak powstrzymać tego drobnego ukłucia niepokoju…
– To na pewno się przyda, tylko trzeba kurde zdecydować, co kupić najpierw, chociaż jak tak myślę, to zaczęłabym chyba od farb, pędzli, drabiny i takich tam, do naprawy mebli, żeby najpierw, jak powywalamy do końca to wszystko, zabrać się za odmalowywanie wnętrz i te wszystkie remonty, a potem się będzie myślało o nowych sprzętach, materacach i w ogóle…
Zakupy będą spore, ale Brenna się tego spodziewała. Dom był tani, było tu też sporo cennych rzeczy, więc tak naprawdę nie stanowiło to wielkiego problemu. Ale już zorganizowanie wszystkich spraw takim się stawało, i to mimo tego, że do pracy w te dwa dni ruszyła prawie cała ekipa Zakonu Feniksa.
– Całkiem tu ładnie o tej porze, prawda? Może dlatego, że ten ogród jest aż tak zarośnięty – powiedziała, spoglądając znowu na rośliny, skąpane w mgle.
Jakby coś pukało do jej głowy.
Przymknęła na moment powieki, próbując pochwycić to wspomnienie. Poranek. Mgła. Rośliny. Nie Księżycowy Staw, nie wiedziała wtedy jeszcze o jego istnieniu: Warownia. Spokojny poranek, szabla w dłoni, ćwiczenia skoro świt w wakacyjny dzień…
Ich poprosiła o pomoc, bo chociaż nie lubiła o tę prosić, to umiała to zrobić, gdy uważała, że to najlepsze rozwiązanie. Wszyscy byli członkami Zakonu, a to miejsce miało stać się jedną z ich kryjówek: gdyby nie potrafiła zapytać, czy pomogą, marny byłby z niej członek grupy. Ale i tak odrobinę gryzło ją sumienie.
- Tommy, ciebie nie podejrzewałabym o takie herezje. Rozczarowujesz mnie, naprawdę. Nasączać czymś pączki? – spytała z udawaną zgrozą.
To przecież nie tak, że nie sypiała wcale. Sypiała. Krótko, ale sypiała. Tej nocy zrezygnowała ze snu, bo dom krył mroczne tajemnice, a na piętrze spali jej krewni i przyjaciele, i wolała być pewna, że nie grozi im niebezpieczeństwo.
- Taki jest plan, spokojnie, ty, Thomas, Millie i Erik zajmiecie się poltergeistem, Patrick skoczy sprawdzić parę rzeczy, ja i wujek spróbujemy ogarnąć ducha, Heath i Jonathan powinni niedługo się pojawić, pomogą z opukiwaniem ścian... a potem ogarniemy jakoś sprzątanie i zakupy.
O ile wszystko z duchami i poltergeistami pójdzie dobrze. Brenna starała się nie poddawać złym myślom: ostatecznie na razie nie działo się nic, co byłoby bardzo niebezpieczne (poza tym, że poltergeist zrzucił na nią najpierw regał, a potem żyrandol, ale bywało przecież gorzej), a zakonne czy bumowe zadania były znacznie groźniejsze niż to, co planowali tutaj. Nie mogła jednak powstrzymać tego drobnego ukłucia niepokoju…
– To na pewno się przyda, tylko trzeba kurde zdecydować, co kupić najpierw, chociaż jak tak myślę, to zaczęłabym chyba od farb, pędzli, drabiny i takich tam, do naprawy mebli, żeby najpierw, jak powywalamy do końca to wszystko, zabrać się za odmalowywanie wnętrz i te wszystkie remonty, a potem się będzie myślało o nowych sprzętach, materacach i w ogóle…
Zakupy będą spore, ale Brenna się tego spodziewała. Dom był tani, było tu też sporo cennych rzeczy, więc tak naprawdę nie stanowiło to wielkiego problemu. Ale już zorganizowanie wszystkich spraw takim się stawało, i to mimo tego, że do pracy w te dwa dni ruszyła prawie cała ekipa Zakonu Feniksa.
– Całkiem tu ładnie o tej porze, prawda? Może dlatego, że ten ogród jest aż tak zarośnięty – powiedziała, spoglądając znowu na rośliny, skąpane w mgle.
Jakby coś pukało do jej głowy.
Przymknęła na moment powieki, próbując pochwycić to wspomnienie. Poranek. Mgła. Rośliny. Nie Księżycowy Staw, nie wiedziała wtedy jeszcze o jego istnieniu: Warownia. Spokojny poranek, szabla w dłoni, ćwiczenia skoro świt w wakacyjny dzień…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.