Życie było też zbyt krótkie, żeby zmarnować je na cierpiętnictwo, ból i zniszczenie. Doceniaj to, co masz - miał tę naukę poznać z ust kogoś, kto sam miał z tym problem. Ciągle próbując łatać pustkę w sercu, której okazywało się, że nic nie może zatkać. A skoro tak, to jak sobie w ogóle z tym poradzić? Kiedy największym wrogiem nie jest ten, co zakłada białą maskę i czarne szaty, a ty sam w odbiciu lustra? Nie znał odpowiedzi na te pytania i nawet nie potrafił tej materii nazwać. Na pewno jednak wiedział, że nie jest sam. W chwilach takich jak ta, kiedy ich dłonie się spotykały i kiedy spoglądała na niego tak czule, że czuł ciepłą czekoladę spływającą po koniuszkach własnych palców wiedział, że na świecie nie mogło być innego miejsca niż tu i teraz. Ucieczka w głęboki ocean nie wchodziła w drogę - tam nie było Pandory, która przy sztormie osłoniłaby go własnym ciałem. Brzmiało to niewyobrażalnie, bo przecież jak wiele drugi człowiek mógł dać drugiemu? Wszystko? Ile to było: wszystko? Gdzie była granica? Nigdy by jej nie ośmielił się poprosić, żeby to "wszystko" dała. Chciał, żeby była bogata - i nie chodziło nawet o pieniądze. Chciał, żeby jej życie kwitło, było bogate w radość, miłość, by niczego jej nie brakowało i żeby zawsze mogła sobie dogodzić bez względu na to, czego aktualnie potrzebowała. Łatwo było w tej rodzinie mówić o galeonach i łatwo je rozdawać. Więc kiedy o bogactwie się mówiło... przecież zawsze chcieli czegoś więcej niż siedzieć na złotym tronie, z którego Edward był taki dumny.
- Nie boisz się, że coś podszepnę twojemu lubemu? - Trochę ją zaczepił, żeby nieco rozluźnić w dalszym ciągu tę rozmowę. - Po Lammas się wybiorę, dobrze? - Żeby dopiąć ten lipiec i uporządkować wszystkie sprawy. Nie wiedział, że po Lammas będzie tylko gorzej. Ta wiedza dopiero miała przyjść i oświecić. Nie trzeba było go mocno namawiać do wycieczek, a z drugiej strony często ich odmawiać ze względu na ogrom obowiązków. Nie potrafił po prostu zostawić wszystkiego i oddać się wakacjom - miał wtedy poczucie, że coś może zostać zrobione źle, jeśli jego oczy nie będą na tym utknięte. Przez tę pogoń za życiem i Aydaye chyba został zatruty. Zalęgła się w nim larwa, która psuła tę wieź, której nie mogła podrobić żadna inna. Pandora Prewett, kobieta jego serca, odważna, dzielna, mądra i przebojowa. Perła ich rodziny. A on potrafił być taki zazdrosny... o wszystko. Nawet o to, co niby też mógł dostać i mieć, ale coś sprawiało, że zamiast się o to dopraszać wolał obrócić się w swoją stronę i te brzydkie myśli czasami się tam pojawiały... czasem. Kiedy się pojawiała to niknęły zupełnie. Kiedy go dotykała to czuł się jak ukojony do snu ocean, którego fale nie rozbijają się na ostrych klifach. Ta właśnie kobieta była jedną z tych gotowych do wybijania mu głupstw z głowy. Niska samoocena, ta cała niepewność, która potrafiła go zżerać, utrata kontroli nad tym, co go otaczało. Sądził, że chociażby zdanie części obowiązków sprawi, że będzie lepiej - niby było, miał więcej czasu. Ale wcale nie było tak idealnie jak być powinno. Nic nie było teraz idealnie. Zaśmiał się ciepło, kiedy go przywołała do porządku, kiedy zapewniła, że przecież są sobie równi, że nikt tutaj nie musi niczego odpuszczać.
- Masz rację. Jesteśmy razem przyszłością tego rodu. - Moja kochana siostro... Gdyby nie ona - o ile ciemniejszy byłby ten świat? Obserwował kelnerkę, jej bransoletkę, krótką wymianę zdań między nią a Pandorą. Miło się patrzyło na tę prozę życia. Sam się zreflektował i wyciągnął małe pudełeczko - czerwone, eleganckie etui jak na biżuterię, które przesunął w jej kierunku. W środku była złota bransoletka z różą, której płatki wyrzeźbiono z rubinu, a w jej płatki powtykano małe diamenty lśniące tęczą przy każdym blasku słońca. - Czeka na ciebie już tyle czasu... ciągle nie mogłem ci jej dać, albo nie było odpowiedniej chwili. - Czasu, możliwości, okazji - mnóstwo różnych wymówek. Ich życie w końcu rozeszło się w dwa różne końce. On osiadł na krańcu Anglii, a ona podróżowała po wykopaliskach.
Tak, to było niedorzeczne. Nieco zmarkotniał zastanawiając się, ile fałszywych ludzi można było mieć koło siebie - wystarczyło tylko zobaczyć Keswick. Dom Laurenta był przy tym skromniutki i malutki, ale wprawne oko bez problemu wychwyci, że nawet najprostsze koszule Laurenta były warte więcej niż większość ludzi zarabiała na miesiąc. Życie bez pieniędzy? Widział to z daleka. Jego oczy jednak niemal zawsze wędrowały tam, gdzie jego nogi - po salonach.
- Musisz mu powiedzieć. Ja mogę, jeśli masz obawy. - Cóż, zawsze sobie o wiele sprawniej radził ze słowem i ponoć miał jakiś urok wiły, o który go niektórzy oskarżali. Fakt był taki, że sporo osób miało do niego słabość. Może przez to, jak krucho wyglądał. Albo dlatego, że... jak to ujęłaby Pandora - był po prostu dobrym człowiekiem. - Nie będę cię oszukiwać, że możesz go trzymać od tego z dala. Nawet jeśli zrezygnowałabyś z tytułu dziedzica to Aydaya by zapewne naciskała, Edward... wiesz, jaki jest Edward. Zresztą... spotkałaś się z nim, więc... naprawdę przepraszam, Pandoro. Nie pomyślałem, że on może nic nie wiedzieć. Nie powiedziałem mu prawie niczego, mimo... - że dusiłem się z przerażenia, a on stał z wyrazem zdegustowania na twarzy nade mną. Odetchnął ostrożnie, czując chłodny dreszcz. - Uważam, że Hjalmar zasługuje od ciebie na szansę. Bądź dla niego cierpliwa i wyrozumiała - to może być dla niego wiele na pierwszy raz, ale przecież... miłość zwycięży wszystko. - Ta prawdziwa na pewno.