11.06.2024, 19:40 ✶
Spojrzała na niego w taki sposób, w jaki patrzy się na człowieka, który właśnie powiedział coś niedorzecznego. Cyniczna uwaga cisnęła się na usta Severine, jakiś złośliwy komentarz, którym mogłaby zranić Desmonda, zachwiać jego niezwykle kruchą pewnością siebie (widziała to przecież w jego drżących dłoniach, jej uwadze nie umknęło to, w jaki sposób się wypowiadał - staccato - jakby płynność przynosiła mu pewne trudności) i czerpać radość z zadanego mu ciosu, ale... Po co właściwie chciała zadawać temu chłopakowi jakikolwiek cios? Młody Malfoy nie wyrządził jej przecież żadnej przykrości. Był dla niej miły, przyniósł nawet kwiaty o które prosiła - dlaczego więc zawzięcie próbowała go zranić? Czy chodziło o Oleandra? O to, by zemścić się na nim za wszystkie lata, atakując jego najbliższego przyjaciela? I znów wracała do punktu wyjścia - za co miałaby się na nim mścić? To nie na niego była przecież zła. Nie w ten wyniszczający sposób - irytował ją, jak już chyba miało w zwyczaju młodsze rodzeństwo, ale prawdziwy gniew Severine skierowany był przeciwko rodzicom.
Oleander był tylko dzieckiem. Desmond był tylko dzieckiem, nawet niewinniejszym niż jej brat, a na pewno bardziej nieśmiałym. A ona próbowała wciągać go w swoje godne pożałowania intrygi. Czy jako matka chciała, aby ktoś w taki sposób potraktował Atticusa? Oczywiście, że nie. Dlaczego więc zwracała się w taki sposób do czyjegoś syna?
Westchnęła więc, podniosła się z kanapy i podeszła do barku; nie chciała, aby teraz patrzył na jej wstyd, więc udała, że pilnie musi uzupełnić swoją szklankę z pokaźnych zapasów alkoholi, choć przecież była prawie pełna.
— Jesteś miłym chłopcem, Desmondzie — a ja jestem stara i zgorzkniała — Zupełnie nie rozumiem, dlaczego zadajesz się z tym gałganem, Olkiem...
Słowo gałgan wypowiedziała z taką czułością, że nie pozostawiało wątpliwości, że wcale nie miała tak na myśli. Ale czy chłopak to zrozumie? Kiedy stała do niego tyłem, nie mógł zobaczyć uśmiechu, jaki pojawił się na jej wargach.
Eliksir wielosokowy. Zaintrygowana odwróciła głowę w stronę Desmonda i upiła jeszcze kilka łyków trunku i wróciła na swoje miejsce. Po co, u licha, potrzebny był mu eliksir? I dlaczego przyszedł z tym akurat do niej?
Och. Czyżby planował zrobić coś nie do końca legalnego?
— Ile fiolek?
Oleander był tylko dzieckiem. Desmond był tylko dzieckiem, nawet niewinniejszym niż jej brat, a na pewno bardziej nieśmiałym. A ona próbowała wciągać go w swoje godne pożałowania intrygi. Czy jako matka chciała, aby ktoś w taki sposób potraktował Atticusa? Oczywiście, że nie. Dlaczego więc zwracała się w taki sposób do czyjegoś syna?
Westchnęła więc, podniosła się z kanapy i podeszła do barku; nie chciała, aby teraz patrzył na jej wstyd, więc udała, że pilnie musi uzupełnić swoją szklankę z pokaźnych zapasów alkoholi, choć przecież była prawie pełna.
— Jesteś miłym chłopcem, Desmondzie — a ja jestem stara i zgorzkniała — Zupełnie nie rozumiem, dlaczego zadajesz się z tym gałganem, Olkiem...
Słowo gałgan wypowiedziała z taką czułością, że nie pozostawiało wątpliwości, że wcale nie miała tak na myśli. Ale czy chłopak to zrozumie? Kiedy stała do niego tyłem, nie mógł zobaczyć uśmiechu, jaki pojawił się na jej wargach.
Eliksir wielosokowy. Zaintrygowana odwróciła głowę w stronę Desmonda i upiła jeszcze kilka łyków trunku i wróciła na swoje miejsce. Po co, u licha, potrzebny był mu eliksir? I dlaczego przyszedł z tym akurat do niej?
Och. Czyżby planował zrobić coś nie do końca legalnego?
— Ile fiolek?