11.06.2024, 21:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.06.2024, 21:28 przez Brenna Longbottom.)
– Biorąc pod uwagę, że chyba żadne z nich nie zna się na hipnozie, niewiele by im z tego obliviate wyszło – mruknęła Brenna, zapisując imię młodego Tatchera. Czyli albo on, albo kochanka, jedno z nich użyło tej paskudnej klątwy. – Wszyscy przeżyli – uspokoiła go, unosząc na Basiliusa wzrok znad notatek.
Pod pewnymi względami bardzo przypominał swoich prewettowskich krewnych, pod innymi w ogóle. To była jedna z tych różnić. Brenna wątpiła, aby większość potomków tego rodu martwiła się o ludzi, którzy chcieli wyczyścić im pamięć. Basilius był dobrym człowiekiem: może nawet trochę za dobrym.
– Siostra Tatchera dość mocno oberwała, ale uzdrowiciele ustabilizowali jej stan. Tyle że jedna osoba dostała klątwą splątanego języka, druga prawdopodobnie też tym proszkiem, i to sporą dawką, reszta wciąż jest nieprzytomna i nie mogliśmy ich przesłuchać – uzupełniła. Sama też się z tego cieszyła, bo po pierwsze, miała wciąż jeszcze odrobinę za miękkie serce, po drugie, sprawy zabójstw były dużo bardziej skomplikowane biurokratycznie i wreszcie po trzecie… zaczęłaby się zastanawiać, czy to nie ich wina. – Wiesz co? Dziś nawet nie chcę o tym myśleć – dodała, kiedy wspomniał o tym, że to jakoś dotyczy ich obojga, i że może to dwie różne klątwy, które się zazębiają. O prawidłowościach w tym dziwnym zjawisku i o tym, czy na pewno nie jest tylko zbiegiem okoliczności, będą mieli czas porozmawiać, bo Basilius jeszcze na pewno będzie musiał pojawić się w najbliższym czasie w biurze BUM, a poza tym…
Brenna zaczęła grzebać po kieszeniach.
– Nie przejmuj się, sporo ludzi uważa, że jestem szaloną kobietą – pocieszyła go, w ogóle nie przejęta, wyciągając z kieszeni tym razem niewielki kalendarzyk. - Chociaż powiedziałabym, że jestem raczej dość normalna, poza tym, że wiesz, trochę za dużo gadam i naprawdę ciężko mi usiedzieć na miejscu, ale to jeszcze nie mieści się chyba w ogólnych kategoriach nienormalności…
Nie patrzyła na niego, przerzucając strony.
– Hm? Co nie miało miejsca? – spytała, a potem zamarła. Zamrugała. Sprawdziła jeszcze raz, tak dla pewności.
I wsunęła kalendarz z powrotem do kieszeni, z taką jakoś bardzo zrezygnowaną miną.
– Basilius? – zaczęła powoli. – Właściwie to już wszystko, możesz jeszcze porozmawiać z uzdrowicielem, czy wolno ci wrócić do domu. I… do zobaczenia trzynastego marca.
Pod pewnymi względami bardzo przypominał swoich prewettowskich krewnych, pod innymi w ogóle. To była jedna z tych różnić. Brenna wątpiła, aby większość potomków tego rodu martwiła się o ludzi, którzy chcieli wyczyścić im pamięć. Basilius był dobrym człowiekiem: może nawet trochę za dobrym.
– Siostra Tatchera dość mocno oberwała, ale uzdrowiciele ustabilizowali jej stan. Tyle że jedna osoba dostała klątwą splątanego języka, druga prawdopodobnie też tym proszkiem, i to sporą dawką, reszta wciąż jest nieprzytomna i nie mogliśmy ich przesłuchać – uzupełniła. Sama też się z tego cieszyła, bo po pierwsze, miała wciąż jeszcze odrobinę za miękkie serce, po drugie, sprawy zabójstw były dużo bardziej skomplikowane biurokratycznie i wreszcie po trzecie… zaczęłaby się zastanawiać, czy to nie ich wina. – Wiesz co? Dziś nawet nie chcę o tym myśleć – dodała, kiedy wspomniał o tym, że to jakoś dotyczy ich obojga, i że może to dwie różne klątwy, które się zazębiają. O prawidłowościach w tym dziwnym zjawisku i o tym, czy na pewno nie jest tylko zbiegiem okoliczności, będą mieli czas porozmawiać, bo Basilius jeszcze na pewno będzie musiał pojawić się w najbliższym czasie w biurze BUM, a poza tym…
Brenna zaczęła grzebać po kieszeniach.
– Nie przejmuj się, sporo ludzi uważa, że jestem szaloną kobietą – pocieszyła go, w ogóle nie przejęta, wyciągając z kieszeni tym razem niewielki kalendarzyk. - Chociaż powiedziałabym, że jestem raczej dość normalna, poza tym, że wiesz, trochę za dużo gadam i naprawdę ciężko mi usiedzieć na miejscu, ale to jeszcze nie mieści się chyba w ogólnych kategoriach nienormalności…
Nie patrzyła na niego, przerzucając strony.
– Hm? Co nie miało miejsca? – spytała, a potem zamarła. Zamrugała. Sprawdziła jeszcze raz, tak dla pewności.
I wsunęła kalendarz z powrotem do kieszeni, z taką jakoś bardzo zrezygnowaną miną.
– Basilius? – zaczęła powoli. – Właściwie to już wszystko, możesz jeszcze porozmawiać z uzdrowicielem, czy wolno ci wrócić do domu. I… do zobaczenia trzynastego marca.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.