No i w końcu Victoria mówiła z sensem, a Stanley miał zamiar to zrobić. Usiądź sobie było niczym miód na jego skażone serce. Skażone tym całym zielarstwem, które tu się unosiło. Czy Borgin wspominał kiedyś Lestrange, że jest uczulony na zielarstwo? I że dostaje od razu wysypki, braku chęci do życia i zapewne 47 innych przypadków, które nigdy nie zostały jeszcze opisane w książkach medycznych? Bo jeżeli nie, to cóż - zapomniał jej wspomnieć i tym razem.
Niestety zaraz zaczęła wchodzić na grząski grunt, a Stanley poczuł jak jego różdżka zdawała się być bardziej pod ręką, niż do tej pory. Tak, że był w gotowości, aby ją wyciągnąć w mgnieniu oka. Jakaś jego część mówiła, że zaraz może zaroić tu się od kryminalnych. Z drugiej zaś strony, Sauriel, w życiu by go nie wjebał na taką minę.
Dobrze, że Victoria szybko sprostowała swoje zamiary i nie doszło do żadnych rękoczynów czy magiczynów. To też nie było tak, że miałby zamiar ją zaraz skrzywdzić, ale istniały jakieś środki przymusu bezpośredniego i wiedzieli o tym we dwójkę, wszak wywodzili się z Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów.
- Hmm... - zamruczał pod nosem - Powiedzmy, że coś obiło mi się o uszy? - odparł - Pewni dobrzy i bardzo mili ludzie, zdążyli mi już o tym wspomnieć. Można powiedzieć, że się spisali - zauważył. Oczywiście nie dawał sobie głowy uciąć za to, aby powiedzieć kto dokładnie mu to powiedział. Zapewne było kilka osób, które w ten czy inny sposób dały mu znać. Borgin zresztą nie był, aż tak głupi i sam się tego domyślił.
- Dobrze jednak słyszeć to drugie - dodał jeszcze od siebie, bo naprawdę było to miłe. Koniec końców miała Stanleya na wyciągnięcie ręki, a Brenna to by sobie pewnie zacierała rączki na tak smakowity kąsek.
Kiedy przypomniała mu się jego najwspanialsza, najlepsza i w ogóle cała oh i ah, koleżanka z Ministerstwa, zrozumiał jedno - Borgin stał się bardzo spokojnym człowiekiem. Nie denerwował się, aż tak. Unormował palenie, chociaż brzmiało to dziwnie na niego. Nie musiał się do niej uśmiechać, ani pilnować strefy bezpiecznej w ich biurze. I pomyśleć, że Longbottom nie wiedziała o tym całym podziale na strefy, a szkoda.
- Mhm... Magia eliksirów jest znacznie potężniejsza niż czarów - powtórzył po niej, niczym jak jakiś amen w pacierzy czy formułkę na odpowiedzi ustnej - Oczywiście, że się miesza. Co innego miałoby się z tym robić? - zgodził się, bo przecież było to oczywiste. Borgin bardzo dobrze o tym nie wiedział, ale przynajmniej mógł udawać, że coś tam może jednak wie.
Na Brennę pchało się na usta, ale nie zdecydował się tego powiedzieć. Taka okazja mogła się już niestety więcej nie powtórzyć.
- Nie, a na pewno nie nic, o czym nie wiadomo - odpowiedział - Jednak na te wszystkie trucizny i inne takie rzeczy, to nadal jestem uczulony, żebyś sobie nie myślała - sprostował. Chciał, aby było to jasne i klarowne. Jeszcze by mu podała jakiś napar z nagietka, a jak wszyscy wiedzieli - był on silnie trujący... a może chodziło o rumianek albo bluszcz? No któreś z tych.
- Rozumiem. Myślałem, że w ludzkich żyłach płynie krew, ale skoro u was płynie alchemia, nie oceniam. Kim jestem, aby oceniać? - uniósł ręce w obronnym geście - Nie boisz się, że jeden z waszych kotów wskoczy i coś zepsuje? - zapytał, wskazując gestem otwartej dłoni na jednego urwipołcia, który próbował swojego szczęścia w podboju szafki. Stanley - jako najbardziej odpowiedni kandydat na chrzestnego - obawiał się przecież o dzieci Sauriela i musiał dbać o ich bezpieczeństwo.
- Jedna dawka tego wystarczy, aby się pozbyć tego osadu? - kontynuował zbieranie informacji o swojej przypadłości, a raczej o zielarstwie. Dla Victorii może to było proste i banalne, ale dla Stanleya, to był nowy świat.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972