Łatwo pomylić strach z ekscytacją. Łatwo mieć fantazje o groźnej bestii, która cię goni, chce cię złapać, a ty będziesz tylko jej ofiarą... łatwo. Łatwo było też spoglądać na przystojnego mężczyznę przed sobą i wiedzieć, że to nie jest żadna zabawa. Romantyzm umierał, cała ekscytacja padała do stóp, a wspomnienie wydarzenia sprzed chwili było dominantą potwierdzające, jakie to było nieśmieszne. Miotająca się bestia potrafiła być jeszcze bardziej niebezpieczna, bo nie sposób było przewidzieć jej ruchów. Zaburzała instynkt. Emocje je zaburzały... ale człowiek był przecież istotą na emocjach zbudowany, nie tylko instynkt był w jego wachlarzu możliwości. Właściwie... przecież był jeden wampir... tylko czy to w ogóle było rozwiązanie? Prosić, żeby jeden wampir pomógł drugiemu? Nie był co do tego przekonany. W ogóle nie wiedział, jak się obchodzić z wampirami. Miał bardzo dużo do przemyślenia, ale wiedział jedno - współczuł tej istocie straszliwie.
On się zawahał, ale Laurent nie. Już nie było różdżki w jego dłoni. Wyciągnął więc do niego rękę i czekał - uściśnie ją albo nie, nie miało znaczenia. Laurent był gotowy na każdy wynik tej sytuacji. Ważny był gest. Nie chcesz dotykać czegoś ciepłego, kiedy tak bardzo pragniesz ciepła i nie potrafisz sobie z tym poradzić. Pewnie stało się to całkiem niedawno... w głowie Laurenta ciągle grzmiały jego ciche i pełne pragnienia słowa, że błaga, że może paść na kolana, że nie chce, nie może... Czy mogło nie drżeć przy czymś takim serce? Mogło. Niezdrowość tego uczucia, kiedy tobie samemu coś groziło docierało do jego świadomości, ale przecież nie byłby sobą, gdyby odsunął się zupełnie. To, co mu się stało... styczeń, prawda? Styczniowa noc, może polowanie, a może był po prostu w knajpie na whiskey, lub wracał od kobiety o długich nogach, która je przed nim rozłożyła.
- To warto tego poszukać. - Powiedział z pewnością, a zarazem lekkością, jakby nie istniało żadne inne poprawne zakończenie tego zdania. - I nie jesteś potworem. Potrzebujesz tylko pomocy. - Przesunął spojrzeniem na jego nogi, na biodra, na klatkę piersiową, szyję i skończył znów na jego oczach. Jak chory człowiek. Bardzo chory, bo przecież nieuleczalnie. - Wampiry żyją wśród czarodziei i funkcjonują bez zabijania i krzywdzenia wokół siebie. Daj sobie czas. - Chciał powiedzieć, że być może w Ministerstwie by mu pomogli, ale te słowa nie padły. Bo czy naprawdę dobrze by to wyglądało? Yaxley. Łowca. Wampirem. - Och... cóż... - Nieco się napiął, instynktownie, kiedy usłyszał to, że lepiej ograniczyć kontakt. To pewnie przez tamten dotyk..? Nie, pewnie przez to pragnienie krwi... Wyciągnął wizytówkę i w dwóch palcach podał ją mężczyźnie. - Szkoda. Może byłbym w stanie pomóc. - Uśmiechnął się ciepło do mężczyzny, stojąc już w promieniach słońca. - Do widzenia, Astarothcie.
Wspomnienia i marzenia o lecie były jedynym towarzystwem Astarotha.