12.06.2024, 00:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.06.2024, 01:15 przez Patrick Steward.)
Patrick dotknął ręką czoła, zastanawiając się nad słowami Atreusa. Chyba nie spodziewał się, że Bulstrode może mieć aż tak głębokie przemyślenia (albo tak dużą wiedzę) na temat wydarzeń z Beltane. Wstyd się przyznać, ale on sam nie zastanawiał się nad tym aż tak. Właściwie to w ogóle się nie zastanawiał. Skupiał uwagę na wspomnieniach zesłanych mu przez ojca. Myślał głównie o nich, a właściwie głównie swoim ojcu, o tym jakim był człowiekiem i czy wdarł się do jego głowy. Może brak cudzych wspomnień okazał się dla Atreusa czymś dobrym? Przynajmniej nie odsuwały jego myśli na kompletnie zbędne tory.
- Ciał śmierciożerców? – powtórzył jak echo. – Wydaje mi się, że widziałem obok niego tylko jednego śmierciożercę. – W dodatku wyjątkowo nieudolnego. Najpierw kazał im paść na kolana a potem upuścił różdżkę. Ale może byli i inni, może zgubili się w tkwiących w Limbo cieniach, uwierzyli szeptom, zbłądzili po drodze. – W zasadzie to… kurwa. To jest doskonałe pytanie. Wyszedł z nimi? Zabrał ich ze sobą? Ale czy wtedy i oni nie byliby zimni? Te eliksiry, które warzy ci teraz Florence, mogą być w tej chwili wyjątkowo pożądane – uśmiechnął się krzywo pod nosem. Co pewnie świetnie rozwiązywało problem, dlaczego do tej pory, nikt nie doniósł (albo żadna gazeta nie napisała) o kolejnym, cudownie odnalezionym Zimnym. – Victoria zniszczyła bodaj dwa snopy światła. Ale jeśli pytasz mnie jak pamiętam przejście do Limbo, to… dla mnie to było wbiegnięcie w płonący stos. Myślałem, że umrę. Jako jedyny nie miałem nawet eliksiru chroniącego przed ogniem. – Ale biegł ratować umierającą kobietę. Tak twierdziła Victoria. A później okazało się, że wzywała ją sama bogini, czy cokolwiek to było. Steward musiał się poświęcić, bo inaczej nie zostawiłaby go Mavelle, więc Victoria wbiegłaby w ogień sama. Sama przeciwko Voldemortowi i jego zwolennikom.
Do dupy z takim heroizmem.
- Wydaje mi się, że jeśli dobrze zrozumiałem Sebastiana, one były jakimś rodzajem katalizatora, wzmocnienia – opisał powoli. Może i faktycznie, na swój sposób, umożliwiły im umysłowe przedostanie się do Limbo. Patrick za słaby był w te klocki, żeby wykluczyć taką możliwość. Ba, gdyby poznał myśli Atreusa, te o otwarciu portalu – uznałby, że były pewnie najtrafniejsze. W końcu Victoria naprawdę słyszała wezwanie. Świat Umarłych dosłownie, poprosił ją o ratunek. – Bo to nekromancja. Zakazana magia. Dlatego wszystko co z tobą zrobili, żeby przywrócić cię tutaj to taka wielka tajemnica. Przecież tak naprawdę to nie mogły być same modlitwy. Nawet arcykapłanka nie dałaby rady napełnić kogoś utraconą energią tylko przez wyśpiewanie wersetów modlitwy.
Gdyby Steward miał w tym momencie wyciągać jakieś wnioski, pewnie uznałby, że już same wydarzenia, które miały miejsce na Beltane musiały mocno wstrząsnąć zdrowiem psychicznym arcykapłanki, może nawet uleczenie Atreusa jeszcze bardziej ją wzburzyło a Litha… Litha była zwieńczeniem szaleństwa.
Temat Florence był dużo prostszy, choć jednocześnie, paradoksalnie, trudniejszy do poruszania. Patrick rozglądał się dookoła, szukając oznak bytowania nieumarłych. Ale tych nie widział. Szli po jałowej ziemi, ale tylko jałowej. W jego oczach brakowało tu życia. Nawet tego martwego.
- Gdyby się zakochała, chyba znalazłaby sposób, żeby dyskretnie nosić pierścionek zaręczynowy. Choćby i na złotym łańcuszku – zauważył. Myślami błądził wokół popołudnia, gdy posiniaczony i ranny wrócił do kawalerki a Florence już stała pod drzwiami. Myślał o tym jak podzielił się z nią swoim sekretem i jak bez słowa sprzeciwu leżała obok niego w łóżku, chociaż pewnie było jej nieznośnie zimno. Tamtego dnia pomyślał, że nie ma nikogo innego tak bliskiego i właściwego w życiu jak Florence. Paradoksalnie, teraz, bez wiszącego nad nimi rytuału miłosnego, dalej byłby ją gotowy zaprosić na randkę. Prawdziwą randkę. Tylko, że teraz wisiało nad nim widmo rychłej śmierci. Czy to Beltane już zawsze… na zawsze będzie wchodziło im wszystkim w drogę?
Steward zdębiał na wzmiankę o tym, że ojciec nie pojawił się na ślubie córki.
- Jemu chyba naprawdę odbiło… - wymruczał, kręcąc głową. – No zobacz. Najpierw zachowywał się jak wariat na zebraniu przed Beltane. Prawie zemdlał z emocji na widok Hardwicka. Olał pojawienie się na Polanie Ognisk, gdy przeczesywano Knieję w poszukiwaniu rannych. Na Lithcie niemal zażądał głów dwójki złodziei-nieudaczników, którzy próbowali go okraść. A teraz olał ślub własnego dziecka.
W oczach Patricka nikt o zdrowych zmysłach się tak nie zachowywał. Ba, w oczach Patricka, żaden szanujący się i myślący logicznie śmierciożerca też nie zachowywał się w ten sposób. Bo właściwie po co aż tak skupiać na sobie niepotrzebną uwagę? Po co kłócić się o drobnostki. Po co awanturować tam, gdzie nie miało to sensu? Bez sensu. Zachowanie Chestera Rookwooda było absolutnie bezsensu.
- Próbujemy. Szukaj źródła czerni – powiedział jeszcze do Atreusa.
Drzwi skrzypnęły, gdy auror je pchnął. Steward wsunął się za nim do środka. Jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego, że przeczesywanie tego miejsca miało im zająć długie godziny.
- Ciał śmierciożerców? – powtórzył jak echo. – Wydaje mi się, że widziałem obok niego tylko jednego śmierciożercę. – W dodatku wyjątkowo nieudolnego. Najpierw kazał im paść na kolana a potem upuścił różdżkę. Ale może byli i inni, może zgubili się w tkwiących w Limbo cieniach, uwierzyli szeptom, zbłądzili po drodze. – W zasadzie to… kurwa. To jest doskonałe pytanie. Wyszedł z nimi? Zabrał ich ze sobą? Ale czy wtedy i oni nie byliby zimni? Te eliksiry, które warzy ci teraz Florence, mogą być w tej chwili wyjątkowo pożądane – uśmiechnął się krzywo pod nosem. Co pewnie świetnie rozwiązywało problem, dlaczego do tej pory, nikt nie doniósł (albo żadna gazeta nie napisała) o kolejnym, cudownie odnalezionym Zimnym. – Victoria zniszczyła bodaj dwa snopy światła. Ale jeśli pytasz mnie jak pamiętam przejście do Limbo, to… dla mnie to było wbiegnięcie w płonący stos. Myślałem, że umrę. Jako jedyny nie miałem nawet eliksiru chroniącego przed ogniem. – Ale biegł ratować umierającą kobietę. Tak twierdziła Victoria. A później okazało się, że wzywała ją sama bogini, czy cokolwiek to było. Steward musiał się poświęcić, bo inaczej nie zostawiłaby go Mavelle, więc Victoria wbiegłaby w ogień sama. Sama przeciwko Voldemortowi i jego zwolennikom.
Do dupy z takim heroizmem.
- Wydaje mi się, że jeśli dobrze zrozumiałem Sebastiana, one były jakimś rodzajem katalizatora, wzmocnienia – opisał powoli. Może i faktycznie, na swój sposób, umożliwiły im umysłowe przedostanie się do Limbo. Patrick za słaby był w te klocki, żeby wykluczyć taką możliwość. Ba, gdyby poznał myśli Atreusa, te o otwarciu portalu – uznałby, że były pewnie najtrafniejsze. W końcu Victoria naprawdę słyszała wezwanie. Świat Umarłych dosłownie, poprosił ją o ratunek. – Bo to nekromancja. Zakazana magia. Dlatego wszystko co z tobą zrobili, żeby przywrócić cię tutaj to taka wielka tajemnica. Przecież tak naprawdę to nie mogły być same modlitwy. Nawet arcykapłanka nie dałaby rady napełnić kogoś utraconą energią tylko przez wyśpiewanie wersetów modlitwy.
Gdyby Steward miał w tym momencie wyciągać jakieś wnioski, pewnie uznałby, że już same wydarzenia, które miały miejsce na Beltane musiały mocno wstrząsnąć zdrowiem psychicznym arcykapłanki, może nawet uleczenie Atreusa jeszcze bardziej ją wzburzyło a Litha… Litha była zwieńczeniem szaleństwa.
Temat Florence był dużo prostszy, choć jednocześnie, paradoksalnie, trudniejszy do poruszania. Patrick rozglądał się dookoła, szukając oznak bytowania nieumarłych. Ale tych nie widział. Szli po jałowej ziemi, ale tylko jałowej. W jego oczach brakowało tu życia. Nawet tego martwego.
- Gdyby się zakochała, chyba znalazłaby sposób, żeby dyskretnie nosić pierścionek zaręczynowy. Choćby i na złotym łańcuszku – zauważył. Myślami błądził wokół popołudnia, gdy posiniaczony i ranny wrócił do kawalerki a Florence już stała pod drzwiami. Myślał o tym jak podzielił się z nią swoim sekretem i jak bez słowa sprzeciwu leżała obok niego w łóżku, chociaż pewnie było jej nieznośnie zimno. Tamtego dnia pomyślał, że nie ma nikogo innego tak bliskiego i właściwego w życiu jak Florence. Paradoksalnie, teraz, bez wiszącego nad nimi rytuału miłosnego, dalej byłby ją gotowy zaprosić na randkę. Prawdziwą randkę. Tylko, że teraz wisiało nad nim widmo rychłej śmierci. Czy to Beltane już zawsze… na zawsze będzie wchodziło im wszystkim w drogę?
Steward zdębiał na wzmiankę o tym, że ojciec nie pojawił się na ślubie córki.
- Jemu chyba naprawdę odbiło… - wymruczał, kręcąc głową. – No zobacz. Najpierw zachowywał się jak wariat na zebraniu przed Beltane. Prawie zemdlał z emocji na widok Hardwicka. Olał pojawienie się na Polanie Ognisk, gdy przeczesywano Knieję w poszukiwaniu rannych. Na Lithcie niemal zażądał głów dwójki złodziei-nieudaczników, którzy próbowali go okraść. A teraz olał ślub własnego dziecka.
W oczach Patricka nikt o zdrowych zmysłach się tak nie zachowywał. Ba, w oczach Patricka, żaden szanujący się i myślący logicznie śmierciożerca też nie zachowywał się w ten sposób. Bo właściwie po co aż tak skupiać na sobie niepotrzebną uwagę? Po co kłócić się o drobnostki. Po co awanturować tam, gdzie nie miało to sensu? Bez sensu. Zachowanie Chestera Rookwooda było absolutnie bezsensu.
- Próbujemy. Szukaj źródła czerni – powiedział jeszcze do Atreusa.
Drzwi skrzypnęły, gdy auror je pchnął. Steward wsunął się za nim do środka. Jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego, że przeczesywanie tego miejsca miało im zająć długie godziny.
Koniec sesji