12.06.2024, 21:11 ✶
Ludzie uważający magię za ziarno chaosu zasiane na ziemi tego świata, zdaniem Crowa nie mylili się. Posługiwał się nią i należał do grona tych czarowników, jakich się dało bez cienia zastanowienia określić mianem zdolnych, dlatego pewnie tak łatwo przychodziło mu zauważenie, że była zbyt potężna jak na decyzje podejmowane na przekór bezpieczeństwu swojemu i wszystkiego co ich otaczało. Crow wiedział dobrze, że rzeczy znajdujące się za drzwiami, których nie powinno się pod żadnym pozorem otwierać, dla Fontaine stanowiły obiekt największego pożądania. Zdecydowanie wolałby, żeby to on nim był - najwyraźniej jednak najbardziej naiwną rzeczą jaką kiedykolwiek zrobił okazała się wiara w bycie na tyle na tyle ważnym, aby porzuciła tego typu obsesję i zadowoliła się tym, co trzymała w garści, chociaż zdecydowanie wolałby zaciskać na tym palce siedzący naprzeciwko niej Wiedźmin. Nie potrafiła tego docenić, bo w ogóle jej na tym nie zależało - ale miałby przyznać się do aż tak szorstkiej porażki? Wcale nie obchodziło Czarnej Wiedźmy to, co Crow czuł, za to głęboko interesowało ją to, co potrafił zrobić. Tylko że dla niego to przestawało być wystarczające, a ona coraz bardziej nikła w cieniu - no śliczną miał tę buzię, duszę też. Czasem sprawiał wrażenie kogoś, kto pewnego dnia z narastającej frustracji straci nad sobą kontrolę, zacznie rąbać mieczem na oślep i zginie od własnej nieuwagi, ale przecież nie mogło być ludzi idealnych, a on... po prostu musiał zrozumieć jak to jest nie musieć kroczyć samotną ścieżką, tak?
A jednak nie byli razem.
Ta dłoń na kolanie zabolała go dwa razy mocniej niż powinna. Nie chciał być tak dotykany. Jakby ktoś chciał go skarcić, odsunąć od siebie. Odtrącił więc jego rękę i odwrócił twarz z wypisanym na niej, głębokim niesmakiem. Był obrażony. Robił tę swoją minę cierpiętnika, bo znowu nie dostawał tego, czego chciał - jak tego dnia, kiedy pierwszy raz usłyszał, że Cain nie chciał dzielić się między sobą swoimi pragnieniami, bo zbyt bolesne byłoby dla niego, gdyby nie mogli ich spełnić. Bolesne. Wiedźmin był dla niego jak Fisstech. Dostrzegał w łączącej ich relacji wszystkie ślady uzależnienia, jakich tylko dało się doszukać w czymś, czego nie wciągało się do nosa. Ten sam wzorzec - organizowanie swojego życia tak, żeby gdzieś tam w historii na niego trafić, doprowadzić do przecięcia się ich ścieżek. A kiedy był coraz bliżej, nakręcał się na niego tak bardzo, że czegokolwiek łowca by nie zrobił... Tak czy siak mu to nie wystarczało. Potrzebował więcej i więcej, chciał czerpać z niego garściami, jakby dało się najeść człowiekiem na zapas, ale przecież się nie dało - jego nieobecność pozostawiała w ciele poczucie swędzenia i głodu. Kto nigdy nie czuł swędzenia w środku czaszki, ten nigdy nie zaznał jego bliskości tylko po to, żeby później ją stracić.
- Taa, czekam niecierpliwie aż mi to wyjaśnisz - odparł, przesuwając spojrzenie gdzieś na bok. Porównując rozdrażnienie jakie wywołało w nim położenie nogi na kolanie, do tego co zrobiły z nim następne słowa, to jakby zestawić ze sobą ochlapanie czyjejś twarzy z wciśnięciem jego łba pod powierzchnię wody. Zasugerowanie, jakby faktycznie cierpienie ludzi nie zakłócało jego snu - to podważyło jego wiarę w bliskość ich dusz. Odetchnął w odpowiedzi, trochę jakby przy tym prychnął, dając kaskadzie czarnych loków błyszczących teraz jak krucze piórka opaść na swoje oczy.
Dlaczego zapomniał o tym, że się pokłócili i dotykał go po twarzy? Dlaczego zastanawiał się nad zapleceniem mu wianka? Jakby zgubił gdzieś pomiędzy rozdziałami opowieści swoją rolę zołzy. On mu jeszcze dzisiaj pokaże czym była emocjonalna manipulacja, nie był przecież kimś, kogo można było sobie pieprzyć i mówić mu słodkie słówka, a później nazywać go czyimś psem. Aż zacisnął piąstkę, zahaczając palcem o materiał skórzanych spodni i naciągając go nieznacznie.
- Wiesz, Wiedźminie - zaczął, nim ten nacisnął klamkę - może nie znam się na tych jakże skomplikowanych definicjach, jakich uczą was w tej twierdzy, w której robią z was mutantów, ale jestem całkiem blisko tematu ludzkiej bezradności. - Chociaż teraz musiał brzmieć jak ktoś, kto do tej bezradności doprowadzał - czesne w Aretuzie, do której Crow rzekomo uczęszczał, było wysokie, a o swojej biografii opowiadał tyle co nic, czasami spędzał całe dnie milcząc. - Uratujesz tych dwóch chłopców i co? Kolejnych już nie? Co czyni ich mniej godnymi życia? To, że tym razem tak się złożyło, że nie przechodziłeś obok? - Też mi bohater... Głupie zasady były po to, żeby je łamać. - Król tak czy siak ogłosił, że tego kto pozbędzie się smoka i przyniesie mu jego łeb, obsypie złotem. Oboje to wiemy - ruszą na niego z widłami ludzie nie rozumiejący co może czekać ich w tej grocie i będą ginąć jeden za drugim, albo pieniądze odbierze ktoś taki jak Dante. Naprawdę jest to dla ciebie obojętne? - I co ważniejsze, chociaż niewypowiedziane: JA jestem ci obojętny?
A jednak nie byli razem.
Ta dłoń na kolanie zabolała go dwa razy mocniej niż powinna. Nie chciał być tak dotykany. Jakby ktoś chciał go skarcić, odsunąć od siebie. Odtrącił więc jego rękę i odwrócił twarz z wypisanym na niej, głębokim niesmakiem. Był obrażony. Robił tę swoją minę cierpiętnika, bo znowu nie dostawał tego, czego chciał - jak tego dnia, kiedy pierwszy raz usłyszał, że Cain nie chciał dzielić się między sobą swoimi pragnieniami, bo zbyt bolesne byłoby dla niego, gdyby nie mogli ich spełnić. Bolesne. Wiedźmin był dla niego jak Fisstech. Dostrzegał w łączącej ich relacji wszystkie ślady uzależnienia, jakich tylko dało się doszukać w czymś, czego nie wciągało się do nosa. Ten sam wzorzec - organizowanie swojego życia tak, żeby gdzieś tam w historii na niego trafić, doprowadzić do przecięcia się ich ścieżek. A kiedy był coraz bliżej, nakręcał się na niego tak bardzo, że czegokolwiek łowca by nie zrobił... Tak czy siak mu to nie wystarczało. Potrzebował więcej i więcej, chciał czerpać z niego garściami, jakby dało się najeść człowiekiem na zapas, ale przecież się nie dało - jego nieobecność pozostawiała w ciele poczucie swędzenia i głodu. Kto nigdy nie czuł swędzenia w środku czaszki, ten nigdy nie zaznał jego bliskości tylko po to, żeby później ją stracić.
- Taa, czekam niecierpliwie aż mi to wyjaśnisz - odparł, przesuwając spojrzenie gdzieś na bok. Porównując rozdrażnienie jakie wywołało w nim położenie nogi na kolanie, do tego co zrobiły z nim następne słowa, to jakby zestawić ze sobą ochlapanie czyjejś twarzy z wciśnięciem jego łba pod powierzchnię wody. Zasugerowanie, jakby faktycznie cierpienie ludzi nie zakłócało jego snu - to podważyło jego wiarę w bliskość ich dusz. Odetchnął w odpowiedzi, trochę jakby przy tym prychnął, dając kaskadzie czarnych loków błyszczących teraz jak krucze piórka opaść na swoje oczy.
Dlaczego zapomniał o tym, że się pokłócili i dotykał go po twarzy? Dlaczego zastanawiał się nad zapleceniem mu wianka? Jakby zgubił gdzieś pomiędzy rozdziałami opowieści swoją rolę zołzy. On mu jeszcze dzisiaj pokaże czym była emocjonalna manipulacja, nie był przecież kimś, kogo można było sobie pieprzyć i mówić mu słodkie słówka, a później nazywać go czyimś psem. Aż zacisnął piąstkę, zahaczając palcem o materiał skórzanych spodni i naciągając go nieznacznie.
- Wiesz, Wiedźminie - zaczął, nim ten nacisnął klamkę - może nie znam się na tych jakże skomplikowanych definicjach, jakich uczą was w tej twierdzy, w której robią z was mutantów, ale jestem całkiem blisko tematu ludzkiej bezradności. - Chociaż teraz musiał brzmieć jak ktoś, kto do tej bezradności doprowadzał - czesne w Aretuzie, do której Crow rzekomo uczęszczał, było wysokie, a o swojej biografii opowiadał tyle co nic, czasami spędzał całe dnie milcząc. - Uratujesz tych dwóch chłopców i co? Kolejnych już nie? Co czyni ich mniej godnymi życia? To, że tym razem tak się złożyło, że nie przechodziłeś obok? - Też mi bohater... Głupie zasady były po to, żeby je łamać. - Król tak czy siak ogłosił, że tego kto pozbędzie się smoka i przyniesie mu jego łeb, obsypie złotem. Oboje to wiemy - ruszą na niego z widłami ludzie nie rozumiejący co może czekać ich w tej grocie i będą ginąć jeden za drugim, albo pieniądze odbierze ktoś taki jak Dante. Naprawdę jest to dla ciebie obojętne? - I co ważniejsze, chociaż niewypowiedziane: JA jestem ci obojętny?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.