12.06.2024, 21:30 ✶
Gdy zbliża się letnie przesilenie, moje myśli zawsze uciekają do Ciebie miły.
Tej nocy nie spał dobrze. To znaczy, Jonathan ogólnie już od jakiegoś czasu nie spał dobrze, walcząc z bezsennością za pomocą różnych kadzidełek i wywarów, ale dzisiaj było gorzej. Dzisiaj śniły mu się zbrukane krwią przysypujące go trupy róż, które zwiędły, gdy tylko na nie spojrzał.
Zastanawiam się, kiedy przejdą Twoje idiotyczne dąsy, kiedy zatęsknisz za moją dłonią zaciśniętą na Twojej duszy.
Westchnął cicho i włożył list do szczelnie skrywanej w jego pokoju czerwonej skrzyneczki, wraz z resztą listów o tym samym paskudnym różanym zapachu, które dostawał przez te wszystkie lata i nigdy na nie nie odpowiadał. Jeszcze chwilę popatrzył na wiadomość, aż wreszcie zatrzasnął z hukiem skrzyneczkę, wsuwając ją w najgłębszy kąt szafy. Czego nie widział, tego nie było, czy coś takiego.
Zastanawiam się nad tym, o czym myślisz, gdy patrzysz w lustro i widzisz kolejną zmarszczkę żłobiącą Twoje czoło, kolejną rysę na perfekcyjnej twarzy.
Nigdzie dzisiaj nie wychodził, a i tak założył na diebie najlepsze ubrania, z tych które jeszcze można byłoby uznać za codzienne i potraktował swoją skórę, jak i włosy, zdwojoną dawką tych wszystkich preparatów, które miały gwarantować mu przedłużoną młodość, piękno i zjawiskowość, a następnie stanął przed lustrem.
Nie było źle. Naprawdę nie było źle. Zresztą pogodził się z tym co nieuniknione, gdy podjął decyzję, ale i tak nie było źle. Czterdzieści dwa lata, a dopiero w sierpniu czterdzieści trzy. Dla czarodzieja to i tak nie była jeszcze nawet połowa. Poza tym nie było źle, a to co go raziło w wyglądzie i tak dało się zamaskować.
Odszedł od lustra zadowolony wynikami tej inspekcji. Wrócił do lustra. Znowu zaczął się przyglądać, jakby aby na pewno chciał się upewnić, czy tylko mu się nie wydawało. Odszedł kilka kroków. I znowu powrócił do lustra.
Ktoś zaczął pukać do drzwi o czym poinformował go jego skrzat.
Moja oferta jest nadal aktualna. Czekam na Ciebie, nim będzie za późno.
No to ten przeklęty wampir poczeka sobie w nieskończoność. Ostatni raz zerknął w lustro i ruszył w stronę drzwi. Przynajmniej nie starzał się w tym wszystkim sam.
Gdzieś w oddali uderzył piorun.
W drzwiach stała Lottie. Młoda Lottie. Lottie, którą widywał na korytarzach Hogwartu, nawet jeśli niekoniecznie tak ubraną. Natomiast, w przeciwieństwie do sukienki, złowieszcze dźwięki burzy, który towarzyszył jej przybyciu zdecydowanie pasował do czarownicy w każdym wydaniu.
– Minus dziesięć punktów dla Hufflepuffu za pryszcza na twarzy – powiedział w pierwszym odruchu, zanim jego mózg był w stanie dokładnie pojąć co się właśnie działo. – Co ci się stało? To trwałe? – spytał zamykając drzwi.
Tej nocy nie spał dobrze. To znaczy, Jonathan ogólnie już od jakiegoś czasu nie spał dobrze, walcząc z bezsennością za pomocą różnych kadzidełek i wywarów, ale dzisiaj było gorzej. Dzisiaj śniły mu się zbrukane krwią przysypujące go trupy róż, które zwiędły, gdy tylko na nie spojrzał.
Zastanawiam się, kiedy przejdą Twoje idiotyczne dąsy, kiedy zatęsknisz za moją dłonią zaciśniętą na Twojej duszy.
Westchnął cicho i włożył list do szczelnie skrywanej w jego pokoju czerwonej skrzyneczki, wraz z resztą listów o tym samym paskudnym różanym zapachu, które dostawał przez te wszystkie lata i nigdy na nie nie odpowiadał. Jeszcze chwilę popatrzył na wiadomość, aż wreszcie zatrzasnął z hukiem skrzyneczkę, wsuwając ją w najgłębszy kąt szafy. Czego nie widział, tego nie było, czy coś takiego.
Zastanawiam się nad tym, o czym myślisz, gdy patrzysz w lustro i widzisz kolejną zmarszczkę żłobiącą Twoje czoło, kolejną rysę na perfekcyjnej twarzy.
Nigdzie dzisiaj nie wychodził, a i tak założył na diebie najlepsze ubrania, z tych które jeszcze można byłoby uznać za codzienne i potraktował swoją skórę, jak i włosy, zdwojoną dawką tych wszystkich preparatów, które miały gwarantować mu przedłużoną młodość, piękno i zjawiskowość, a następnie stanął przed lustrem.
Nie było źle. Naprawdę nie było źle. Zresztą pogodził się z tym co nieuniknione, gdy podjął decyzję, ale i tak nie było źle. Czterdzieści dwa lata, a dopiero w sierpniu czterdzieści trzy. Dla czarodzieja to i tak nie była jeszcze nawet połowa. Poza tym nie było źle, a to co go raziło w wyglądzie i tak dało się zamaskować.
Odszedł od lustra zadowolony wynikami tej inspekcji. Wrócił do lustra. Znowu zaczął się przyglądać, jakby aby na pewno chciał się upewnić, czy tylko mu się nie wydawało. Odszedł kilka kroków. I znowu powrócił do lustra.
Ktoś zaczął pukać do drzwi o czym poinformował go jego skrzat.
Moja oferta jest nadal aktualna. Czekam na Ciebie, nim będzie za późno.
No to ten przeklęty wampir poczeka sobie w nieskończoność. Ostatni raz zerknął w lustro i ruszył w stronę drzwi. Przynajmniej nie starzał się w tym wszystkim sam.
Gdzieś w oddali uderzył piorun.
W drzwiach stała Lottie. Młoda Lottie. Lottie, którą widywał na korytarzach Hogwartu, nawet jeśli niekoniecznie tak ubraną. Natomiast, w przeciwieństwie do sukienki, złowieszcze dźwięki burzy, który towarzyszył jej przybyciu zdecydowanie pasował do czarownicy w każdym wydaniu.
– Minus dziesięć punktów dla Hufflepuffu za pryszcza na twarzy – powiedział w pierwszym odruchu, zanim jego mózg był w stanie dokładnie pojąć co się właśnie działo. – Co ci się stało? To trwałe? – spytał zamykając drzwi.