12.06.2024, 21:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.06.2024, 18:16 przez Thomas Hardwick.)
Naprawdę, był pewnie ostatnia osobą, która powinna badać takie sprawy jak dziwne zaburzenia teleportacji i to nie tylko dlatego, że rzygał za każdym razem, gdy przenosił się za pomocą magii (co szczerze mówiąc nie było pomocne gdy zdawał egzamin, prawie wyrzucając zwartość żołądka na buty egzaminatora). Po prostu nie miał do tego żadnych predyspozycji. Mógł więc jedynie pogodzić się z losem wylądowania w jednym miejscu z blondynką która przynajmniej potrafiła spojrzeć na tą sprawę logicznie.
Owszem, nikt nie miał powodu by ich tu sprowadzić. W końcu nie spotkał ani żadnej zasadzki śmierciożerców, ani szmalcowników, ani jakichś złodziei. W grę wchodził co najwyżej głupi żart, wątpił jednak, by ktoś naprawdę poświęciła na to zapewne zbyt dużo czasu i wysiłku. Chyba, bo dziwnie czarodzieje chodzili po tym padole.
- Pewnie masz rację - potwierdził, spoglądając przed siebie.
Skinął głową, gdy kobieta nie protestowała, dając przyzwolenie na pomoc, gdyby droga okazała się zbyt ciężka. Nie miał być to zwykły spacerek przez las, a przeprawa przez mało pewny i zdradziecki grunt. Nie chciał by coś się dziewczynie stało, szczególnie, że wyglądała na zdecydowanie mniej przygotowaną na niebezpieczną wędrówkę niż on.
Tym bardziej, że trudność wyprawy zdecydowanie wzrastała wprost proporcjonalnie do jej czasu trwania.
Puścił nadgarstek kobiety, widząc, że ta posłusznie wstrzymała swój spacerek, przyglądając się kłodzie, którą nagle rozpoznał.
- Błotoryj - wymruczał, czując, że krew lekko odpływa mu z twarzy. Nie miał żadnej broni przeciwko tym stworom, co wcale nie nastrajało go pozytywnie. Miał nawet nadzieję, że uda im się uniknąć tego jednego kolegi, Veronica jednak pokazała mu drugiego, a to już wcale nie były przelewki. Znów wspomniał Geraldine i obiecał sobie, że musi następnym razem poprosić o krótkie przeszkolenie w ramach wiedzy o podstawowych, niebezpiecznych magicznych zwierzętach, właśnie do wykorzystania w takich chwilach.
- Cholera, biegniemy - zdecydował.
Skończenie jako obiad bagiennego stwora nie należało do jego życiowych planów, dlatego skinął głową napotkanej kobiecie, wiedząc, że nie pozostało im nic innego, jak wiać. Widząc jak dwa błotoryje ruszają w ich kierunku ruszył się pędem przed siebie, obierając zaraz kierunek przeciwny Eunice.
Tak bardzo brakowało mu tej cholernej magii, za pomocą której mógłby spróbować załatwić goniącą go bestię. Owszem, czasem sobie lubił narzekać na cały ten czarodziejski świat, w tym jednak momencie, gdy był całkowicie bezbronny rozumiał, że wcale mu z magia nie było źle. O ile nie teleportowała cię w dziwne miejsca.
Miał nadzieję, że dziewczyna z która tu trafił, poradziła sobie, bo nie chciał wiedzieć, że nie udało mu się jej pomóc i pewnie by sobie nie wybaczył, gdyby stała jej się krzywda. Oczywiście, o ile sam stąd ucieknie.
Gęste błoto i konieczność uważania na kolejne, głębsze niż zakładał, kałuże, sprawiała, że wcale nie mógł biec tak szybko, jakby chciał. W pewnej chwili nawet praktycznie wpadł na jakieś suche, ledwo stojące drzewo, ze starcie wychodząc w mniejszych i większych zadrapaniach, które zdecydowanie powinien jeszcze dziś oczyścić, jeśli nie chciał by wdało się zakażenie.
Wolał nie myśleć co jeszcze żyło w tym przeklętym miejscu, w którym wcale nie planował się dzisiaj znaleźć.
A wiedział, że należało lecieć na miotle to nieee, jak zwykle musiał się wpakować w jakieś gówno.
Śmierć w szczekach dziwnego potwora jednak nie nadeszła. Ledwo łapiąc tchu udało mu się w końcu zgubić błotoryja, który zapewne postanowił poszukać wolniejszej ofiary. A potem w końcu udało mu się, po wyjściu na jakiś stabilniejszy teren, odpalić różdżkę.
Cóż, może znów groziło mu to mdłościami, zdecydowanie wolał stąd się teleportować do domu, w którym przynajmniej mógł się umyć z tego całego błota, które go oblepiło podczas ucieczki.
Już wiedział, jakie było jego najmniej ulubione zwierzę.
Owszem, nikt nie miał powodu by ich tu sprowadzić. W końcu nie spotkał ani żadnej zasadzki śmierciożerców, ani szmalcowników, ani jakichś złodziei. W grę wchodził co najwyżej głupi żart, wątpił jednak, by ktoś naprawdę poświęciła na to zapewne zbyt dużo czasu i wysiłku. Chyba, bo dziwnie czarodzieje chodzili po tym padole.
- Pewnie masz rację - potwierdził, spoglądając przed siebie.
Skinął głową, gdy kobieta nie protestowała, dając przyzwolenie na pomoc, gdyby droga okazała się zbyt ciężka. Nie miał być to zwykły spacerek przez las, a przeprawa przez mało pewny i zdradziecki grunt. Nie chciał by coś się dziewczynie stało, szczególnie, że wyglądała na zdecydowanie mniej przygotowaną na niebezpieczną wędrówkę niż on.
Tym bardziej, że trudność wyprawy zdecydowanie wzrastała wprost proporcjonalnie do jej czasu trwania.
Puścił nadgarstek kobiety, widząc, że ta posłusznie wstrzymała swój spacerek, przyglądając się kłodzie, którą nagle rozpoznał.
- Błotoryj - wymruczał, czując, że krew lekko odpływa mu z twarzy. Nie miał żadnej broni przeciwko tym stworom, co wcale nie nastrajało go pozytywnie. Miał nawet nadzieję, że uda im się uniknąć tego jednego kolegi, Veronica jednak pokazała mu drugiego, a to już wcale nie były przelewki. Znów wspomniał Geraldine i obiecał sobie, że musi następnym razem poprosić o krótkie przeszkolenie w ramach wiedzy o podstawowych, niebezpiecznych magicznych zwierzętach, właśnie do wykorzystania w takich chwilach.
- Cholera, biegniemy - zdecydował.
Skończenie jako obiad bagiennego stwora nie należało do jego życiowych planów, dlatego skinął głową napotkanej kobiecie, wiedząc, że nie pozostało im nic innego, jak wiać. Widząc jak dwa błotoryje ruszają w ich kierunku ruszył się pędem przed siebie, obierając zaraz kierunek przeciwny Eunice.
Tak bardzo brakowało mu tej cholernej magii, za pomocą której mógłby spróbować załatwić goniącą go bestię. Owszem, czasem sobie lubił narzekać na cały ten czarodziejski świat, w tym jednak momencie, gdy był całkowicie bezbronny rozumiał, że wcale mu z magia nie było źle. O ile nie teleportowała cię w dziwne miejsca.
Miał nadzieję, że dziewczyna z która tu trafił, poradziła sobie, bo nie chciał wiedzieć, że nie udało mu się jej pomóc i pewnie by sobie nie wybaczył, gdyby stała jej się krzywda. Oczywiście, o ile sam stąd ucieknie.
Gęste błoto i konieczność uważania na kolejne, głębsze niż zakładał, kałuże, sprawiała, że wcale nie mógł biec tak szybko, jakby chciał. W pewnej chwili nawet praktycznie wpadł na jakieś suche, ledwo stojące drzewo, ze starcie wychodząc w mniejszych i większych zadrapaniach, które zdecydowanie powinien jeszcze dziś oczyścić, jeśli nie chciał by wdało się zakażenie.
Wolał nie myśleć co jeszcze żyło w tym przeklętym miejscu, w którym wcale nie planował się dzisiaj znaleźć.
A wiedział, że należało lecieć na miotle to nieee, jak zwykle musiał się wpakować w jakieś gówno.
Śmierć w szczekach dziwnego potwora jednak nie nadeszła. Ledwo łapiąc tchu udało mu się w końcu zgubić błotoryja, który zapewne postanowił poszukać wolniejszej ofiary. A potem w końcu udało mu się, po wyjściu na jakiś stabilniejszy teren, odpalić różdżkę.
Cóż, może znów groziło mu to mdłościami, zdecydowanie wolał stąd się teleportować do domu, w którym przynajmniej mógł się umyć z tego całego błota, które go oblepiło podczas ucieczki.
Już wiedział, jakie było jego najmniej ulubione zwierzę.
Koniec sesji