12.06.2024, 21:52 ✶
Brenna zazwyczaj była cierpliwa wobec ludzi, a złościła się bardzo rzadko – głównie wtedy, gdy ktoś faktycznie zrobił komuś krzywdę. Z jednej strony miała charakter trochę wariacki, w drugiej w podejściu wobec ludzi bardzo spokojny i na pewno dotąd nie wybuchła tak przy Olivii ani razu.
Ale do tej pory Quirke nie chciała się przy niej zbliżać do morderczych krzaków.
Było w tym mnóstwo hipokryzji, bo sama oczywiście uznając, że to konieczne, by jak najbardziej do nich podeszła, ale Brenna na szczęście nigdy nikomu nie próbowała udowadniać, że nie jest hipokrytką.
Odetchnęła, gdy krzak zdechł wreszcie. Obserwowała go jeszcze przez moment, uważnie, z pewną podejrzliwością, jakby się bała, że za moment ta poderwie się i zacznie atakować ich kolcami. Dopiero po kilku sekundach odwróciła się do Olivii i zmierzyła ją bardzo uważnym spojrzeniem, szukając ewentualnych obrażeń.
– Przepraszam. Obiecuję, że teraz już będę delikatna i w ogóle, jak nas nie chcą zamordować żadne roślinki – powiedziała, już znacznie łagodniejszym tonem. – Nic ci nie jest? – spytała, bo nie widziała niby obrażeń, ale… kto wie. Upewniwszy się, że Olivii nic nie dolega, sama zsunęła z ramion swoją kurtkę, i obejrzała najpierw przedramię, a potem materiał, ale chociaż ten drugi przepaliło, to na całe szczęście skóra była tylko lekko zaczerwieniona. – Nie przejmuj się, się zdarza, żebyś widziała, jak raz spudłowałam taką bombą konfudującą podczas akcji, Apollo to mi do tej pory tego nie wybaczył… – stwierdziła, posyłając jej uśmiech. Nie była zła za to, że Olivia spudłowała: rozgniewał ją pomysł, który mógł skończyć się przebiciem dziewczyny bardzo dużą ilością bardzo ostrych kolców. – Cieszę się, że nie uschła – dodała jeszcze, unosząc dłoń, by się jej przyjrzeć, jakby się obawiała, że może jednak kończyna postanowi uschnąć. Ale była cała i zdrowa, na całe szczęście. Brenna niemniej postanowiła, że następnym razem będzie faktycznie zabierać te fiolki trochę delikatniej.
– Świetny środek – rzuciła, ruszając powoli w stronę krzaka, przed sobą tworząc na wszelki wypadek tarczę. Dopiero gdy upewniła się, że ten nie zamierza powstać i próbować ich zeżreć, przeszła dalej, by przykucnąć w miejscu, z którego wypełznął. – No cóż… to chyba tu kopiemy – oświadczyła, i machnęła różdżką, wyczarowując drugą łopatę. Jedną mogła kopać sama, a drugą niech w ruch wprawia magia…
Ale do tej pory Quirke nie chciała się przy niej zbliżać do morderczych krzaków.
Było w tym mnóstwo hipokryzji, bo sama oczywiście uznając, że to konieczne, by jak najbardziej do nich podeszła, ale Brenna na szczęście nigdy nikomu nie próbowała udowadniać, że nie jest hipokrytką.
Odetchnęła, gdy krzak zdechł wreszcie. Obserwowała go jeszcze przez moment, uważnie, z pewną podejrzliwością, jakby się bała, że za moment ta poderwie się i zacznie atakować ich kolcami. Dopiero po kilku sekundach odwróciła się do Olivii i zmierzyła ją bardzo uważnym spojrzeniem, szukając ewentualnych obrażeń.
– Przepraszam. Obiecuję, że teraz już będę delikatna i w ogóle, jak nas nie chcą zamordować żadne roślinki – powiedziała, już znacznie łagodniejszym tonem. – Nic ci nie jest? – spytała, bo nie widziała niby obrażeń, ale… kto wie. Upewniwszy się, że Olivii nic nie dolega, sama zsunęła z ramion swoją kurtkę, i obejrzała najpierw przedramię, a potem materiał, ale chociaż ten drugi przepaliło, to na całe szczęście skóra była tylko lekko zaczerwieniona. – Nie przejmuj się, się zdarza, żebyś widziała, jak raz spudłowałam taką bombą konfudującą podczas akcji, Apollo to mi do tej pory tego nie wybaczył… – stwierdziła, posyłając jej uśmiech. Nie była zła za to, że Olivia spudłowała: rozgniewał ją pomysł, który mógł skończyć się przebiciem dziewczyny bardzo dużą ilością bardzo ostrych kolców. – Cieszę się, że nie uschła – dodała jeszcze, unosząc dłoń, by się jej przyjrzeć, jakby się obawiała, że może jednak kończyna postanowi uschnąć. Ale była cała i zdrowa, na całe szczęście. Brenna niemniej postanowiła, że następnym razem będzie faktycznie zabierać te fiolki trochę delikatniej.
– Świetny środek – rzuciła, ruszając powoli w stronę krzaka, przed sobą tworząc na wszelki wypadek tarczę. Dopiero gdy upewniła się, że ten nie zamierza powstać i próbować ich zeżreć, przeszła dalej, by przykucnąć w miejscu, z którego wypełznął. – No cóż… to chyba tu kopiemy – oświadczyła, i machnęła różdżką, wyczarowując drugą łopatę. Jedną mogła kopać sama, a drugą niech w ruch wprawia magia…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.