Przyzwyczaił się i brał za normę, że pod skórą, do której dociskał dłoń czy usta nie było serc. Każde jedno było już zabrane, złożone komuś innemu, albo na chwilę tylko pożyczone, żeby potrzepotało jak na mięsień przystało przy odrobinie wrażliwości i słodkości. Lepiej zabrzmiałoby tutaj pytanie, czy to w ogóle go obchodziło? Kawałek Raju - przecież tym ta biel się stanie. Mieszanka winnych myśli z kilkoma gestami mogła powieść człowieka do walca z samym sobą, a dopiero do tanga, kiedy było je z kim zatańczyć. To samo, co było jego strachem, było i uzależnieniem. Nie widział już własnego boga - więc może chociaż dojrzałby tego, ku któremu zwracał swe miłostki i lęki Anthony Shafiq? Gdzie go zostawił - to swoje prywatne słoneczko? Jak bardzo tęsknił? Jak bardzo wątpił w moralność swoich pazurów i ukrytych kłów, słuszność smoczego ognia, w którym wypalał swe życie? Laurent nie potrafił tkać myśli z tych krótkich i drobnych nici, jakie zostały mu podane i odbierał bardzo nieswoje wrażenie, że druga strona mogłaby powiedzieć o nim więcej niż on sam o nim.
Nawet nie próbowałby się porównywać do prawdziwych znawców trunków - takich jak właśnie Anthony. Szanował to, jaką posiadał na temat win wiedzę i jak pewnie potrafił odróżnić każde z nich i nawet ocenić dokładny rocznik. Równie dobrze mogła ich dzielić przepaść - mniej więcej tak tę różnicę widział. Przede wszystkim - nie widział w tym też niczego złego. Dzięki ludziom tkaim jak Anthony o niektórych rzeczach można było posłuchać z pasją. Tutaj jednak ta pasja nie została przekazana. Stała się zupełnie ukryta, kiedy mężczyzna się zamyślił, a Laurent nie zamierzał go z tego zamyślenia wybijać. Tak jak nie zamierzał więcej moczyć ust w winie, bo ostatnio miał za duże zadatki na to, żeby pić nieco za dużo.
- Victoria? - Zdziwienie skupiło jego uwagę w pełni na mężczyźnie. Och nie... Prawie to, co pomyślał, wypowiedział, na szczęście powstrzymał się w ostatnim momencie. Westchnął. Nie chciał jej martwić. I to upokorzenie było wystarczająco męczące dzielone z jedną osobą - chciał to zakopać głęboko pod ziemią... w sumie to i tak by jej powiedział, ale nie musiałaby go oglądać tu i teraz. Podniósł się, nie przeszkadzając gospodarzowi, chociaż przez moment się za nim obejrzał. Wyprostowane plecy, idealnie leżąca na plecach koszula... Myśli były zdradliwe. Tak samo jak wyobraźnia, która podsunęła wizję, że przesunięcie dłońmi po tych plecach byłoby bardzo przyjemne.
Skierował się do swoich ubrań chcąc jak najszybciej się ubrać, zanim Victoria tutaj wpadnie... i wpadła. Zanim dobrze do swoich ciuchów dotarł to już tutaj była.
- Spokojnie, Victorio... - Nie spodziewał się zupełnie innego. Kiedy jest się takim pechowcem życiowym, jak on, to ludzie potrafili być przewrażliwieni na każdą zmiankę, że COŚ się wydarzyło. Nie miał pojęcia, co Shafiq napisał do kobiety, ale ewidentnie ujął to tak sprawnie, żeby ją nastraszyć. Nawet pasowałoby mu do niego, że zrobił to specjalnie, żeby na pewno się zjawiła. Może to daleko posunięty "strzał", ale Anthony miał ten błysk w szarych oczach... Błyszczały też piękne, ciemne oczy Victorii, tylko że nie tak, jak chciałby je widzieć błyszczące. Była zaniepokojona. Przytulił ją do siebie widząc, że ona się wahała. - Spokojnie. Nic mi się nie stało. - Zapewnił ją, ale zaraz dał się odsunąć, bo wiedział, że mu nie uwierzy na słowo i musi się sama przekonać. - Nieco zdarłem skórę... - Wysunął dłoń w jej kierunku, żeby pokazać jej wnętrze - zdarł ją, kiedy upadł i ratował się przed upadkiem rękoma. - Pan Shafiq był na tyle uprzejmy, że mi pomógł. - I który przeszedł zbyt gładko na "pet Ty" względem jego, ale Laurent nawet nie uważał tego za wielce nieprawidłowe. Był w końcu starszy.