Istotnie, porównanie jej osoby do mitologicznej Meduzy mogło mieć w sobie ziarna nieprawdy – na salonach legło jednak przekonanie, jakoby jej uśmiech, tak nieuchwytny, miał przemieniać w skamieniały posąg. W tej metaforze, równie gargantuiczny sens miało nazwanie jej bazyliszkiem, przyrównując ją jednak do tego stwora – cieszyła się znacznie większą urodą. Możliwe, iż to to sprowadzało jej osobę do wężowej kobiety; istotnie, jej niski, nieomal wcale niemodulowany głos, mógł przywodzić na myśl bezpardonowy syk; sama lubiła jednak myśleć, iż te ochrypłe nuty nadają jej barwie głębi. Istotnie, przyjemne grymasy gościły na jej obliczu nieomal tak rzadko, jak same zorze polarne na nieboskłonie podbiegunowym – były uchwytne, jednak niebanalnie unikatowe w swojej krasie.
W gruncie rzeczy nie lubiła przecież nikogo, a amantów pokroju Fergusa zbywała pierwszymi słowami, jakie opuszczały jej spętane cynizmem wargi. Był on jedną z nielicznych jednostek, które przebrnęły przez fasadę niezawoalowanej nieuprzejmości i czystej irytacji – bo właśnie, była zirytowana absolutnie na wszystko, co dotyczyło istnień ludzkich.
Wyjątków nie przewidywała.
Na ogół chętna do rozmów głębokich i partii szachów porywających, tym razem nie miała ochoty na humanistyczne dywagacje, a chęć na poruszanie tematów głębokich wygasła z ostatnią szklanką ognistej, którą wychyliła. Bliżej jej było do chęci bezkrytycznego, bezkarnego upojenia parszywym alkoholem z równie parszywej speluny, aniżeli wnikania w kwestie egzystencjalne.
– Nie doceniasz mojej głowy, może cię to wywieść w pole – odparła prędko, wsuwając dłonie do kieszeni płaszcza.
Kwiecień, pomimo powitania wiosny przebiśniegami, obfitował w równie chłodne noce, co marcowe przedwiośnie. Odczuła to boleśnie, napominając się w myślach, aby w nocne eskapady nie przywdziewała jeszcze płaszczu przejściowego, lecz cieplejszego futra. Kłykcie zbielały od wyrazistego oddechu chłodnego wiatru, zacisnęła więc dłonie w pięści, chowając je jeszcze głębiej do kieszeni.
Wzięła głęboki wdech, chcąc zaznać świeżości powietrza – zamiast tego, do nozdrzy dotarł jedynie swąd szczyn i stęchlizny.
Zatrzymała się pod jednym z przybytków, o szyldzie zmasakrowanym zębem czasu i równie podejrzanie wyglądającymi, wielkimi oknami zasnutymi pajęczynami i brudem. Bez zbytku słów, nacisnęła klamkę i wsunęła się do środka – bar był niemniej obskurny, co uprzedni, zajęła więc miejsce na jednej obitej starą skórą kanapie.
– To, co zawsze – rzekła w kierunku barmana. – Ale dla pana – zaczęła, skinąwszy głową w kierunku Fergusa – dwa razy mocniejszy.
Parszywy uśmiech rozlał jej wargi.