12.06.2024, 23:20 ✶
Z Alexandrem w ogrodzie, w drugiej połowie przychodzi Percy.
Zdawać by się mogło, że Alexander i Eden byli tą samą książką, po prostu różnili się okładką.
Również spodziewała się, że małżeństwo będzie wyglądać inaczej. Może dlatego, że na wzorzec obrała związek swoich rodziców, który był niczym więcej niż transakcją biznesową; przemyślanym układem dwóch rodzin, spoiwem scalającym misterną sieć powiązań. Państwo Malfoy trwali u swojego boku tylko po to, aby słodki nepotyzm toczący ich stronę świata pozostał tajemnicą poliszynela, by ładnie razem wychodzić na zdjęciach.
Eden miała to za rzecz pospolitą; taki układ nigdy nie był dla niej nieszczęśliwym losem, był po prostu logiczny. Uczucia były złym doradcą, przez nie narastał chaos, więc czemu miałaby się nimi kierować przy wyborze kogoś, z kim ma spędzić resztę życia? Jeśli wziąć pod uwagę czystą teorię, mądrzej było związać się z pragmatykiem. Wygodniej.
William i Eden nie byli siebie warci; William zasługiwał na kogoś lepszego, a Eden zasługiwała na kogoś innego. Kogoś, kto wykrzyczałby jej w twarz, że nie ma się czym chełpić, bo cała jej osobowość to reakcja na traumę z dzieciństwa. Tymczasem z przydziału od losu dostała mężczyznę, który schodzi jej z drogi, bo nie chce sprawiać jej przykrości. Kogoś, kto zostawia ją z jej wyrzutami sumienia i nie oczekuje przeprosin. Dlatego miała dość Lestrange'ów; połowa rodziny to skrzywdzeni święci zamykający się w piwnicy.
Poniekąd dała to zaproszenie Alexandrowi nie z samej litości, ale po trochu też dlatego, by się tego świstka papieru pozbyć. Żeby nie nosić we własnej torebce nazwiska swojego męża, które ciążyło jej jak kula u nogi, ciągnęło się za nią niczym pasmo niepowodzeń. Może nawet chciała sobie wyobrazić, że jest żoną Mulcibera, który w przeciwieństwie do Willa był prawdziwie nawiedzony; Alexander przecież dościgał Eden w wyzuciu z empatii, przodował na ścieżce degeneracji, a niejedna osoba zapłaciłaby diabłu nawet podwójnie, byle zatrzymał sobie jego duszę w piekle. Mogłaby sobie wtedy wmawiać, że to, co robi mu jako żona jest godne usprawiedliwienia, że wcale go nie krzywdzi, a jedynie odpłaca się pięknym za nadobne. Wtedy ta zdrada nie byłaby plamą na jej honorze. Póki jednak była żoną Williama, tego biednego, dobrodusznego Williama, nie mogła się aż tak wierutnie okłamywać.
- Kiedyś mi się odwdzięczysz - rzuciła jedynie, nie podnosząc spojrzenia na Axela. Nieobecnym wzrokiem szukała ustronnego miejsca, ale nie widziała żadnego takiego, gdzie uciekłaby przed karcącym spojrzeniem samej siebie.
Puściła mimochodem odpowiedź dotyczącą Louvaina - nawet gdyby ktoś jej zapłacił, nie przejęłaby się jego losem. Mulciber mógłby jej wprost oświadczyć, że zamierza zakatować go w pobliskiej toalecie, a ona życzyłaby mu powodzenia. Nie poszłaby mu pomóc, ani nie poszłaby popatrzeć. Zrobiłaby dla Alexandra wiele rzeczy, ale pójście do Azkabanu za współudział nie było jednym z nich. Nie była pewna na dobrą sprawę, czy mrugnęłaby okiem chociaż, sprzedając go Brygadzie.
Uniosła zdziwione spojrzenie, kiedy wspomniał o dobrym traktowaniu. Nie był to ten rodzaj zaskoczenia, który ujmował serce; Lestrange nie wyglądała na wzruszoną faktem, że Alex się martwi o jej dobrostan. Wyglądała na zażenowaną.
- Nie bije mnie, jeśli o to pytasz - parsknęła cynicznie, wywróciła oczyma, ale prawdę mówiąc, dźgnęło ją to pytanie. Ubodło ją, bo nie mogła powiedzieć, że traktuje ją źle, ale jednocześnie też skłamałaby mówiąc, że jest w tym małżeństwie szczęśliwa. Sytuacja patowa, która malowała ją w obrzydliwym świetle.
Wdzierając się w meandry psychiki Eden, Mulciber powinien był się przede wszystkim zdziwić. Jeśli chciał się dowiedzieć, co tak naprawdę gra jej w duszy, zobaczyć, jak naprawdę wygląda jej życie, mógł dostrzec, że w myślach Eden Williama wcale nie ma. Nie planowała z nim żadnej przyszłości, jedynie wizualizowała sobie układ czcionki na papierach rozwodowych i rozważała, czy powinna się podpisać jego nazwiskiem, czy nazwiskiem jego ojca. Jeszcze nie wiedziała, do kogo chce przynależeć. Ale o ile nie odnalazł w jej głowie tego, którego tożsamość skradł na czas trwania wesela, mógł dojrzeć obecność kogoś innego. Przyszłość Eden wypełniona była Moodym.
Odwróciła się, wtórując Mulciberowi, ale nie zrobiła tego tak neurotycznie szybko jak on. Ruchy Eden były wolne, metodyczne, przepełnione frustracją, że ktoś przeszkadza im w ich skrzywionej wersji porad sercowych. Malfoy żałowała, że przekleństwa nie przechodziły jej przez gardło, bo tak pysznie teraz smakowałoby płynące z ust spierdalaj.
- Czy ty sobie postawiłeś wyzwanie, żeby na każdym weselu zrobić z siebie pajaca? Nawet na własnym? - Zapytała Perseusa całkiem szczerze, wzdychając z niebywałą ciężkością. Spojrzała na Blacka jednak raz jeszcze i ten wyraz twarzy nieskalany żadną produktywną myślą uświadomił jej, że on sobie żartów nie stroił. Ewidentnie musiał przydzwonić gdzieś swoją śliczną, czarnowłosą główką i zapomnieć, jak się nazywał. A może po prostu wyparł to wszystko?
Prychnęła cicho pod nosem, dostrzegając potencjał na słodkie zamieszanie. Eden ciągle trzymała maciupeńki uraz, że przyczynił się do rozwodu, który sprowadził lawinę niepochlebnych opinii i plotek na jej rodzinę. Czemu miałaby się nie chcieć odrobinę zemścić?
- Biedaku - pokręciła głową; ni stąd, ni zowąd, jej twarz zaczęła wyrażać szczerą troskę. - Nazywasz się Fortinbras Malfoy, jesteś byłym Ministrem Magii. Jak możesz nie pamiętać? - Podeszła do Perseusa, który teraz otrzymał w przeklętym spadku nazwisko jej ojca, po czym krzepiąco poklepała go po ramieniu. - A tam, o tam - obróciła go w kierunku Elliotta, pokazując niegrzecznie palcem na swojego brata. - Tam stoi gość, który odbił ci twoją ukochaną. Biedna Eunice, dała się omamić takiemu nieudacznikowi... - Eden westchnęła żałośnie, po czym rzuciła ukradkowe spojrzenie Alexandrowi. W jej oczach tańczyło coś, co można było nazwać kurwikami rozbawienia. - Myślę, że powinieneś mu powiedzieć, co o tym myślisz - podpuściła na sam koniec, kiwając potwierdzająco głową.
Co się może takiego najgorszego stać? Dwie łamagi się pobiją i wpadną do fontanny z czekoladą?
Zdawać by się mogło, że Alexander i Eden byli tą samą książką, po prostu różnili się okładką.
Również spodziewała się, że małżeństwo będzie wyglądać inaczej. Może dlatego, że na wzorzec obrała związek swoich rodziców, który był niczym więcej niż transakcją biznesową; przemyślanym układem dwóch rodzin, spoiwem scalającym misterną sieć powiązań. Państwo Malfoy trwali u swojego boku tylko po to, aby słodki nepotyzm toczący ich stronę świata pozostał tajemnicą poliszynela, by ładnie razem wychodzić na zdjęciach.
Eden miała to za rzecz pospolitą; taki układ nigdy nie był dla niej nieszczęśliwym losem, był po prostu logiczny. Uczucia były złym doradcą, przez nie narastał chaos, więc czemu miałaby się nimi kierować przy wyborze kogoś, z kim ma spędzić resztę życia? Jeśli wziąć pod uwagę czystą teorię, mądrzej było związać się z pragmatykiem. Wygodniej.
William i Eden nie byli siebie warci; William zasługiwał na kogoś lepszego, a Eden zasługiwała na kogoś innego. Kogoś, kto wykrzyczałby jej w twarz, że nie ma się czym chełpić, bo cała jej osobowość to reakcja na traumę z dzieciństwa. Tymczasem z przydziału od losu dostała mężczyznę, który schodzi jej z drogi, bo nie chce sprawiać jej przykrości. Kogoś, kto zostawia ją z jej wyrzutami sumienia i nie oczekuje przeprosin. Dlatego miała dość Lestrange'ów; połowa rodziny to skrzywdzeni święci zamykający się w piwnicy.
Poniekąd dała to zaproszenie Alexandrowi nie z samej litości, ale po trochu też dlatego, by się tego świstka papieru pozbyć. Żeby nie nosić we własnej torebce nazwiska swojego męża, które ciążyło jej jak kula u nogi, ciągnęło się za nią niczym pasmo niepowodzeń. Może nawet chciała sobie wyobrazić, że jest żoną Mulcibera, który w przeciwieństwie do Willa był prawdziwie nawiedzony; Alexander przecież dościgał Eden w wyzuciu z empatii, przodował na ścieżce degeneracji, a niejedna osoba zapłaciłaby diabłu nawet podwójnie, byle zatrzymał sobie jego duszę w piekle. Mogłaby sobie wtedy wmawiać, że to, co robi mu jako żona jest godne usprawiedliwienia, że wcale go nie krzywdzi, a jedynie odpłaca się pięknym za nadobne. Wtedy ta zdrada nie byłaby plamą na jej honorze. Póki jednak była żoną Williama, tego biednego, dobrodusznego Williama, nie mogła się aż tak wierutnie okłamywać.
- Kiedyś mi się odwdzięczysz - rzuciła jedynie, nie podnosząc spojrzenia na Axela. Nieobecnym wzrokiem szukała ustronnego miejsca, ale nie widziała żadnego takiego, gdzie uciekłaby przed karcącym spojrzeniem samej siebie.
Puściła mimochodem odpowiedź dotyczącą Louvaina - nawet gdyby ktoś jej zapłacił, nie przejęłaby się jego losem. Mulciber mógłby jej wprost oświadczyć, że zamierza zakatować go w pobliskiej toalecie, a ona życzyłaby mu powodzenia. Nie poszłaby mu pomóc, ani nie poszłaby popatrzeć. Zrobiłaby dla Alexandra wiele rzeczy, ale pójście do Azkabanu za współudział nie było jednym z nich. Nie była pewna na dobrą sprawę, czy mrugnęłaby okiem chociaż, sprzedając go Brygadzie.
Uniosła zdziwione spojrzenie, kiedy wspomniał o dobrym traktowaniu. Nie był to ten rodzaj zaskoczenia, który ujmował serce; Lestrange nie wyglądała na wzruszoną faktem, że Alex się martwi o jej dobrostan. Wyglądała na zażenowaną.
- Nie bije mnie, jeśli o to pytasz - parsknęła cynicznie, wywróciła oczyma, ale prawdę mówiąc, dźgnęło ją to pytanie. Ubodło ją, bo nie mogła powiedzieć, że traktuje ją źle, ale jednocześnie też skłamałaby mówiąc, że jest w tym małżeństwie szczęśliwa. Sytuacja patowa, która malowała ją w obrzydliwym świetle.
Wdzierając się w meandry psychiki Eden, Mulciber powinien był się przede wszystkim zdziwić. Jeśli chciał się dowiedzieć, co tak naprawdę gra jej w duszy, zobaczyć, jak naprawdę wygląda jej życie, mógł dostrzec, że w myślach Eden Williama wcale nie ma. Nie planowała z nim żadnej przyszłości, jedynie wizualizowała sobie układ czcionki na papierach rozwodowych i rozważała, czy powinna się podpisać jego nazwiskiem, czy nazwiskiem jego ojca. Jeszcze nie wiedziała, do kogo chce przynależeć. Ale o ile nie odnalazł w jej głowie tego, którego tożsamość skradł na czas trwania wesela, mógł dojrzeć obecność kogoś innego. Przyszłość Eden wypełniona była Moodym.
Odwróciła się, wtórując Mulciberowi, ale nie zrobiła tego tak neurotycznie szybko jak on. Ruchy Eden były wolne, metodyczne, przepełnione frustracją, że ktoś przeszkadza im w ich skrzywionej wersji porad sercowych. Malfoy żałowała, że przekleństwa nie przechodziły jej przez gardło, bo tak pysznie teraz smakowałoby płynące z ust spierdalaj.
- Czy ty sobie postawiłeś wyzwanie, żeby na każdym weselu zrobić z siebie pajaca? Nawet na własnym? - Zapytała Perseusa całkiem szczerze, wzdychając z niebywałą ciężkością. Spojrzała na Blacka jednak raz jeszcze i ten wyraz twarzy nieskalany żadną produktywną myślą uświadomił jej, że on sobie żartów nie stroił. Ewidentnie musiał przydzwonić gdzieś swoją śliczną, czarnowłosą główką i zapomnieć, jak się nazywał. A może po prostu wyparł to wszystko?
Prychnęła cicho pod nosem, dostrzegając potencjał na słodkie zamieszanie. Eden ciągle trzymała maciupeńki uraz, że przyczynił się do rozwodu, który sprowadził lawinę niepochlebnych opinii i plotek na jej rodzinę. Czemu miałaby się nie chcieć odrobinę zemścić?
- Biedaku - pokręciła głową; ni stąd, ni zowąd, jej twarz zaczęła wyrażać szczerą troskę. - Nazywasz się Fortinbras Malfoy, jesteś byłym Ministrem Magii. Jak możesz nie pamiętać? - Podeszła do Perseusa, który teraz otrzymał w przeklętym spadku nazwisko jej ojca, po czym krzepiąco poklepała go po ramieniu. - A tam, o tam - obróciła go w kierunku Elliotta, pokazując niegrzecznie palcem na swojego brata. - Tam stoi gość, który odbił ci twoją ukochaną. Biedna Eunice, dała się omamić takiemu nieudacznikowi... - Eden westchnęła żałośnie, po czym rzuciła ukradkowe spojrzenie Alexandrowi. W jej oczach tańczyło coś, co można było nazwać kurwikami rozbawienia. - Myślę, że powinieneś mu powiedzieć, co o tym myślisz - podpuściła na sam koniec, kiwając potwierdzająco głową.
Co się może takiego najgorszego stać? Dwie łamagi się pobiją i wpadną do fontanny z czekoladą?
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~