Szklanka wody stuknęła o blat, ginąc w powabie dźwięków przyciągających oczy do sceny. Więc chcesz tam okiem wędrować, patrzeć na wystawioną kobietę na scenę, jak korona starego króla, jak suknia wyniesiona z gotyku, jak stare talerze, które znaleziono jeszcze sprzed naszej ery. Nie ma pomiędzy wami szkła, a jednak jest za gablotą. Na wystawie, na pokazie, nie możesz jej dotknąć i zakosztować, chociaż rwą się do tego zmysły. Palce chciałyby się przekonać, czy jej skóra jest naprawdę taka miękka, czy jej włosy są tak gładkie, a ciało takie jędrne. Palce Morpheusa tańczyły na kartkach z wprawą, z jaką pianista wymusza dźwięki młoteczków na strunach, jak smyczek pieszczący struny wiolonczeli. Czy marzył o kobiecie zza gabloty? Leniwe gesty, niby zamyślone, ale oczy pozostawały uważne. O czymś myślały i za czymś podążały - za czym? Ludzkim pięknem, czy ludzką niedoskonałością? Oto, jacy bluźnierczy byliśmy - potrafiliśmy pokochać nawet błędy. A jednak nikt nie chciał, żeby artystka na scenie się zachwiała. Posiadanie nazwiska Longbottom zdawało się opisywać go z góry - zaliczać się do tych good guys, a nawet grzeszne myśli nie uczynią plamy z twojego honoru. Przeszyty był krwią swojego nazwiska, ale czy na pewno? I czy jedynie? Laurent widział już szarlatanów, którzy mamili palcami na kartach z równą siłą, co teraz ta kobieta mamiła męskie umysły. Nie posiadali prawdziwego daru spoglądania w przyszłość - posiadali dar spoglądania w teraźniejszość. Wdzierali się do twojej duszy i stawali się rakiem, który ją wyżerał.
Za stuknięciem szklanki przesunięte zostało krzesło. Bez szurania - nie wypadało. Choć byłby to kolejny akompaniament muzyki, który by w nim zupełnie zatonął. Czyn będący słowem. Komunikacja przeszła bardzo gładko, tak i gładko pojawiła się odpowiedź. Rzucony kamień na szaniec i podarowana stokrotka w dłoń pięknej Los. Czy może stokrotka w dłoni Laurenta, z której Morphesu wyrywał płatki kocha-nie kocha... Wyrywał płatki, a przecież dobrze wiedział. Wtasował królową buław, bo dobrze wiedział. A czy wiedział wybierając się dzisiaj do tego klubu?
- Nawyk, dłonie uciekające już do kasyna, czy może umysł szukający odpowiedzi w przyszłości? - Przesunął wzrok z twarzy mężczyzny na krążące w jego dłoniach karty. Nie znał się na wróżeniu, ale karty i kula były chyba najpopularniejszymi, jakie się przewijały przez świat czarodziei. - Miło Pana spotkać w tak rozkosznych okolicznościach. - Kiedy muzyka grała, kobieta tańczyła, a wszystkie oczy z westchnieniem wlepione były właśnie w nią. Longbottomowie i Prewett się raczej nie lubili. Jego rodzinę frustrowało, że Longbottomowie są nieprzekupni, a tych drugich irytował fakt, że ci pierwsi ustawiali świat do swoich widzi-mi-się podług pieniądza. Laurent nie spoglądał na zatargi względem nazwiska. Ono mogło sugerować, kim jesteś, ale nie definiowało twojej osobowości. To nazwisko nie było wypisane w tych ciemnych oczach, które błyskały w tutejszych światłach jak noc Kairu. Było lenistwo i wyważenie w tych ruchach, które tak dobrze pasowało do tych cieni pożerających stoliki.