13.06.2024, 16:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.06.2024, 16:36 przez Charlotte Kelly.)
– Śmierć z miłości, ileż w tym dramatyzmu – westchnęła Charlotte, tonem, który raczej nie pozostawiał wiele wątpliwości wobec tego, że absolutnie nie uważa czegoś takiego za choć trochę dramatycznie. – Musieliby być kochankami, z rywalizujących rodzin bądź przynajmniej towarzyszami broni na jakiejś wojnie, którzy mogliby żyć, gdyby jeden koniecznie nie chciał poświęcać się dla drugiego.
Przez chwilę leżała z półprzymkniętymi oczyma nim uniosła powieki i obrzuciła Morpheusa leniwym spojrzeniem. Jeżeli szło o nią, też niewiele miała wstydu – Longbottom mógł biegać tutaj nago albo nawet zacząć dobierać się do Shafiqa, a ona po prostu skupiłaby się na jedzeniu winogron, niezbyt przejęta tym, co wyprawia się tuż obok. Oczywiście, gdyby ktoś inny pozwalał sobie na takie rozrywki, umiałaby to odpowiednio skomentować: bywała nie tylko snobem, ale i okropną hipokrytką.
– Nie zachowałeś więc czystości do ślubu? W takim wypadku chyba nie chcę za ciebie wychodzić, to skandaliczne zachowanie z twojej strony, że na mnie nie czekałeś – rzuciła do Jonathana, wydymając przy tym usta, w wyrazie udawanego oburzenia. – A skoro Morpheus jeszcze nie planuje kupić nam prezentu, to jestem już zupełnie zniechęcona: co to za wesele, na którym najlepsi przyjaciele nie planują wręczać prezentów?
Potrafiłaby wyobrazić sobie samą siebie jako żonę Jonathana. Z dużym prawdopodobieństwem byliby szczęśliwsi niż wiele innych par – może nawet by się w sobie zakochali, skoro już się kochali. Ale wcale nie chciała się przekonywać, czy to byłby dobry pomysł te dwadzieścia parę lat temu, bo w tamtych czasach ona była zbyt uparta, aby chcieć zrobić to, co nakazywała matka, a on nazbyt pragnął się wyszumieć, nie zakładać rodziny. Persephona Crouch wciskałaby się w ich życie na każdym kroku w dodatku, wywołując u Charlotte nieustanną irytację. Za duże było zagrożenie, że z czasem zaczęliby żyć obok siebie zamiast razem, przyjaźń by przeminęła i wszystko by się tutaj rozpadło.
– Tony, o czym ty mówisz? Mieszkalibyśmy wszyscy czworo w jednym, tak żeby wywołać jak najwięcej plotek – parsknęła Charlotte, obracając się do patery z owocami, by wybrać ten najpiękniejszy. – Jeśli już o plotkach, to może porozmawiamy o tych wokół Morpheusa? – dodała, jakby bezbłędnie wyczuwając, że Longbottom właśnie o tym rozmawiać nie chce. Ach, to omawianie spraw miłosnych przyjaciół… – Nie martw się, wcale w nie nie uwierzyłam. Jestem pewna, że powiedziałbyś nam, gdybyś zamierzał się żenić, choćby po to, aby mnie uprzedzić, że mam trzymać się z dala od przyszłej żony, dopóki nie wypowie wszystkich słów przysięgi.
Na weselu Blacków zresztą nie był przecież z żadną Ollivanderówną. Że ta była tam z innym, Charlotte nie miała pojęcia - za mało interesowali ją inni ludzie, by miała szansę rozpoznać Septimę.
Przez chwilę leżała z półprzymkniętymi oczyma nim uniosła powieki i obrzuciła Morpheusa leniwym spojrzeniem. Jeżeli szło o nią, też niewiele miała wstydu – Longbottom mógł biegać tutaj nago albo nawet zacząć dobierać się do Shafiqa, a ona po prostu skupiłaby się na jedzeniu winogron, niezbyt przejęta tym, co wyprawia się tuż obok. Oczywiście, gdyby ktoś inny pozwalał sobie na takie rozrywki, umiałaby to odpowiednio skomentować: bywała nie tylko snobem, ale i okropną hipokrytką.
– Nie zachowałeś więc czystości do ślubu? W takim wypadku chyba nie chcę za ciebie wychodzić, to skandaliczne zachowanie z twojej strony, że na mnie nie czekałeś – rzuciła do Jonathana, wydymając przy tym usta, w wyrazie udawanego oburzenia. – A skoro Morpheus jeszcze nie planuje kupić nam prezentu, to jestem już zupełnie zniechęcona: co to za wesele, na którym najlepsi przyjaciele nie planują wręczać prezentów?
Potrafiłaby wyobrazić sobie samą siebie jako żonę Jonathana. Z dużym prawdopodobieństwem byliby szczęśliwsi niż wiele innych par – może nawet by się w sobie zakochali, skoro już się kochali. Ale wcale nie chciała się przekonywać, czy to byłby dobry pomysł te dwadzieścia parę lat temu, bo w tamtych czasach ona była zbyt uparta, aby chcieć zrobić to, co nakazywała matka, a on nazbyt pragnął się wyszumieć, nie zakładać rodziny. Persephona Crouch wciskałaby się w ich życie na każdym kroku w dodatku, wywołując u Charlotte nieustanną irytację. Za duże było zagrożenie, że z czasem zaczęliby żyć obok siebie zamiast razem, przyjaźń by przeminęła i wszystko by się tutaj rozpadło.
– Tony, o czym ty mówisz? Mieszkalibyśmy wszyscy czworo w jednym, tak żeby wywołać jak najwięcej plotek – parsknęła Charlotte, obracając się do patery z owocami, by wybrać ten najpiękniejszy. – Jeśli już o plotkach, to może porozmawiamy o tych wokół Morpheusa? – dodała, jakby bezbłędnie wyczuwając, że Longbottom właśnie o tym rozmawiać nie chce. Ach, to omawianie spraw miłosnych przyjaciół… – Nie martw się, wcale w nie nie uwierzyłam. Jestem pewna, że powiedziałbyś nam, gdybyś zamierzał się żenić, choćby po to, aby mnie uprzedzić, że mam trzymać się z dala od przyszłej żony, dopóki nie wypowie wszystkich słów przysięgi.
Na weselu Blacków zresztą nie był przecież z żadną Ollivanderówną. Że ta była tam z innym, Charlotte nie miała pojęcia - za mało interesowali ją inni ludzie, by miała szansę rozpoznać Septimę.