Oni we dwóch, ramię w ramię, wpatrzeni w siebie i zaczarowani w czasie, kiedy płomienie błyskały wokół. Trzaskały i wyły, iskrzyły i tańczyły. Pełzające języki od ścian aż po sufit, bo przecież farba tak prędko łapała każdy ogień. Spadałyby ramy, odpadałby tynk, pękały panele. Wszystko pozostawałoby w ruinie i tylko obraz przed nimi przypominałby o dziwnym wyobrażeniu przyszłości i niejasnej przeszłości. Bo przecież tylko stali. Nie ryczał im pożar wokół głów ani wokół uszu. Więc czemu Perseus jak sparzony odwrócił wzrok? Był tak delikatny, że płomienie kominka zdawały się zbyt jasne dla jego mroku, a jednocześnie tak ciepły, że sople lodu nie mogły utrzymać się przy jego oknie. Gdzie w tym był sens i logika? Chciał to zrozumieć i zarazem nie chciał rozumieć w najmniejszym stopniu. Niósł ze sobą zagrożenie, któremu nie można było ufać. Taki sam, jak wszyscy inni - owszem, pewnie kochający i czuły, był przecież taki empatyczny... Albo znał na tyle sztuczek psychologicznych, żeby empatycznego zgrywać. Więc będzie czarował i słodził, a potem napisze kolejno taką wiadomość: przepraszam, ale ona jest dla mnie zbyt ważna, nie chcę jej zranić; chcę, żebyś był szczęśliwy, ale nie mów nikomu, dobrze? Podpisano: Perseus Black. Ten poranek był, jak każdy inny, przejściowo możliwy do ukojenia zmysłów, ale jak je koić, kiedy stoisz przed kimś takim?
Tym razem Laurent nie odrywał od niego spojrzenia, nie uciekał spojrzeniem bokiem. Nie byli w tym mieszkaniu, do którego został zaproszony. W tym gabinecie, w którym jego narzeczona nasadziła kwiatów. Byli w galerii, a on nie siedział na fotelu myśląc o tym, jak wiele krępujących rzeczy musiał wyznać i jak nie umiał sobie z tym poradzić. Ironia jak na obrazie, gdzie wszystko płonie, a obok płynie rzeka. Nie miał żalu do Blacka, ale nie rozumiał, dlaczego wszystko w jego życiu się tak kończyło. Gorzko. Spoglądał na ludzi wokół i już zaczynał dostrzegać tylko to - gorycz, rozczarowanie i... i coś jeszcze. Coś, co sprawiało, że tak jak van Gogh mógłby stać przed swoim dziełem zwanym życiem i myśleć o rozczarowaniu.
Przeszedł go dreszcz - nagły zastrzyk przyjemności. Ten głos, ten piękny głos... poduszka z bawełny egipskiej otulająca twoją twarz, pościel z kaszmiru otulająca twoje ciało. Przymknął oczy na moment, ale nie zamknął ich całkowicie. Opuścił kurtynę rzęs na ten świat, by zmysł słuchu delektował się brzmieniem tego dźwięku. Idealny terapeuta. Swoim głosem uspokajał. Tworzył tajemnicę, kiedy chciał, a innym razem atmosferę zaufania. "Możesz mi to powiedzieć" - mówiła jego sylwetka, jego oczy, jego ton. Zaprojektował samego siebie, przekuł ciężką skałę, żeby budować zaufanie. Tego uczyli na zajęciach dla psychiatrów? Terapeutów? Psychologów? Laurent miał problem z odróżnieniem ich od siebie, nie interesował się tym zanadto. Polecono mu terapię, więc terapeuty szukał. Tymczasem to on został znaleziony i przyłapany na poszukiwaniu słoneczników.
- Szczęśliwe zakończenie? - Rozchylił powieki, żeby znów mieć przed sobą prawdziwe dzieło Życia - Perseusa. Zrodzonego z łona Smutku człowieka. - W samotności popełniający grzech śmierci z własnej ręki. Czy w tamtej chwili pragnął, żeby jego dzieła były sławne, czy może tego, żeby ktoś go objął, opuścił broń i zapewnił, że wszystko będzie dobrze? - Obrócił głowę z powrotem do dzieła, ale zamiast mu się przyglądać zawrócił do następnego. Naprawdę nie podobał mu się ten obraz. - To niesprawiedliwe i ironiczne, że świat, który go zabił, żywi się teraz jego obrazami jak opium, handluje nimi i ze śmiechami stuka się przy nich kieliszkami wina. - Bardzo pesymistyczne myślenie? W tym momencie, kiedy o tym myślał, to tkwiła w nim nawet jakaś wzgarda dla tego wszystkiego. Dla absurdu świata, który tak doskonale potrafi lecieć dalej i jeszcze z tego korzystać na całego, zostawiając trupy za sobą. Nikogo nie obchodzi ta śmierć, jego stany lękowe, jego tragedia. Dobrze, że była - przecież bez tego nie byłoby takich dzieł! Niewielu było w końcu wariatów, którzy zawsze dobro innych stawiali nad swoim. Nawet Laurent tego zawsze nie robił.
- Tak? - Zerknął na Perseusa i odwzajemnił uśmiech. Naprawdę ten człowiek powinien robić tak częściej. Częściej się uśmiechać. - Tymczasem ja, ignoranta, przychodzę pooglądać słoneczniki. - Które mogę oglądać we własnym ogrodzie, tylko nie o każdej porze roku. Na szczęście już zaczynał się ich sezon. Jego uśmiech poszerzył się z wdziękiem, kiedy została zaproponowana wspólna przechadzka. Złapał ramię eleganckiego panicza Blacka. - Podobno whiskey i kobietom się nie odmawia. Ja nie odmawiam słonecznikom i dżentelmenom. - Zażartował delikatnie.