Słodko się też do niej uśmiechnął na ten komplement i przejechał palcem (trochę zaczepnie) po jej nosie, tykając lekko jego czubek. Objął ją ramieniem i przygarnął do siebie - dawał znak, że może się przytulić, wtulić i nie było z tym żadnego problemu. Mógł dla niej przecież wytrzymać kilka chwil z chłodem, nawet jeśli niekoniecznie je lubił. Lubił za to ją przytulać. Lubił ją mieć przy sobie i cieszyć się jej obecnością w pełni. Tak, słyszał nie raz, że jest słodki, uroczy i tym podobne... Komplement komplementowi nigdy nie był równy, a przynajmniej on uważał, że nie były. Można jeden komplement powiedzieć na wiele sposobów. Wypowiedziany poprzez różne usta też zabrzmi kompletnie inaczej. Każdy od strony Victorii był słodkim miodem i chociaż słodkości nie lubił, to już te wszystkie czułe słówka i gesty jak najbardziej. To była jego dawka cukru, jakiej potrzebował do funkcjonowania.
Kiedy opowiadała o tym, co dzieje się z klątwą, jaka na niej osiadła, tylko przytulił ją mocniej. Przycisnął niemal do siebie, objął ramionami, ucałował czoło. To były ich wczasy - tak, to prawda. Tylko ich. Ale to nie znaczyło, że mieli zamilknąć i nie mówić o tym wszystkim, co było takie ciężkie. Bardzo chciał zachować klasę i siłę, ale nie potrafił. Śmierć go przerażała. Znikanie go przerażało. Jednego dnia kogoś przytulasz i jest, żywy i prawdziwy, a drugiego go nie ma. Widzisz tylko krzyżyk na cmentarzu albo nagrobek z napisem "tu spoczywa taki a taki". Pragnął ją pocieszać i zapewniać, że wszystko będzie dobrze - zamiast tego Victoria mogła poczuć, kiedy tak ją przytulał, że na jej policzek skapnęła ciepła łza. Nie chciał jej stracić. Nie chciał zostać bez niej... sam. Mógł powiedzieć: ale przecież mam Pandorę! Mam Florence, przecież mogę liczyć na Olivię, jeśli czegoś będzie mi trzeba. Chciał z nią wyjeżdżać, chciał dalej wymieniać się z nią wrażeniami dotyczącymi ostatnich krzyków mody, chciał trochę narzekać na papierkologię z Ministerstwa i słuchać jej dziwnych opowiastek z pracy i przygód z Brenną. Chciał z nią być. Myśl, że to, co czuł mogłoby się spełnić... zupełnie go paraliżowała. Potrzebuję Cię. Potrzebował jej do funkcjonowania.
- Tak... oczywiście, że możesz. - Pociągnął nosem i ucałował ją jeszcze raz w czoło, zamykając powieki. - Uda się, zobaczysz. - Odetchnął, żeby uspokoić oddech, żeby złapać równowagę za mocno zachwianą. Tą w sercu i tą w głowie. Tylko kogo on teraz przekonywał? Ją? Siebie? Przecież nie stracił wcale nadziei na to, że się uda. To tylko sama ta myśl, że jednak mogłaby zostać zabrana... - Jeszcze jest czas... tylko się nie poddawaj. - Przeczesał palcami jej włosy, chłonąc jej delikatny zapach, którym się otulała. Jej szamponu, jej muskanego całym dniem ciała przez słońce.
Teraz tu była. Jutro mogło jej już nie być.